
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

#KupkaWstydu
Jako że styczeń kończyłem perypetiami Raymana w Origins, luty musiałem – rzecz jasna – zacząć od kontynuacji, czyli Legends. Tym razem już nie miałem potrzeby przechodzenia całości i uznałem, że ogram sobie cały pierwszy świat. No i po tym pierwszym świecie czuję, że akurat w całości wolałbym przechodzić właśnie Legends, bo zwyczajnie wydaje się być pod każdym względem lepszą grą (a przecież Origins też było kapitalne!).
Po pierwsze rozgrywka jest o wiele przyjemniejsza, bo tym razem twórcy uznali, że dadzą normalne checkpointy i o ile sekwencje nadal potrafią być mocno wymagające, to już nie płaczemy z rozpaczy, gdy po raz czterdziesty ósmy trzeba powtarzać cały poziom od samiuśkiego początku, bo nam jeden skok nie wyszedł. Po drugie widzę, że w poziomy tchnięto kolejną dawkę świeżości, na przykład dodając patenty stricte muzyczno-rytmiczne czy też dorzucając nam pomagiera Murfy’ego, którym musimy sterować osobno (i często równocześnie). Chociaż przyznam, że w tym pierwszym świecie brakowało mi poziomów latano-strzelanych z Origins – nie wiem, czy pojawiają się później, ale jeśli nie, to smuteczek.
Poniżej jeden z kilku początkowych poziomów wymaksowanych bez wielkiego trudu, a także Murfy w akcji, tnący linę i torujący Raymanowi drogę.
I wreszcie po trzecie doceniam multum dodatkowego contentu do odblokowania… a oczywiście najważniejsze i tak były dla mnie zdrapki.

Świat pierwszy, Teensies in Trouble, ukończony, łącznie dziesięć poziomów, zabawa wyborna, przyzwoitej dawki wyzwania również nie zabrakło. Nie wątpię, że dalej bawiłbym się równie dobrze, a pewnie nawet jeszcze lepiej, ale – jak pisałem – w planach był tylko pierwszy świat. Czas lecieć do kolejnego tytułu na Kupce!

#KupkaWstydu
Groza Wielkich Przedwiecznych majacząca pośród niezbadanych wód, mocno literacki sznyt, okrutny poziom trudności i umieranko wpisane w rozgrywkę? Trzeba było sprawdzić, skoro już pan Epic wręczył egzemplarz w uczciwej cenie…
…no i faktycznie hardkorowo. Mój pierwszy kapitan zginął w bitwie morskiej, której się idiotycznie podjąłem, zamiast salwować się ucieczką (oczywiście, że nie miałem szans). Drugi kapitan zaś niestety wypłynął za daleko na północ i potem się okazało, że ktoś chyba nie zadbał o dostateczną ilość zapasów żywności, a droga do Upadłego Londynu zdecydowanie zbyt odległa. No i tak.

Doceniam, bo widać, że twórcy mocno zadbali o charakterystyczny Lovecraftowski klimat, ale jednak nie jest to gra dla mnie. Na odchodne macie tu ode mnie pierwszy śnieg, który złapał mnie na morzu, wizytę w mocno podejrzanej kaplicy (i elegancko zdany test), a także wcale nie podejrzaną medyczkę, którą udało mi się zwerbować do załogi.
Trzeba trochę postrzelać!

#KupkaWstydu
Czas ponownie wcielić się w najbardziej polskiego z amerykańskich ubijaczy nazioli. A – jak powszechnie wiadomo – dobry naziol to ten niekoniecznie przy życiu.

Zgodnie z planem zagrałem sobie trzy pełne misje, czyli najpierw szturmowałem bazę wroga wespół ze swoimi krajanami, następnie dawałem drapaka ze szpitala psychiatrycznego i ratowałem opiekującą się mną Alicję Bachledę-Curuś Anię (ale fajnie było usłyszeć prawdziwy nieudawany polski w tej przecież niepolskiej grze), a następnie wraz z rzeczoną Anią starałem się przedostać do pociągu jadącego wprost do Berlina. Oczywiście nieustannie zostawiając za sobą szlak trupów.
Bawiłem się wyśmienicie, nie ukrywam. Naziolskie ścierwo rozwala się doskonale, partie skradankowe mnie nie irytowały (a poza tym były totalnie opcjonalne), a okrutny klimat i mocno filmowy charakter rozgrywki tylko potęgowały jakże pozytywne wrażenia. Po tych trzech misjach absolutnie bym się do niczego nie przyczepiał.
I, jak widać, umiłowałem sobie dzierżenie dwóch karabinów:
I jeszcze trzy obrazki z samej końcówki moich przygód z panem Blazkowiczem, czyli kawusia, zbliżająca się mocno schizowa konwersacja w pociągu (serio się zestresowałem!), a także humorek, gdyż oko do gracza trzeba tu i ówdzie puścić.
Dobra, dość grania po kawałku, kolejny tytuł już ogrywam należycie w całości.

