Kronika Geeka

The Boroughs (S01)

Bracia Duffer najwyraźniej uznali, że skoro dzieciaki ze Stranger Things zdążyły już dorosnąć, pora przenieść walkę z nadnaturalnym złem na drugi koniec demograficznej skali. W ten sposób dostaliśmy The Boroughs, czyli w dużym uproszczeniu Stranger Things, tylko z emerytami. I przez chwilę nawet wygląda to całkiem nieźle.

 

Dla niewtajemniczonych

Sam Cooper, grany przez Alfreda Molinę, przeprowadza się do położonego na pustyni w Nowym Meksyku osiedla dla seniorów. Miejsce jest słoneczne, zadbane i pełne ludzi, którzy najwyraźniej mają przed sobą jeszcze całkiem sporo spokojnych lat. Oczywiście szybko okazuje się, że pod tą pocztówkową fasadą kryje się coś znacznie mniej sympatycznego. W okolicy dochodzi do dziwnych zdarzeń, mieszkańcy zaczynają zachowywać się podejrzanie, a grupa emerytów musi zmierzyć się z zagrożeniem, które nie pochodzi z tego świata. Albo przynajmniej nie powinno.

Za serial odpowiadają Jeffrey Addiss i Will Matthews, natomiast bracia Duffer pełnią funkcję producentów wykonawczych. Ich patronat czuć tu zresztą na każdym kroku: jest niewielka społeczność, grupa niedocenianych bohaterów, tajemnica, potwór, nostalgia i kilka mniej lub bardziej dyskretnych ukłonów w stronę kina nowej przygody oraz lat osiemdziesiątych.

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

 

Zaczyna się całkiem obiecująco

Pierwsze odcinki The Boroughs potrafią jeszcze wzbudzić zainteresowanie. Mamy zagadkę, mamy tajemnicze osiedle, mamy poczucie, że coś jest bardzo nie tak, chociaż nie do końca wiadomo jeszcze co. Pustynne otoczenie pozwala też zbudować nieco inny klimat niż typowe miasteczka i przedmieścia, z którymi najczęściej kojarzą się podobne historie.

Przede wszystkim jednak serial dysponuje obsadą, której mogłaby mu pozazdrościć niejedna znacznie poważniejsza produkcja. Alfred Molina, Geena Davis i Bill Pullman to nazwiska dobrze znane z kina, a Alfre Woodard (Luke Cage), Clarke Peters (The Wire) czy Denis O’Hare (American Horror Story) należą do tych aktorów, na widok których od razu myśli się: „O, znam, lubię”. Teoretycznie więc wszystko się zgadza. Jest pomysł, klimat, tajemnica i grupa doświadczonych aktorów, którzy powinni być w stanie udźwignąć nawet trochę słabszy materiał.

Byle szybciej, byle nie myśleć

Niestety materiał okazuje się znacznie słabszy niż trochę. Stosunkowo szybko tajemnica zaczyna ustępować miejsca kolejnym scenariuszowym absurdziątkom. Bohaterowie podejmują decyzje nie dlatego, że wynikają one z ich charakterów albo sytuacji, tylko dlatego, że fabuła musi jak najszybciej przemieścić ich do następnej sceny. Zasady działania zagrożenia zmieniają się zależnie od potrzeb odcinka, a istotne informacje pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy scenarzyści uznają, że czas już popchnąć akcję dalej.

 

I akcja rzeczywiście pędzi. Czasami wręcz na złamanie karku. Problem polega na tym, że nie wynika z tego szczególnie dużo. Serial jednocześnie sprawia wrażenie rozwleczonego i napisanego w ogromnym pośpiechu. Poszczególne sceny wyglądają czasem tak, jakby powstawały zupełnie niezależnie od siebie, a dopiero później ktoś próbował połączyć je w jeden odcinek. Niektóre nie rozwijają bohaterów, nie pogłębiają tajemnicy ani nawet nie budują napięcia. Po prostu są. Chwilę później następuje gwałtowny zwrot, pościg albo kolejne odkrycie, żeby widz przypadkiem nie miał czasu zastanowić się, czy cokolwiek z tego ma sens. Najlepiej patrzeć przed siebie i nie oglądać się na pozostawiane po drodze dziury fabularne. Przy bliższym spojrzeniu mogłyby okazać się jeszcze większe.

Nie pomaga też samo rozwiązanie centralnej tajemnicy. Początkowo serial całkiem sprawnie buduje poczucie, że za wydarzeniami na osiedlu kryje się coś większego, dziwniejszego i być może nawet niepokojąco oryginalnego. Kiedy jednak wreszcie odkrywa karty, okazuje się, że odpowiedź jest znacznie mniej interesująca niż pytania, które do niej prowadziły. Zamiast satysfakcjonującego „aha” dostajemy raczej wzruszenie ramion i kolejną porcję wyjaśnień, które mają pozszywać wcześniejsze sceny w jedną całość. Nie bardzo się to udaje.

