
Dla niewtajemniczonych
Tron: Ares to amerykański film akcji science fiction z 2025 roku. Jest to trzecia część serii Tron, po filmie Tron: Legacy (Tron: Dziedzictwo, 2010), w reżyserii Joachima Rønninga. W obsadzie znaleźli się Jared Leto, Greta Lee, Evan Peters, Jodie Turner-Smith i Gillian Anderson, a Jeff Bridges powtórzył swoją rolę legendarnego Kevina Flynna z dwóch pierwszych części.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Ares: I like Mozart. I say, if I’m being honest, I prefer Depeche Mode.
Z pierwszymi scenami filmu miałem poczucie, że oglądam dokładne przeciwieństwo Matrixa. Nie tylko dlatego, że jeden film napisał od nowa kanon tego, czym jeszcze może być dobre science fiction, a drugi to poczciwy kuzyn Bubba z Alabamy. Właściwie, zupełnie nie. Matrix to taki digitalowy noir: ciężki jak powrót po dziesięciogodzinnej zmianie zimowym wieczorem, w smogu i na kacu. W Tronie czułem, że wjeżdżam w laserpunk: łubudu na parkiecie, światła porażają oczy do bólu, a bezwład tłumu w tańcu przywołuje wspomnienie wakacji z młodości. Dwie zupełnie odrębne stylistyki, opowiadające podobne historie o programach dążących do świadomości, roli ludzkości w tych nowych realiach, wielkich korporacjach i binarnych aglomeracjach, gdzie jeden z filmów gloryfikuje tak męczącą mnie już dystopię, a drugi jest kolorowy, widowiskowy i efekciarski — z nutą nadziei na lepsze jutro, nawet jeśli tanio zaserwowanej.
Ale wiedziałem, w co wchodzę, bo do filmu przekonała mnie decyzja Walt Disney Studios o kontynuacji estetyki z Tron: Legacy, co łatwo było rozpoznać już w zwiastunach. Estetyka ta, stworzona przez Josepha Kosinskiego i kontynuowana przez nowy team – z Kosinskim jako byłym specjalistą od efektów – zna limity technologii i co najważniejsze, wie, kiedy się zatrzymać, by nie wpaść w uncanny valley. Dzięki temu cyfrowy świat Aresa nie tylko wygląda bardzo realnie, ale dostarcza zupełnie nową jakość CGI. Świetnie zastosowane materiały wsparte praktycznymi konstrukcjami, dobrane do kolorów i tonacji oraz tego, jak współczesne silniki graficzne potrafią to wszystko symulować, sprawiły, że ja czegoś podobnego w cyfrowych efektach specjalnych jeszcze nie doświadczyłem, a karmię się takimi formami głównie i na co dzień.

Poczytajcie moje rozczarowanie użyciem FX w Furiosie w kontekście kontrastu do ewenementu kinematografii, jakim był Fury Road i jego utrzymany do granic absurdu praktyczny plan filmowy. Furiosa zastępuje tenże grafiką komputerową w sposób, że aż w oczy kole. Tron: Ares to z kolei graficzna kąpiel dla oczu. Tak perfekcyjnie dobiera naturę CGI, ilość, oraz jak i kiedy jest użyte, że nawet w świecie realnym – nie w królestwach programów – obecność CGI jest wręcz niewidoczna. I o to właśnie chodzi.
Kocham powrót kina do praktyczności planu filmowego, ale większość czasu spędzam w świecie cyfrowym — uwielbiam go równie mocno i cieszą mnie nad życie nowe możliwości technologiczne. Ale nigdy kosztem jakości produkcji. Kino może stać się ponadczasowe jedynie, kiedy CGI nie wypala w nim znamion roku, w którym było wygenerowane. Tron: Ares zaskoczył mnie niepomiernie niezrównanym poziomem efektów specjalnych oraz wkomponowaniem ich w format live-action najpłynniej, jak kiedykolwiek widziałem. Wiedziałem, że będzie wyjątkowo, ale nie sądziłem, że aż tak dobrze.

