Kronika Geeka
Okładka do recenzji filmu Czas Apokalipsy

Apocalypse Now

Seans „Apocalypse Now” w kinie to nie tylko powrót do klasyki, ale i intensywne doświadczenie, które wykracza poza ramy zwykłego oglądania filmu. W tej osobistej relacji z jubileuszowego pokazu zanurzam się w monumentalnej wizji Coppoli, analizując jej siłę, niedoskonałości i ponadczasowy wydźwięk.

Fotograf spogląda przez dziurę w zniszczonej amerykańskiej fladze

 

Dla niewtajemniczonych

Apocalypse Now (Czas apokalipsy) to amerykański film wojenny z 1979 roku o niezwykłym rozmachu. Wyprodukowany i wyreżyserowany przez Francisa Forda Coppolę, ze scenariuszem napisanym wspólnie przez Coppolę, Johna Miliusa i Michaela Herra, jest luźno inspirowany opowiadaniem Josepha Conrada Jądro ciemności z 1899 roku, z akcją filmu przeniesioną z XIX-wiecznego Kongo do wojennego Wietnamu. Film opowiada historię kapitana Willarda (Martin Sheen) podczas podróży rzecznej z Wietnamu Południowego do Kambodży. Wyrusza on na tajną misję zamachu na pułkownika Kurtza (Marlon Brando), zbuntowanego oficera sił specjalnych oskarżonego o morderstwo i uznanego za niepoczytalnego. W obsadzie znaleźli się również Robert Duvall, Laurence Fishburne i Harrison Ford.

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Garść wrażeń

Kilgore: I love the smell of napalm in the morning.

Wróciłem z kolejnego seansu z okazji jubileuszu Cinema City w Polsce, a tym razem był to Apocalypse Now Francisa Forda Coppoli. Niezły miałem… helikopter poprzez cały czas trwania filmu. Żarty żartami, ale trudno nie przyznać produkcji szacunku należnego prawdziwej ikonie kinematografii, nawet jeśli nie jest ona równomierna w odbiorze na przestrzeni wszystkich swoich aktów. Wciąż pozostaje dziełem, które potrafi poruszyć, zachwycić, wzruszyć, pomimo okazjonalnej irytacji lub wprawienia w osłupienie.

Coppola, znany z monumentalnego rozmachu, naprawdę przekracza tutaj granice wyobraźni. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak to musiało być epickie w końcówce lat 70., skoro nawet mnie – pół wieku później – wbija w fotel. Pierwszy akt to prawdziwa ikona historii kina – niewyobrażalna ilość sprzętu wojskowego, helikoptery, wybuchy, tłumy statystów – wszystko na prawdziwym planie, bez mrzonki nawet o CGI. Jest to ekspercko zrealizowana produkcja na niedoścignionym poziomie. To nie tylko kino, to widowisko wojenne, które wciąga jak wir, zmiata z nóg i pozwala odczuć ogrom włożonego w produkcję wysiłku.

Pożar wywołany potężną eksplozją trawi dżunglę

Oglądanie takich klasyków na studiach na tanim laptopie, albo pamiętanie pojedynczych scen, kiedy leciały na Jedynce czy Polsacie, wciąż przerywane, bo ojciec musiał obejrzeć Wiadomości, Informacje, wieści, zdarzenia, Fakty, mity i Panoramę, a mama goniła do łóżka w połowie drugiego aktu, to się nie liczy! Duży pokój czy sypialnia to nie przestrzeń, która w ogóle nadaje się do obcowania z filmami. Kino to karuzela doświadczeń. Monitor czy telewizor – nawet ten za ileś-tam-dziesiąt tysięcy złotych – to droga zabawka na ścianie w porównaniu ze skalą immersji z ogromnej, wyciemnionej i wyciszonej hali, z olbrzymim ekranem i wszechogarniającym dźwiękiem ze wsparciem cyfrowym: nie ma kurierów, dzieci, zwierząt, wiercącego sąsiada ani karetki niemogącej się przebić przez korek.

Kiedy podczas kryzysu cywilizacyjnego roku 2020 wszyscy trąbili o oddzielaniu pracy i przestrzeni do życia, bo to złe vibesy, to jakim cudem można oczekiwać przeżyć, które niosą filmy, kiedy ogląda się je tam, gdzie się normalnie żre łazanki, odkurza, sprząta codziennie pierdyliard zabawek i pada zmęczonym po pracy czy szkole. Obejrzenie Apocalypse Now w kinie przeniosło mnie w czasy sprzed roku 2020. Są filmy i są filmy, po prostu. Dla jednych jest telewizor, dla drugich — kino. Ten seans przypomniał mi dobitnie, dlaczego to jednak szeroko rozumiane kino kocham, nie telewizję.

Szwadron uderzeniowy amerykańskich helikopterów z pochmurnym niebem w tle

Wracając do samego filmu, wraz z oszałamiającym show praktycznych planów aktu pierwszego, to jednak ta uderzająco obecna na początku americana robi największe wrażenie, niekoniecznie pozytywne. Intrygująco ją przekoloryzowując, dopiero z czasem film pozwala widzowi zrozumieć jej celowo wyrazisty charakter: pokazuje ona, że to, co znajome, zwłaszcza nieco wypaczone, w tak bardzo obcym świecie nie wystarczy, by powstrzymać skutki realiów wojny na obczyźnie. Wojna zniszczy każdy umysł, bo racjonalna codzienność musi ugiąć się przed obezwładniającą irracjonalnością wojny.

