![]()
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

#KupkaWstydu
Gra, po której zostałem wegetarianinem. No dobra, nie zostałem, ale pomyślałem, że mógłbym.
Dawno w trakcie rozgrywki nie odczuwałem tak mocno trafionego tytułu – to faktycznie jest świat rodem z najgorszych koszmarów, a poczucie zagrożenia i zżerającego cię niepokoju przekształca się co najwyżej w czyste przerażenie lub odrazę. Zerowy UI, nikt nie prowadzi za rączkę, wszystko musisz rozkminić samodzielnie, do czego zresztą gorąco zachęcam. Zagadki potrafią zmusić do solidnego (acz też nieprzesadnego) kombinowania i fajnie mieć potem poczucie sukcesu, że się człowiek nie poddał i nie zajrzał do poradnika.
A, no i nie polecam, jeśli macie dwie lewe rączki, bo trzeba się tu też nieco nagimnastykować zręcznościowo.
Ponoć część druga jest o wieeeele lepsza. Skoro „jedynka” już mi tak we łbie namieszała, to zaczynam się bać. Kiedyś trzeba będzie zakupić.


#KupkaWstydu
Nie to nowe, w które to nałogowo zagrywał się nasz dawny redakcyjny kolega, ale oryginał z 2014. Plan był taki, żeby rozeznać się w temacie i dojechać pierwszego bossa. Takiego oto skleciłem sobie wojaka:
Oswoiłem się z tutejszym soulsowym systemem walki, ubiłem gromadę pomniejszych łapserdaków. No i – zgodnie z planem – ruszyłem na pierwszego bossa, którym był niejaki First Warden widoczny w galerii poniżej. Padł chyba przy trzecim podejściu.
Potem jeszcze chwilkę pobiegałem po okolicy, bo skoro w moje łapska wpadły czary, fajnie byłoby je chociaż przetestować. No i wiem tyle, że Prayer bardzo spoko, a Mimic brzmiał dobrze w teorii, a w praktyce wszystko mi zasłaniał i tylko utrudniał przerzedzanie zastępów wroga. Anyway, sympatycznych kilka chwil, nawet jeśli miejscami nieco topornych. Walczyło mi się dobrze, a widoki też całkiem niekiepskie.
Dobra, pora wrócić do Kratosa!

Recap poprzedniczki na YT odhaczony, można było znów odpalać symulator ojca i syna.
Tym razem już wiedziałem, czego się spodziewać i nie miałem tego lekko bolesnego zderzenia z faktem, że to już nie jest ten PRAWDZIWY God of War 🙂
Oczywiście nie celuję w wymaksowanie wszystkiego, chociaż staram się łazić wszędzie, gdzie popadnie i myślę, że procentowo całkiem sporo sekretów już poodkrywałem. Trochę obawiam się miliona backtrackingu, gdy widzę tyle rozmaitych obiektów, z którymi jeszcze nie mogę wchodzić w interakcję, ale staram się odsuwać te lęki gdzieś na bok. Prawilnie rozwijam lodowy topór, prawilnie rozwijam ogniste ostrza, maksuję skille, boostuję ekwipunek. I oczywiście rozwalam wszystkie skrzynie i inne wazy, za co też – jak się wczoraj zorientowałem – mogę dostać XP!
Fabuła wyborna, kinowość wyborna, walki wyborne (choć te bossowe oczywiście nie dorastają tym z GoW II do pięt), zagadki naprawdę niezłe, platforming umowny – czyli dokładnie to, czego mogłem się spodziewać po tej zrebootowanej inkarnacji perypetii Kratosa. I nawet solowe misje Atreusa mnie nie drażnią, ba, wręcz gra mi się nim równie spoko co tym łysolem z brodą i gniewnym usposobieniem.
Ażeby nadmiernie nie spoilować, powiem tylko, że sierpień kończę, wkraczając do Vanaheim. Planowy koniec zabawy we wrześniu!

Zamykamy tradycyjną u mnie sekcją karcianą! W Gwincie korzystałem z ultraprzepotęgi kuszników wzmocnionych złotym nekkerem oraz Shani – i dobrze, że się nacieszyłem, bo teraz już poleciały nerfy. W Snapie zaś fanficowy sezon Fractured Frontier, w którym, rzecz jasna, królował główny bohater, a więc kowbojski Thanos!
Screeny własnego autorstwa, GIF ze skarbnicy Tumblra, grafika do Gwinta z The Voice of Gwent, grafika do Snapa z Marvel Snap Zone.


























