
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

#KupkaWstydu
Na początku roku domknąłem swoją przygodę z klockowymi ludzikami DC i podobnie jak w przypadku „dwójki” ograłem sześć misji, po czym resztę fabuły obczaiłem na YT (jeszcze bita godzina filmików mi została do obejrzenia, nie było żartów!). I tu już nie śmieszkuję z koncepcji fabuły w grach Lego, bo to naprawdę są całkiem spoko historie (nawet jeśli z zacięciem mocno wczesnoszkolnym) i nieustannie mrugają okiem w stronę starszych miłośników Uniwersum.
Bawiłem się chyba najlepiej jak dotąd i serio żałuję, że nie miałem co-opowego towarzystwa, bo potencjał ostatniej części trylogii oceniam bardzo wysoko (ile tam jest grywalnych postaci, masakra!!!) i z miłą chęcią trzaskałbym te misje dalej. No ale słowo się rzekło i sam w gry co-opowe grać póki co nie zamierzam, a Ukochana niestety do fanatyczek śmieszkowania z duńskimi klockami w roli głównej nie należy.
PS Smutno mi tylko, bo ani razu nie uratowałem tego biednego Adama Westa 😢

Formalnie nie kwalifikuję tego do Kupki Wstydu, gdyż Epic mi zaburzył plany i nagle wrzucił ten oto głośny tytuł jako darmoszkę. Miałem olać… ale jednak raz, że bardzo lubię ten świat, a dwa, że podobały mi się oglądane filmiki z rozgrywki. No więc dobra, za darmo to uczciwa cena, sześć questów fabularnych zagrać można, czyż nie? Ale oczywiście najpierw musiałem sobie stworzyć czarodziejskiego gigachada.

Ta gra to jest mokry sen fanów lore’u – a ja się do nich zaliczam. Oczywiście możliwe, że po pewnym czasie już wkradłoby się zmęczenie materiału, ale jednak z dziewięć godzin łobuzowania po Hogwarcie i okolicach mam na liczniku, a kończyłem zabawę urzeczony, więc zakładam, że dalej nie byłoby gorzej, bo przecież w moje łapska oddane zostałyby jeszcze kolejne zabawki.
Sama szkoła to jest majstersztyk designu, ewidentnie bardzo twórcom zależało, żeby oddać tym magicznym wnętrzom sprawiedliwość i udało się to przewybornie. A jeszcze mamy tu takie bogactwo kanonicznych znajdziek i kanonicznych aktywności, że można oszaleć – zwłaszcza jeśli jesteś jednym z calakujących gry maniaków (NIE, TOMEK, WCALE NIE MAM CIEBIE NA MYŚLI!). Pierdyliard zaklęć do wyboru (i klątw też!), eliksiry, zielarstwo, customizacja wszystkiego z różdżką włącznie, sowi listonosze, śmiganie na miotle, magiczne pojedynki, mój własny Pokój Życzeń… Totalnie rozumiem, czemu potterowców i potterówki ta gra tak zachwyciła.
A na obrazkach poniżej możecie zobaczyć napierdzielanie trolla za pomocą miotanej magicznie skrzyni, mroczne spacery po Zakazanym Lesie, a także incendio w praktyce.
Z planowanych sześciu questów… ostatecznie zagrałem osiemnaście (plus garść pobocznych) – no bo, wiecie, uznałem, że nie ma opcji odpuszczenia gry, zanim nie polatam na miotle! Wbiłem też dwunasty poziom, a finalna wersja mojego zjawiskowego czarodzieja prezentowała się następująco:

Odhaczone, lecimy dalej.

#KupkaWstydu
W końcu mogłem zasiąść do tych Guardiansów, o których tyle już się nasłuchałem. I najlepszym podsumowaniem niech będzie poniższa rycina:

Jako hardkorowy Marvelowiec (z krwi i kości, a nie taki, który odkrył Marvela na bazie kinowych blockbusterów), jestem wniebowzięty. Jasne, może nie jest to poziom Pajęczaków od Insomniac Games, ale taki ogrom poszanowania dla materiału źródłowego to coś wspaniałego. Po więcej wrażeń zapraszam do recenzji, którą popełniliśmy z Tomkiem, a tutaj tylko powtórzę swoje dwa główne plusy, które dopełniają wspomniany już wyborny ładunek lore’u:
- Rewelacyjna fabuła napędzana przez jeszcze lepsze dialogi
- Widowiskowe, mocno taktyczne i bardzo przy tym wymagające starcia: moje ukochane combo to Rocket zbijający wrogów w kupę za pomocą Gravistick Grenades, wjeżdżająca w całą gromadę Gamora ze swoim Shadow Strike, a potem już ja tryumfalnie z Eye of the Hurricane. Nigdy nie nudzi.
No i generalnie jak można nie kochać gry, w której dziennik misji prezentuje się następująco:


#KupkaWstydu
Chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie odczułem negatywnych skutków posiadania Kupki Wstydu… bo aktualnie granie ruskami w grze o ruskach to niekoniecznie jest coś plasującego się na szczycie mojej listy marzeń. Albo nawet gdziekolwiek na jakiejkolwiek liście. Tyle dobrze, że chociaż sama gra ruska nie jest. No ale przez wzgląd na sentyment do całej marki uznałem, że przeboleję i po raz ostatni ruszyłem Artiomem na stracenie.