#KupkaWstydu
Potwornie długo się zbierałem, ale W KOŃCU napocząłem jakże chwaloną rebootową trylogię o przygodach takiej jednej młodej łobuziary.

I kompletnie się nie dziwię, że chwalona, bo już pierwszy tytuł z serii to totalnie jedno z moich najlepszych growych doznań ostatnich kilkunastu lat. No absolutny banger. Może i mocno inspirowany perypetiami Nathana Drake’a (które przecież były mocno inspirowane perypetiami oryginalnej Lary 😉), ale przy całym swoim uwielbieniu do serii Uncharted nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że Tomb Raider jest w jakikolwiek sposób gorszy. Wyśmienity miks wyczynów filmowo-kaskaderskich, strzelania, nawalania, wybuchów, torów Ninja Warrior, polowania na pradawne artefakty i trzymającej w napięciu awanturniczo-fantastycznej fabuły. Rewelacja.
Na obrazkach poniżej moja pierwsza pozyskana broń (czyli nieoceniony łuk, co tam jakieś pistolety!), a także pierwszy „splądrowany” przeze mnie grobowiec (czyli misja poboczna z dodatkowymi nagrodami).
A tu uwieczniona ucieczka z bazy szurniętych kultystów:
Ukończyłem grę ze wskaźnikiem postępu na poziomie 73%, co uznaję za wynik bardzo przyzwoity, bo ja generalnie nigdy domyślnie nie celuję w maksowanie tytułów… choć po creditsach musiałem jeszcze wrócić na wyspę, żeby wykupić ostatnie ulepszenie do łuku, bo szlag mnie trafiał, że nie zdążyłem przed finałem 😃 Nie robię żadnej przerwy, od razu lecimy z kontynuacją, a Wy jeszcze macie kilka urokliwych obrazków do obczajenia!

#KupkaWstydu
No to co, ponownie witamy pannę Croft!

Kolega w robocie mówił, że się odbił od tej części, bo dla niego to była totalna powtórka z rozrywki. Po kilku godzinach mogłem tylko spytać: CZYŚ TY OSZALAŁ? 🙂
Część pierwsza faktycznie była takim preludium i testem bojowym, a w Rise… nasz reboot już w pełni rozwija skrzydła. Gra jest o wiele bardziej złożona, skomplikowana i rozbudowana, a czasem wręcz miałem bekę, że nasza bohaterka to już prędzej Lara Craft niż Lara Croft. Oczywiście rodzi się pytanie, czy to nadal jest Tomb Raider – i rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że nie. Dla mnie to casus analogiczny jak przy tym wznowieniu serii God of War, do którego też musiałem się chwilę przekonywać, bo z oryginałem (którego byłem ultrasem) zbyt wiele wspólnego to nie miało. Ale niezależnie od tego czy jest to Tomb Raider, czy potężnie dokokszony Uncharted z Larą i asasyńsko-templariuszową fabułą, jest to kapitalna przygodowa gra akcji. I tego się trzymajmy.
A ponieważ mam z Epica jakąś wersję luksusowo-rocznicową, to dane mi było też zrobić side questa z Babą Jagą… i absolutnie nie żałuję, bo to jedna z najbardziej klimatycznych misji. Zdecydowanie nie warto pomijać!

Na koniec lutego dotarłem do doliny geotermicznej i tam już łobuzuję, czyli jestem gdzieś za połową. Finalne wnioski i ocena zatem w kolejnym odcinku… ale raczej wielkiego zaskoczenia nie przewiduję 😃

Zamykamy tradycyjną u mnie sekcją karcianą! W Gwincie PRO ponownie wbijane machinopiechurami KP oraz żołnierzami NG, ale najwięcej frajdy sprawił mi powrót do skellgijskiego deszczu, a w Snapie sezon Guardians’ Greatest Hits Vol. 2, w którym byłem bardzo nieoryginalny, gdyż mocno świrowałem nową wersją Star-Lorda, czyli ulubioną kartą redaktora Łukasza.
Screeny własnego autorstwa, GIF ze skarbnicy Tumblra, grafika do Gwinta z The Voice of Gwent, grafika do Snapa z Marvel Snap Zone.

