Nie mogę powiedzieć jednocześnie, że ten film zapisze się jakoś specjalnie w historii kina. Niejednokrotnie zastanawiałem się, czy może nie sprawdziłby się lepiej jako animacja. Jest niekonsekwentny w tym, co połączenie klasycznych technologii świadomych programów ze świata Trona ze współczesnym 3D-printingiem z laserowym twistem oznaczałoby w fizycznym świecie. Są sceny, które wybijają z immersji nie jakością prezentacji, ale decyzją reżysera o takim czy innym zachowaniu się obiektu trońskiego wśród praw fizyki. No nie jest to jakoś specjalnie logiczny ani mądry film.
Dodatkowo irytowała mnie marvelifikacja humoru — comic-relief może być sporadyczny i nie musi oznaczać głupkowatego żartu w co piętnastej kwestii. Hollywood zapomniało już, że tak można. Albo to ukłon wobec generacji alfa czy coś. Tutaj dumnie bronię boomerstwa mówiąc “Stop, …” i sami wiecie, jak ten cytat skończyć z Testosteronu. Jak nie wiecie, to znaczy, że autor – stary dziad – i tak do Was się teraz nie zwraca.
Bonusowym powodem wybrania się na seans była też pochlebna opinia Red Letter Media o soundtracku od Nine Inch Nails. Nadmienię, że nigdy świadomie zespołu nie słuchałem, więc jakoś nie czuję się na siłach w ocenie tegoż, ale też nie śliniłem się na samą myśl, tym samym. Szczerze, zaintrygował mnie fakt pochlebnej opinii RLM o czymkolwiek, bo jest to powód sam w sobie, żeby się wybrać. Ci goście spaliliby Hollywood w mig, gdyby im pozwolono! Cyberpunkowy puls i industrialne brzmienia stanowią natomiast kolejną gustowną kontynuację tradycji serii Tron — Daft Punk w Legacy to było przecież coś. Takie zabiegi kinematografia wciąż stosuje zbyt rzadko! A tutaj Disneycze znowu zaskoczyło i się postarało. Fajny taki ostrzejszy Vangelis z Blade Runnera.
Przyznam, że choć ogromnie doceniam oryginalną, a nie licencjonowaną muzykę, to moje oczy cieszyły się jednak bardziej niż uszy. Wizualia tak mnie hipnotyzowały, że muzyka jakoś nie wybijała się z tła. Ale to dobry znak, bo oznacza, że świetnie się w akcję, charakter i styl filmu wkomponowywała. Serdecznie rozbawił mnie metakuksaniec, jakim było uczenie się uczuć przez Aresa – tytułowego głównego programu granego przez Leto – poprzez opowiadanie o tym, jaki wpływ ma na niego właśnie muzyka. Leto, dywagując o Depeche Mode i Mozarcie, był właściwym człowiekiem we właściwym miejscu.
Miłym zaskoczeniem był również fakt, że Tron: Ares trwa poniżej godziny i trzech kwadransów. Jaka to jest w ogóle teraz rzadkość i jakże przyjemna niespodzianka! Czas trwania działa również na jego korzyść ogromnie, bo scenariusz nie dostał tyle miłości, co wcześniej wspomniane aspekty. Fabuła? Raczej pretekst niż serce filmu. Dialogi? Czasem brzmią jak wygenerowane przez AI po zbyt długim scrollowaniu Reddita. Ale jakoś nie przeszkadzało mi to zabawie, jaką miałem na tym filmie.
Nie, Jared Leto ani Jodie Turner-Smith nie są jakimś sporym problemem. Ich jako taka gra aktorska jest bardziej ograniczona naturą ich postaci niż kwestią talentu. Po pierwsze na ogół widzimy ich kaskaderskich dublerów, nie samych aktorów. Sporo czasu ekranowego spędzają też w hełmach. To może chociaż głosem mogliby zagrać, powiecie. Można nim wszakże wiele subtelności przelać widzowi w serduszko. Tak, ale mają nałożone filtry dystorsji, podkreślające ich nieludzką naturę. Odgrywają więc drony, i to załatwia sprawę, wink, wink.