I to na stracenie dosłowne, bo mimo mocnych starań z mojej strony i podejścia mocno nastawionego na stealth i tak dostałem złe zakończenie. Mocno deprymujące po tylu godzinach walki z wszelkimi możliwymi przeciwnościami, jakie tylko zawiera postapokaliptyczne bingo: od kanibali i religijnych opętańców po rozpaczliwie szybko wyczerpujący się filtr w masce, gdy brak ci surowców na stworzenie kolejnego.
Ale też utwierdziłem się w przekonaniu, że czysto gameplayowo seria Metro to prawdziwy skarb, bo ciężko znaleźć FPS-a, który tak mocno odbiega od FPS-owego kanonu i tak bardzo skupia się na budowaniu klimatu i, mówiąc piękną polszczyzną, immersji. Rozczula mnie sam fakt, że mam tu klawisz przypisany do ścierania syfu, który gromadzi mi się na masce. Koniec końców wypakowana jakością i emocjami przygoda, której wiele aspektów z pewnością zostanie mi w pamięci na długo.
PS To złe zakończenie tak mnie zirytowało, że mimo świetnych wrażeń z samej gry machnąłem ręką na DLC… ale chociaż na YT sobie zobaczyłem co i jak.
PPS No i kto wymyślił, że nasz bohater może gadać tylko w trakcie narracji międzymisjowej, ale już gdy otrzymuje setki pytań od kompanek i kompanów w trakcie samej rozgrywki, milczy jak zaklęty?!

#KupkaWstydu
Z gierkami soulsowymi miałem długi rozbrat i dość wyraźnie to odczułem, wjeżdżając w Mortal Shell – tym bardziej, że ta gra wywala wiele tradycyjnych mechanik gatunku na śmietnik, co sprawia, że te początkowe chwile stanowiły dla mnie jeszcze większe wyzwanie. No bo co to znaczy, że mi się itemy leczące nie odnawiają i że po zgonie nie mogę po prostu lecieć do bossa, tylko muszę znowu pofarmić leszczy, żeby mi się naładował pasek Resolve, bez którego nie będę w stanie wyprowadzać kontr!
Tak czy siak założyłem sobie, że pogram do pierwszego pełnoprawnego bossa włącznie. Zdobyłem pierwszą możliwą „skorupę”, czyli wasala Harrosa i to właśnie nim ruszyłem w bój.

Pomijając te irytujące aspekty, o których wspomniałem wyżej, rozgrywka dostarczyła mi naprawdę dużo frajdy, bo świat jest cudownie mroczny i klimaciarski, a ataki potrafią być naprawdę nieźle efektowne.
Pierwszym bossem jest niejaki Grisha i oczywiście początkowe moje próby wyglądały mniej więcej tak:

Ale w końcu go usiekłem. I można było z czystym sumieniem brać się za kolejną gierkę z listy.

#KupkaWstydu
Tym razem sus do zakładki Ubisoft Connect, gdyż z Epica mam kontynuację, więc wypadałoby ogarnąć temat chronologicznie.
Po pierwsze ogromny szok, bo Rayman Origins wyszło 14 lat temu, a nadal wygląda wprost fenomenalnie. Ten styl się chyba nigdy nie zestarzeje.

Po drugie już kompletnie czaję, dlaczego to tytuł tak poważany w gatunku i tak wielbiony przez fanatyków platformówek: od animacji, przez projekty poziomów, aż po wwiercającą się w mózg schizową ścieżkę dźwiękową zgadza się tu absolutnie wszystko i wszystko prezentuje jakość fenomenalną. Gra też oferuje całkiem spore wyzwanie, więc jeśli ktoś lubi dowartościować się świadomością posiadania skilla, zapraszam 🙂 No i nawet parę razy się udało zgarnąć order, maksując licznik!

Maksymalnej oceny nie dam z dwóch powodów:
- Nie spodziewałem się, że będzie gate-keeping poziomów z końcowymi bossami i że zostanę zmuszony do rozgrywania ukończonych już poziomów ponownie celem nazbierania odpowiedniej liczby electoonów. Wymuszonego zbieractwa spodziewałbym się raczej przy chęci odhaczenia osiągnięć czy tam odblokowania grywalnej postaci lub poziomu, a nie przy zwykłej chęci przejścia gry.
- W dwóch momentach poziom trudności nagle tak wystrzelił w kosmos, że naprawdę musiałem wykazać się anielską cierpliwością 😀 Gdyby cała gra była taka trudna, pewnie nie miałbym wrażenia, że ktoś postanowił znienacka zdzielić mnie w łeb maczugą. Ale tak, sam finał i nieco wcześniejsze starcie z niejakim El Stomacho niewątpliwie przyprawiły mnie o kilka siwych włosów w bonusie.
Ale i tak bawiłem się wyśmienicie (przeklinając tylko umiarkowanie). I jako że gra zrobiła na mnie takie wrażenie wizualne, niech stracę – leci podwójna galeria!

Zamykamy tradycyjną u mnie sekcją karcianą! W Gwincie PRO wbijane mieszaniną Królestw Północy (machiny wsparte Radowidem i potęgą temerskich piechurów) oraz nilfgaardzkich żołnierzy, a w Snapie sezon Dragons, w którym zarówno metą, jak i moim sercem zawładnął Shou-Lao the Undying.
Screeny własnego autorstwa, GIF ze skarbnicy Tumblra, grafika do Gwinta z The Voice of Gwent, grafika do Snapa z Marvel Snap Zone.


