Z czasem americana zaczyna blaknąć, ustępując prawdziwym tragediom wojennym. Z każdą minutą znajome coraz bardziej ustępuje miejsca okrucieństwu wojny. Fantazja tej przygody zostaje brutalnie skonfrontowana z politycznie i ekonomicznie usankcjonowanym ludobójstwem. Niestety ta narracja pod koniec staje się zbyt pompatyczna — nabiera nazbyt poetyckiego charakteru. Dla mnie to właśnie ten dysonans – fizyczność horroru wojny pomieszana z filozoficznymi dywagacjami na temat ludzkiej natury – potrafi wybić z immersji tego spektaklu kompletnie, zwłaszcza w ostatnim akcie.

Oficer kawalerii amerykańskiej w towarzystwie swoich żołnierzy na plaży

Drugi akt pozostaje wybornym doznaniem, jako droga w szaleństwo — dosłownie. Każdy przystanek bohaterów to coraz bardziej surrealistyczna wersja amerykańskiej rzeczywistości lat 70. Weźmy ten most, który codziennie jest naprawiany tylko po to, by generalicja mogła wykazać realizację celów wojny, to groteskowy teatr absurdu. Brak dowódcy, ślepy mord, soundscape rodem z cyrku, chaos jako jedyna reguła — ten obraz pozornej kontroli to kolejna świetna alegoria zachodniej mentalności popadającej w szaleństwo — alegoriami, którymi zresztą film jest wręcz usiany.

Aktorsko Apocalypse Now błyszczy, a raczej żarzy się. Martin Sheen w roli kapitana Willarda jest zjawiskowy, a jego introspekcja i napięcie wewnętrzne budują fundament całej opowieści. Laurence Fishbourne, jeszcze jako nastolatek, daje przedsmak swojej przyszłej charyzmy. A Robert Duvall jako pułkownik Kilgore? Ta postać to istna legenda — kto nie zna I love the smell of napalm in the morning raczej nie wychował się w tej części planety.

Gęsta, mglista dżungla o zmroku

Niestety, trzeci akt nie dorównuje poprzednim. Marlon Brando jako Kurtz – wprawdzie przedstawiony jako siła natury – jednocześnie jest dyktatorem, który stał się niewolnikiem własnego losu. Jego kreacja jest absolutnie przekoloryzowana, nadmiernie patetyczna, komicznie wręcz teatralna. Zakończenie nie odbiera co prawda sprawstwa Willardowi, ale też sadza go w roli widza na scenie Kurtza, odbierając należne właśnie głównemu bohaterowi światła spotlightów.

Niby-obca tam americana przekształca się w niby-rodzimą dzikość dżungli Półwyspu Indochińskiego, ale efekt jest skrajnie odwrotny! Króliczki Playboya, Rolling Stonesi i surfing podczas ostrzału artylerii pasują tu bardziej niż kamienne statuy antycznych bogów, mord rytualny i nienaruszona cywilizacją kultura. Bo czy to jest prawdziwe serce Wietkongu? A może Wietnamu? Wydaje się raczej groteskową analogią Jankesów spoglądających z góry na natywnych Amerykanów. Jeśli Kurtz trafił do raju, to jeden szaleniec umęczony wojną miał doprowadzić do jego upadku? Wciąż: ma być bogiem, a prosi o mercy kill? Jeśli to miejsce jest tak złe, jak sugeruje Kucharz, to dlaczego Willard nie potwierdza nalotu? Jeśli jednak jest dobre, dlaczego nie uleczyło umysłu Kurtza? Był aż tak wypaczony? Ale to miejsce nie może być dobre, bo było pod dictum zbrodniarza i skalane jest mordem i zwłokami: na murze wita napis — czas apokalipsy. A może to zwykła ostoja dla uciekinierów wojennych z każdej strony konfliktu?

Zbliżenie na spoconą twarz mężczyzny, opatrzoną bandażem na jednym z policzków

Trudno powiedzieć, o co chodzi, bo trzeci akt nie raczy tego wytłumaczyć — skupia się na zbliżeniach na twarz Brando w półmroku. Tak, akty pierwszy i drugi są surrealistyczne, jak zresztą na Coppolę przystało, ale wciąż są czytelne i przejrzyste. Trzeci jest po prostu abstrakcyjny, a takie kino to nie moje kino. Tym razem zbudowana alegoria nie jest trafiona — jest jeszcze bardziej zakrzywiona niż wszystko ukazane dotychczas. Ta wizja mająca być kotłem odmieniającym anioły naszej natury, zamiast katharsis, pozostawia uczucie niedosytu. Dotychczasowi bohaterowie zepchnięci są ze wszystkich planów, a sceny wydają się bardziej hołdem Coppoli wobec dorobku Brando niż opowieścią o upadającej americanie, przegranej wojnie, straconych wartościach i możliwości życia w normalnym świecie czy rozbitym braterstwie.

Za to ścieżka dźwiękowa? Absolutna wizytówka filmu. Nawet jeśli przekoloryzowana americana czasem wydaje się niedorzeczna, a polityczne i liryczne dialogi i monologi, zwłaszcza aktu trzeciego, dawno straciły znaczenie nie tylko w samym filmie, ale również w kartach historii, to muzyka Apocalypse Now pozostaje ponadczasowa. Ona daje upust emocjom, kiedy napięcie sięga zenitu. To ona wywołuje łzy w oczach kinomana podczas licznych, klasycznych już scen.

Podsumowanie

Apocalypse Now to kolejne doświadczenie życiowe bardziej niż po prostu film. To podróż w głąb ludzkiego szaleństwa, w której kadry, dźwięki, nawet najdrobniejszy gest aktora i każda warstwa taśmy filmowej niosą własne znaczenie. Jasne, nie jest to dzieło bez skaz, ale takich nie ma. Liczy się natomiast siła jego oddziaływania i ta pozostaje niezaprzeczalna.

Ocena BDB

 

 

+1
1
+1
0
+1
0
+1
1
+1
0
+1
0
+1
0