Kronika Geeka

Spider-Noir (S1)

Spider-Noir rzeczywiście próbuje zrobić coś innego, opierając niemal wszystko na formie ociekającej kinem noir lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Brakuje tylko Humphreya Bogarta wychodzącego zza rogu z papierosem, choć Nicolas Cage robi wszystko, żebyśmy nie odczuli tej nieobecności zbyt dotkliwie.

Dla niewtajemniczonych

Nowy Jork, lata trzydzieste. Ben Reilly jest prywatnym detektywem, weteranem wojennym, człowiekiem bez pieniędzy, szczęścia i większej ochoty do życia. Kiedyś działał również jako jedyny superbohater miasta, znany jako Pająk, ale dawne tragedie skutecznie zniechęciły go do dalszego ratowania świata.

Oczywiście przeszłość szybko upomina się o swoje. Z pozoru nieskomplikowane śledztwo prowadzi Reilly’ego w sam środek wojny gangów, spisków, niezwykłych eksperymentów i porachunków z ludźmi, których zdecydowanie wolałby już więcej nie oglądać. Na jego drodze pojawiają się między innymi wpływowy gangster Silvermane, ambitny dziennikarz Robbie Robertson i tajemnicza Cat Hardy, która ma wszelkie kwalifikacje potrzebne do objęcia stanowiska obowiązkowej femme fatale.

Serial można oglądać na Prime zarówno w kolorze, jak i w czerni i bieli, choć nie mam pojęcia, po co ktoś miałby wybierać pierwszą możliwość.

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Czerń, biel i bardzo dużo deszczu 

Bez dwóch zdań to właśnie czerń i biel, światło oraz cień są prawdziwymi głównymi bohaterami Spider-Noir. Wszystko dzieje się w nocy albo w deszczu, a najlepiej w nocy i w deszczu jednocześnie. Nawet kiedy akurat jest dzień i nic nie pada, świat i tak wygląda, jakby słońce zostało zatrzymane na granicy miasta przez skorumpowanego policjanta.

Postacie wyłaniają się z mroku, światło wpada przez żaluzje, a długie cienie przecinają twarze, ściany i ulice. Dym papierosowy unosi się nad stolikami w klubach, mężczyźni chodzą w fedorach, kobiety pojawiają się w drzwiach dokładnie wtedy, kiedy bohater powinien wiedzieć, że oznacza to kłopoty, ale oczywiście i tak je wpuszcza do środka.

Nasz prywatny detektyw pije, jest bez grosza przy duszy, ma pecha, stracił kobietę swojego życia i regularnie wygłasza zza kadru zdania, których normalny człowiek nigdy nie wypowiedziałby na głos. Całość oprawiono muzyką, której nie powstydziłby się Max Steiner.

W warstwie wizualnej serial nie ogranicza się zresztą do odtwarzania klisz kina noir. Regularnie puszcza też oko do widzów wychowanych na wcześniejszych filmach o Spider-Manie: przez sposób kadrowania pajęczych póz, ujęcia nad ulicami Nowego Jorku, charakterystyczne zwisy, odbicia w szybach czy kompozycje przypominające ikoniczne sceny z poprzednich ekranowych wcieleń bohatera. Czasem są to tylko drobne wizualne cytaty, czasem całe kadry zbudowane tak, żeby natychmiast uruchomić pamięć fana. Dzięki temu Spider-Noir pozostaje jednocześnie hołdem dla dawnego kina i kolejnym rozdziałem bardzo współczesnej mitologii Pająka.

Innymi słowy, jest tu wszystko, a miejscami nawet trochę za dużo. Serial nie tyle czerpie z klasycznego kina gangsterskiego i noir, ile balansuje na cienkiej granicy między pastiszem a parodią. Czasami przechodzi po niej z dużą gracją. Innym razem zaczyna chwiać się tak mocno, że trudno stwierdzić, czy twórcy nadal składają hołd dawnemu kinu, czy właśnie się z niego śmieją.

Nicolas Cage robi Nicolasa Cage’a

Na szczęście przez większość czasu wizja Orena Uziela działa. Największą zasługę ma w tym Nicolas Cage, który wyraźnie bawi się rolą. Nie próbuje przy tym grać zwykłego człowieka wrzuconego do stylizowanego świata. Jego Reilly od początku wygląda i zachowuje się tak, jakby sam wyszedł z filmu nakręconego osiemdziesiąt lat temu, po drodze zahaczając jeszcze o komiks oraz jedną z bardziej ekscentrycznych interpretacji Humphreya Bogarta.

