
Dla niewtajemniczonych
Alien: Earth to amerykański serial science fiction z elementami horroru, stworzony przez Noaha Hawleya. Jest to pierwszy serial telewizyjny z serii Obcy, a jego akcja rozgrywa się dwa lata przed wydarzeniami z filmu Obcy z 1979 roku.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Wendy: We rule.
Ten serial czerpie z dziedzictwa Obcego, ale z pełną świadomością idzie własną drogą. To nie jest tylko nostalgiczna kalka – to śmiała narracja, która bierze na warsztat ideę życia syntetycznego i biologicznego jako dwóch równorzędnych, konkurujących form istnienia. Oba światy walczą o przetrwanie, ale jeszcze bardziej o sens tego istnienia. To sci-fi jest filozoficzną rozprawą o tym, czym jest życie, gdy jego definicje się rozmywają.

Babou Ceesay jako Morrow – siła natury, która przeraża
Największe wrażenie robi Babou Ceesay. Jego postać to czysta, nieokiełznana siła natury – nie potwór, nie android, nie do końca… ale niemal człowiek? Ojciec, który poświęcił wszystko dla bezpieczeństwa córki. Kiedy córka ginie w wypadku (czy aby na pewno?), pozostaje mu już tylko gniew, który napędza go do wykonania powierzonego mu zadania do końca za wszelką cenę. Jego motywacje są tragiczne, a ich realizacja przerażająca. Ten antagonista to echo ludzkiego bólu bez granic. To cyborg.
Timothy Olyphant jako Kirsh – chłodna elegancja w chaosie
Olyphant wnosi do serialu coś niepodrabialnego – dystans, kontrolę, elegancję. Jego rola nie dominuje, ale nadaje ton. Jest jak metronom w świecie, który pulsuje chaosem. Gdy pojawia się na ekranie, wszystko zwalnia, nawet jeśli to, co go napędza pozostaje największą tajemnicą do samego końca.

Świat Obcego – detal, dźwięk, technologia
Twórcy Alien: Earth z obsesyjną wręcz precyzją oddali klimat oryginalnego Obcego. Dźwięki są niepokojące, retro-technologia skrzypi i błyska jakby żyła własnym życiem, a postmodernistyczna wizja Ziemi zarządzanej przez megakorporacje to nie tylko tło – to komentarz społeczny. Każdy ekran, każdy interfejs, każdy szum w tle buduje atmosferę, która wciąga i nie puszcza. Zwłaszcza odcinki skupione na statku Maginot, poprzedzające główne wydarzenia z serialu, są duchową spuścizną godną najbardziej klasycznego horroru sci-fi.


Sydney Chandler – dobra robota, słaby wątek
Chandler daje radę jako dziewczynka w skórze dorosłego półboga, a jej gra jest solidna, emocjonalna i wiarygodna. Ale niestety główny wątek, który niesie, jest najsłabszym ogniwem serialu. Pozostałe raczkujące hybrydy radzą sobie znacznie słabiej: ich aktorzy to dorośli, którzy naprawdę zapomnieli bezpowrotnie, jak to jest być dzieckiem. Ten eksperyment się twórcom nie udał. Ta konkretna konstrukcja fabularna nie dorasta do reszty. Na szczęście serial nie żyje głównym wątkiem – żyje podtekstami.

Alien: Earth jest najlepszy tam, gdzie pokazuje różnorodność: tak gatunków obcych, jak również idei, form życia czy sposobów myślenia. Ta kosmicznie niebezpieczna różnorodność ksenobiologii przemycona na Ziemię – chaotyczna, piękna, niepokojąca – jest tylko ciekawostką dla znudzonej ludzkości, która egzystuje w skrajności ultra-zamożnych z dostępem do wszystkiego, oraz biedoty mas, która stanowi wyłącznie mięso armatnie w osiągnięciu nieśmiertelności.
I na koniec: Pan Oko. Cichy, niepozorny, a jednak skrada serca widzów. Jego obecność jest niczym mrugnięcie oka od twórców <wink, wink>. Najlepszy bohater drugoplanowy, bez dwóch zdań.

A co z samym obcym? No jest. Bez niego, z wszystkimi tymi pomniejszymi formami życia zdolnymi do siania równie ogromnego chaosu, serial byłby lepszy. Tytuł to tak naprawdę nie Obcy: Ziemia, ale Obca Ziemia.
Podsumowanie
Alien: Earth to mocne doświadczenie, ale też pytanie bez odpowiedzi. Jest jak obcy, który patrzy na nas i pyta, czy jesteśmy jeszcze ludźmi.
Strefa GIF-a



Zdjęcia kadrów z serialu oraz jego grafiki promocyjne pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy GIPHY.