Jeden pomysł, osiem odcinków

Trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy mieli jeden całkiem sympatyczny pomysł: grupę starszych ludzi walczących z nadnaturalnym zagrożeniem w pozornie idyllicznym osiedlu. I na tym właściwie koniec. Pomysł być może wystarczyłby na półtoragodzinny film, gdyby go odpowiednio rozbudować, nadać bohaterom głębię i dokładniej przemyśleć zasady całej historii. Zdecydowanie nie wystarcza natomiast na cały sezon serialu.

 

Resztę trzeba było więc wypełnić. Wypełniono ją znajomymi motywami, sztucznie podtrzymywanymi sekretami, dialogami objaśniającymi to, co właśnie wydarzyło się na ekranie, i scenami, które przypominają raczej pierwszy szkic niż gotową wersję. Wszystko jest przy tym dziwnie wygładzone, bezpieczne i plastikowe. Serial nie ma własnego charakteru, mimo że jego punkt wyjścia aż prosił się o coś trochę bardziej nietypowego.

Nie sposób oczywiście udowodnić, czy przy scenariuszu pomagała sztuczna inteligencja, ale The Boroughs ma wszystkie cechy tekstu, który mógłby powstać przy jej znaczącym udziale. Elementy teoretycznie do siebie pasują, dialogi brzmią poprawnie, a fabuła rozwija się w przewidywalny sposób. Brakuje jednak wyrazu, konsekwencji i poczucia, że za całością stoi ktoś, kto naprawdę chciał opowiedzieć właśnie tę historię, a nie tylko dostarczyć Netflixowi kolejnych ośmiu godzin kontentu.

Nie pomaga również problem z określeniem potencjalnego odbiorcy. Dla dorosłego widza The Boroughs jest zbyt naiwny, przewidywalny i scenariuszowo niedopracowany. Z kolei dla nastolatków historia o problemach, relacjach i lękach grupy emerytów może nie być szczególnie pociągająca. Jednocześnie niektóre sceny są trochę zbyt straszne albo ponure, żeby potraktować serial jako lekką przygodę dla całej rodziny. W efekcie powstała produkcja dla wszystkich i dla nikogo. A jak wiadomo, zazwyczaj oznacza to przede wszystkim to drugie.

 

Nawet Molina tego nie uratuje

Najbardziej szkoda obsady, bo aktorzy naprawdę próbują nadać swoim postaciom więcej życia, niż przewidziano dla nich na papierze. Molina bez większego wysiłku potrafi wzbudzić sympatię, Davis ma wystarczająco dużo ekranowej charyzmy, żeby ożywić nawet przeciętną scenę, a Pullman nadal świetnie odnajduje się w rolach nieco ekscentrycznych starszych panów. Woodard, Peters i O’Hare również robią, co mogą. Tylko że mogą niewiele. Nie da się aktorstwem naprawić historii, której kolejne elementy nie trzymają się razem. Nie da się też przykryć ekranową charyzmą faktu, że większość bohaterów istnieje głównie po to, by pełnić określoną funkcję w drużynie albo wypowiedzieć potrzebną w danym momencie kwestię.

Molina nie ma zresztą ostatnio szczególnego szczęścia do produkcji streamingowych. Kilka lat temu wystąpił w kryminalnym Three Pines od Prime Video, który również dysponował ciekawym punktem wyjścia, ale ostatecznie okazał się produkcją słabą i został skasowany po pierwszym sezonie.

 

The Boroughs być może spotka inny los. Zakończenie wyraźnie zostawia furtkę do kontynuacji, a patronat braci Duffer może zapewnić serialowi trochę większą cierpliwość ze strony Netflixa. Poziom obu produkcji pozostaje jednak niepokojąco podobny. 

[AKTUALIZACJA, 19.06.2026] Niestety The Boroughs nie spotkał inny los. Kilka dni po publikacji tej recenzji Netflix skasował serial po pierwszym sezonie.

Szkoda, ponieważ przy większym dopracowaniu mogło z tego powstać coś naprawdę sympatycznego. Serial o starszych bohaterach, którzy nie są wyłącznie komediowym dodatkiem ani żywymi rekwizytami, nadal ma w sobie sporo świeżości. Zwłaszcza jeśli wrzuci się ich w sam środek nadnaturalnej przygody. Twórcy mieli więc niezły pomysł. Mieli świetną obsadę. Mieli również producentów, którzy doskonale znają ten rodzaj historii. Najwyraźniej zabrakło już „tylko” dobrego scenariusza.

The Boroughs to kolejny typowy netflixowy zapychacz: wystarczająco sprawny, żeby leciał w tle, wystarczająco znajomy, żeby nikogo szczególnie nie odpychać, i zdecydowanie zbyt nijaki, żeby pamiętać o nim tydzień po seansie. Ledwo, ledwo załapał się na:

 

Strefa GIF-a

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

Zdjęcia pochodzą z IMDb i reddita, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra.

+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
4
+1
0
+1
0