Może specjalny był to zabieg zaangażowania jednak jakichś nazwisk, ale bez przesadnego wydawania kasy na te największe. Ostatecznie ci aktorzy nie wpłynęli negatywnie na mój odbiór filmu. Infantylna historia ciągnie go w dół bardziej niż brak A-listerów. Evan Peters to objawienie w American Horror Story, ale siedem-pięćset-sto-dziewięćsetnej kopii Zuckerberga nie wykreował umiejętnie. Gillian Anderson powinna była po prostu zrezygnować — jest najsłabszym ogniwem filmu i jako jedyna sprawia wrażenie wykonywania zlecenia.
I tu mam wrażenie, że produkcja mogła ugrać nieco więcej. Genialnym pomysłem było niepłacenie dziesiątków milionów dolarów największym szychom w show biznesie w ryzykownej marce. Większość aktorów w Aresie to znane twarze, ale głównie serialowe, albo – co zresztą właśnie RLM również wychwycili – kanadyjskiej proweniencji. Tak zaoszczędzone pieniądze producenci mogli wtedy wydać na pozostałe aspekty! Wciąż myślę że można było pójść o krok dalej i nie płacić nawet i tych i tak sporych pewnie honorariów Leto, Smith czy Bridgesowi, sięgając po wyłącznie świeże twarze, którym przecież zależałoby bardziej na stworzeniu pamiętnej roli. Jeff oczywiście jest akurat uzasadniony z wiadomych powodów.
A propos Bridgesa, czy film przegina z nostalgią? Zupełnie nie. Wykorzystuje tyle odniesień do poprzednich części, ile wymaga utrzymanie ciągłości świata lub fabuła, a wszystko, co widz potrzebuje wiedzieć z poprzednich cześci, żeby tutaj nie czuć się zagubionym, film mu opowie. To jest ogromna sztuka i osiągnięcie móc uzyskać ten balans, i Tron robi to w Aresie na medal.

Za to klimat lat 80. wylewa się z każdego kadru bez umiaru: od neonów, przez stylizację, po… inne wspominki i wizualne odniesienia, a jest to więcej niż tylko szyldy firm z oryginału z 1982 roku. Ale tu celowo nie powiem zbyt dużo. Świetne to jest, estetycznie rozpieszczające i cieplutkie na duchu. Fani pierwszego Trona znajdą tutaj ostoję i pocieszenie — a mnie te opowiedziane wizualnie sceny po prostu wzruszyły, choć nie ma w nich jakoś specjalnie dialogów (może dlatego?!), ani nie jestem też wielkim wyznawcą Trona.
Takiego wizualnego storytellingu po prostu brakuje mi w filmach najbardziej. Filmy są dokładnie tym medium na show, don’t tell, a ekspozycje często są w nich boleśnie przegadane, zwłaszcza w kinie sci-fi. Byłem oczarowany tym, jak robił to miejscami Tron: Ares, a te kilka scen, które tu wspominam, ale nie rozpisuję, same w sobie warte jest, by film obejrzeć.
Czy miałem wrażenie dojenia marki przez Disney? Z takim poczuciem, mimo wszystko, również szedłem na ten seans. Wyszedłem już bez niego. Disney zrobiło coś mniejszego, coś fajnego. W tym czymś nie wszystko się udało, ale pewne aspekty wykonano, wyprzedzając konkurencję i ponad to, co utarte. Próbowali wskrzesić markę w Legacy, nie wyszło, więc zmienili taktykę.

Patrząc jak podeszli do Aresa, widzę, że robią coś inaczej: mniejszy format, przy zachowaniu ciągłości świata i stylistyki, ale bez soft-reboota czy tworzenia spin-offów — dla mnie Ares to hołd żłożony kultowemu klasykowi, jakim jest seria Tron. Jest to pełnoprawny sequel w tej trylogii, bez produkowania w ciemno rozbijającego skarbonę blockbustera. Wydali tyle, ile musieli na science fiction nieodstające technologicznie od konkurencji, połączyli kluczowe wydarzenia i postaci, mając teraz mocny fundament pod franczyzę z ogromnym potencjałem.
Ponieważ film ten jest bardziej widowiskiem, niż dobrą historią, mam wrażenie, że sala kinowa to jest idealne miejsce na doświadczenia z nim związane. Jeśli odrobinę Was chociaż interesuje, nie róbcie krzywdy swoim zmysłom i nie odbierajcie im szansy na te przeżycia w zaawansowanym technologicznie środowisku, jakim jest kino.
Podsumowanie
Tron: Ares to spektakl audiowizualny, który zachwyca formą, ale treść zostawia w domyśle. Jeśli szukasz emocji — znajdziesz je w ścieżce dźwiękowej i estetyce świata. Jeśli szukasz głębi — lepiej zajrzyj do BIOS-u. Ale jeśli chcesz zwyczajnie zobaczyć coś innego, coś przyjemnie lekkiego, co nie wymaga odrobienia pracy domowej przed seansem, nie przechodź obok niego obojętnie.
Strefa GIF-a



Kadry z serialu oraz jego materiały promocyjne pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy Tenor.