Cage mruczy, cedzi kwestie, marszczy się, przybiera pozy i reaguje na kolejne nieszczęścia z charakterystyczną dla siebie mieszaniną cierpienia, zdziwienia oraz lekkiego szaleństwa. Momentami potężnie szarżuje, więc osoby uczulone na jego manieryzmy raczej nie zmienią tutaj zdania na temat aktora. Trzeba lubić Cage’a, żeby w pełni kupić tę kreację.

Ja najczęściej kupowałem. Zwłaszcza że jego sposób gry ma pewne fabularne uzasadnienie. Reilly nie jest po prostu człowiekiem z pajęczymi mocami. Tak naprawdę jest pająkiem, który nauczył się udawać człowieka. Jego ruchy, spojrzenia i nieco nienaturalne reakcje można więc odczytywać jako element postaci, a nie wyłącznie kolejny przypadek Nicolasa Cage’a robiącego rzeczy charakterystyczne dla Nicolasa Cage’a.

Nie znaczy to jednak, że wszystko w jego ekranowym wizerunku działa równie dobrze. Teoretycznie ponad 60-letni Cage nie jest za stary do tej roli. Ben Reilly ma być mężczyzną około pięćdziesiątki, weteranem wojennym i człowiekiem, którego życie zdążyło już wielokrotnie przeżuć, wypluć, a potem jeszcze nadepnąć na to, co zostało. Problem polega na tym, że twarz aktora miejscami zupełnie do tej historii nie pasuje. Nie wygląda ani odpowiednio staro, ani młodo. Wygląda po prostu nienaturalnie. Hollywoodzko wygładzona, napięta twarz szczególnie mocno rzuca się w oczy w czerni i bieli, która bezlitośnie podkreśla każdy kontur oraz grymas. W niektórych scenach Cage wygląda więc nie jak zmęczony życiem detektyw, ale jak jego gumowa podobizna. Trudno mówić o bohaterze przeczołganym przez historię, kiedy jego czoło najwyraźniej nie przyjmuje do wiadomości, że jakakolwiek historia się wydarzyła.

Wrogowie, przyjaciele i kobiety w czerwieni

Na szczęście reszta obsady prezentuje się znacznie bardziej naturalnie, a bohaterowie drugoplanowi należą do największych zalet serialu. Brendan Gleeson świetnie sprawdza się jako Silvermane, gangster o aparycji zmęczonego filozofa i sposobie bycia człowieka, który nie musi podnosić głosu, żeby wszyscy w pomieszczeniu zaczęli się bać. Jest przy tym czymś więcej niż kolejnym krzykliwym przeciwnikiem czekającym na finałową bójkę. Jego historia splata się z przeszłością Reilly’ego, a sam antagonista dostaje wystarczająco dużo czasu, żeby zbudować własną pozycję w tym świecie.

Najciekawsze jest jednak to, że relacja Silvermane’a z Pająkiem nie opiera się wyłącznie na prostym konflikcie. Owszem, stoją po przeciwnych stronach barykady, ale bardziej z powodu okoliczności niż fundamentalnej nienawiści. Obaj są zmęczeni, doświadczeni i na swój sposób lojalni wobec ludzi oraz zasad, które jeszcze im zostały. Chwilami ma się wręcz wrażenie, że w innym życiu mogliby siedzieć przy jednym stoliku, pić whisky i narzekać na świat. Tutaj jednak przypadek, historia i kilka bardzo złych decyzji ustawiły ich naprzeciw siebie. 

Dobrze wypadają również zausznicy głównego gangstera oraz sojusznicy Pająka. Lamorne Morris jako Robbie Robertson wnosi do historii energię, której często brakuje głównemu bohaterowi, Li Jun Li odpowiednio łączy tajemniczość, urok i wszystkie inne cechy wymagane od kobiety w czerwonej sukni, nawet jeżeli suknię oglądamy akurat w odcieniach szarości.

Relacja Reilly’ego z Cat Hardy tworzy przy tym romantyczny kręgosłup historii. Trochę jest tu Casablanki, trochę klasycznego trójkąta, w którym ona kocha innego, on nadal kocha ją, a okoliczności robią wszystko, żeby żadna ze stron nie mogła zwyczajnie usiąść i porozmawiać. Romans działa przede wszystkim dzięki atmosferze oraz ekranowej chemii, choć podobnie jak większa część fabuły pozostaje podporządkowany stylistycznej zabawie.

Treść gra drugie skrzypce

Bo sama historia jest… poprawna. Nie obraża inteligencji widza, potrafi zainteresować i sprawnie prowadzi kolejne wątki, ale zdecydowanie gra drugie skrzypce przy oprawie wizualnej. To mieszanka kryminału, gangsterskich porachunków, romansu, superbohaterskiej genezy oraz historii o człowieku próbującym rozliczyć się z przeszłością. Wszystko działa wystarczająco dobrze, żeby nie przeszkadzać w podziwianiu zdjęć. Nie jestem jednak pewien, czy to komplement.

