
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

#KupkaWstydu
Ależ to była wyśmienita przygoda! I po jej ukończeniu miałem ogromne wątpliwości, czy Shadow… będzie w stanie to przebić. No bo niby jak?
Druga połowa gry jeszcze lepsza niż pierwsza – w sporej mierze dzięki temu, że do dyspozycji miałem już kompletny zestaw zabawek i pokaźny wachlarz umiejek. Ładowanie potrójnych headshotów, a także dziesiątkowanie wrogów strzałami wybuchowymi, trującymi i zapalającymi zwyczajnie nie może się nudzić. Finałowe starcie z bossem także nie zawiodło. No ale oczywiście i tak mój ukochany moment to nawalanie z trebusza 😃
Ciekawostka: podobnie jak przy części pierwszej tu również ukończyłem zabawę ze wskaźnikiem postępu na poziomie 73%, a miałem wrażenie, że o wiele bardziej starałem się odhaczać znajdźki i (przede wszystkim) opcjonalne grobowce. Albo przeceniłem swoją eksplorację w Rise…, albo niedoceniłem tejże w TR. No albo to jakiś spisek.
Tak czy siak bezdyskusyjnie:
A tu jeszcze podwójne uwiecznienie moich perypetii:

#KupkaWstydu
Kończymy tę zabawę!

Tu już nie było tak wyraźnej różnicy jak między częścią pierwszą a drugą i początkowo miałem wrażenie, że to taki Rise… w innych (zdecydowanie mniej mroźnych) okolicznościach przyrody. Ale nie, Shadow… również ma swoją odrębną tożsamość i jeśli ktoś twierdzi, że twórcy poszli po linii najmniejszego oporu, wciskając nam tę samą grę w nieco innym opakowaniu, moim zdaniem wyrządza finałowi trylogii sporą krzywdę.
Oczywiście tutejsze perypetie również musiały zostać uwiecznione:
A tak oto ruszyłem w ostatni bój, niemalże bondowsko:

Zastanawiałem się, która z części jest moją ulubioną – i przez długi czas nie miałem cienia wątpliwości, że Rise… Ale powiem Wam, że im bliżej byłem końca przygody – a już zwłaszcza po tym niesamowicie klimatycznym wstępie do finałowego starcia, gdzie dawka mroku wybiła poza skalę – miałem coraz większe problemy z werdyktem. No ale tak, niech będzie, że Rise…, acz bardzo BARDZO nieznacznie.
Shadow of the Tomb Raider zaś, który ukończyłem ze wskaźnikiem postępu 68,55% (a więc jednak nie spisek) to kolejny wprost fenomenalny tytuł ze zrebootowaną Larą w roli głównej. I z pełną odpowiedzialnością oznajmiam, że ta trylogia to jedna z najlepszych serii, jakich dane mi było doznać w całym moim życiu gamera. Po prostu cudo, którego każdy miłośnik przygodowych gier akcji powinien doświadczyć.

A jeśli chcecie pełną galerię (czemu niby mielibyście nie chcieć), zapraszam na naszego Fejsa, o tutaj.

#KupkaWstydu
Oficjalnie ostatni tytuł z Epica!!! Rączki do bozi, żeby już nie dali żadnego darmowego sztosu, bo zasoby Steama czekają, a misja unicestwienia Kupki Wstydu jest wystarczająco ciężka bez takich utrudnień. Ale Steamem będę się przejmować później, bo na razie trochę czasu zejdzie mi na takie oto zabawy marvelowskie 🙂

Lilith wjechała na grubo, a ja jestem jej synem (mogłem być córką, ale jednak wolę być synem), który już ją raz dojechał, ale zginął, więc został wskrzeszony, żeby dojechać ją ponownie. Wskrzeszona zostaje też tytułowa drużyna Midnight Suns, na której czele staję i do pomocy wezmę sobie rozmaitych Avengersów czy innych trykociarskich łobuzów. Tak, klasyczny Marvel 😀
Ale ja to kocham. I gdybym nie kochał, pewnie by mnie ta gra mogła nieco frustrować, bo tu ekspozycja na lore jest przeogromna i brak miłości do materiału źródłowego zwyczajnie sprawi, że wszystko oprócz wykonywania misji będzie stanowiło przykry obowiązek. Więc jeśli jesteś niedzielniakiem, który Marvela poznał dzięki MCU, odpalasz na własne ryzyko! Humorek oraz RZARTY też w większości przypadków gra kieruje do prawdziwych fanów 🙂
Nie oszukujmy się jednak: najważniejsze w tej grze są taktyczne turowe starcia oparte o system karciany. Rewelacja, serio 🙂 Nie dość, że naprawdę wymagające i oferujące szeroką paletę rozwiązań, to jeszcze czysto wizualnie satysfakcjonujące!
Czy coś mnie wkurza? Na pewno okazjonalne bugi, nieco kołkowe poruszanie się naszego herosa po posiadłości i okolicach, a także szkaradne wręcz ryje większości postaci w trakcie rozmów (czasem jeszcze randomowo rozmyte na zbliżeniach) – w głowie mi się nie mieści, że gra sprzed raptem czterech lat epatuje takim brzydactwem. Na szczęście walki są dopracowane i tam wszystko wygląda pięknie.
Więc dojeżdżam pachołów Hydry i bossów rozmaitych, pielęgnuję przyjaźnie, eksploruję mapę, craftuję itemy, rozkminiam zagadki, cyzeluję deczki dla każdej postaci. I wybornie się bawię.
No i oczywiście najważniejsze, że mam pieseła (który wprawdzie trochę zieje ogniem, ale co tam). A marzec kończę, szykując się na zdobycie próbki symbionta.
Wnioski końcowe za miesiąc! A także finalna stylówka mojego Huntera, gdyż oczywiście póki co glow-up w toku.

Zamykamy tradycyjną u mnie sekcją karcianą! W Gwincie PRO wbite królującymi u mnie ostatnio reliktami, a w Snapie sezon X-Men: Origins of Apocalypse, w którym najwięcej frajdy sprawił mi Gambit w wersji Horseman of Death.
Screeny własnego autorstwa, GIF ze skarbnicy Tumblra, grafika do Gwinta z The Voice of Gwent, grafika do Snapa z Marvel Snap Zone.

