Najciekawiej robi się wtedy, kiedy serial pozwala sobie odejść od zwykłego kryminału i wprowadza elementy horroru. Szczególnie dobrze wypada odcinek poświęcony niemieckim eksperymentom prowadzonym na amerykańskich żołnierzach. Jest bardziej niepokojący, brutalniejszy i chwilami wręcz ocierający się o body horror, dzięki czemu pokazuje, że w tej formule krył się potencjał na coś więcej niż tylko zabawę filtrami oraz starymi kliszami. Doceniam.

Oczywiście Sony nie byłoby sobą, gdyby przy okazji nie wykonało kilku prawnych salt, przewrotów i figur, których nazw nie zna nawet przeciętny komentator gimnastyki artystycznej. Pająkiem jest więc Ben Reilly, a nie Peter Parker, a na przykład zamiast Elektro pojawia się Megawatt. Twórcy uzasadniają te zmiany koncepcją alternatywnego świata oraz własnymi wyborami artystycznymi. I właściwie trudno się z nimi kłócić. Od początku wiadomo, że nie oglądamy głównej wersji Spider-Mana, tylko wariację na jego temat, więc zmiana imion i tożsamości nie niszczy historii. Dodaje jednak kolejnego poziomu komiksowego pierdolnika. Widz niezainteresowany prawami do postaci prawdopodobnie nawet tego nie zauważy. Fan zacznie natomiast zastanawiać się, dlaczego dana postać nazywa się prawie tak, jak powinna, zachowuje się mniej więcej jak ktoś inny, ale formalnie jest jeszcze kimś trzecim. Jednym nie będzie to przeszkadzać, inni zapewne uznają, że Sony po raz kolejny próbuje zbudować uniwersum Spider-Mana, obchodząc samego Człowieka-Pająka szerokim łukiem. Sam nie miałem z tym większego problemu, choć trudno nie zauważyć szwów. 

Ładne, stylowe, ale trochę puste

Forma Spider-Noir potrafi uwieść, ale nie jest też czymś zupełnie nowym. Niedawno podobnie hipnotyczne wykorzystanie czerni, bieli, architektury i cienia mogliśmy oglądać w Ripleyu od Netflixa. Z kolei każdy fan komiksów prędzej czy później porówna serial z mającym już ponad dwadzieścia lat Sin City.

I nie będzie to porównanie całkowicie korzystne. Sin City mocniej stylizowało rzeczywistość, było bardziej bezczelne, brutalne oraz wizualnie charakterystyczne. Ripley z kolei wykorzystywał estetykę nie tylko do tworzenia pięknych kadrów, ale też do budowania psychologii bohaterów i napięcia. Spider-Noir pozostaje bardziej konwencjonalny. Czerń i biel jest tutaj przede wszystkim efektownym opakowaniem.

Pod względem alternatywnych komiksowych historii bardziej podobał mi się również Pingwin od HBO. Tam styl gangsterskiej opowieści służył przede wszystkim postaciom i ich ambicjom, a nie odwrotnie. Tutaj często miałem wrażenie, że najpierw powstał pomysł na kadr, cień albo kolejną scenę w deszczu, a dopiero później zastanawiano się, co właściwie mają w niej robić bohaterowie.

Czy to duży problem? Niekoniecznie. Bawiłem się dobrze, choć znacznie bardziej dzięki estetyce niż samej treści. Spider-Noir jest sprawnie zrealizowanym, świadomym swojej konwencji komiksowym eksperymentem. Ma świetne zdjęcia, mocną obsadę, kilka udanych pomysłów i Nicolasa Cage’a, który przez większość czasu bardzo skutecznie robi Nicolasa Cage’a w kapeluszu.

Jako zamknięta, jednorazowa przygoda działa. Nie wiadomo jeszcze, czy powstanie drugi sezon, i nie jestem pewien, czy to źle. Ta formuła ma urok właśnie dlatego, że jest czymś nietypowym. W kolejnych sezonach nawet najbardziej udane zdjęcia, najbardziej mokre ulice i najdłuższe cienie mogłyby zacząć się powtarzać. A kiedy kino noir przestaje być tajemnicze, zostają już tylko papierosy, fedory i rachunek za sztuczny deszcz.

Na razie Spider-Noir pozostaje ciekawostką. Ładną, stylową, miejscami bardzo udaną i trochę pustą w środku. Czyli jak wiele rzeczy w Hollywood. Tylko ta przynajmniej dobrze wygląda w czerni i bieli.

ocena GIT


Strefa GIF-a

Zdjęcia pochodzą z IMDb i reddita, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra.

+1
0
+1
1
+1
1
+1
1
+1
3
+1
0
+1
0