Kronika Geeka
Okładka dla recenzji filmu science fiction Blade Runner (Łowca androidów)

Blade Runner

Czy maszyna może mieć duszę? Czy człowiek może ją utracić? W mroku sali kinowej, pośród neonów i deszczu, „Blade Runner” zadaje pytania, które nie przestają rezonować – nawet po czterdziestu latach.

Zaparkowany samochód w ciemnej alejce rozświetlony przelatującym samochodem policyjnym.

 

Dla niewtajemniczonych

Blade Runner, w reżyserii tego pana Scotta, to utrzymany w stylistyce noir film science-fiction z 1982 roku. Film ten znam doskonale, ale dopiero teraz mogłem go doświadczyć zgodnie z pierwotnym założeniem: na dużym ekranie, w ciemnej sali, otoczony dźwiękiem i obrazem.

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Garść wrażeń

Tyrell: What… what seems to be the problem?
Batty: Death.

Już od pierwszych sekund i tego panoramicznego ujęcia mrocznego Los Angeles, rozświetlonego wybuchami ognia i neonami, można poczuć, że to nie będzie zwykły seans. I choć obraz był hipnotyzujący – zremasterowany – dostosowany do współczesnych projekcji tym, co naprawdę uderzyło, była ponadczasowa muzyka Vangelisa.

Te syntetyczne nuty nie tylko budowały atmosferę, ale zdawały się opowiadać o czymś głębszym: o samotności, tęsknocie i granicy między życiem biologicznym a maszyną. Oba napędzane sygnałem elektrycznym, zbudowane ze związanych silnym oddziaływaniem hadronów tworzących oddziałujące słabo nukleony, ale tamten świat chce widzieć wyłącznie ich różnice, nie podobieństwa.

Zbliżenie na oko odbijające światła Los Angeles niczym odległe gwiazdy

W kolejnych chwilach bawi nieco filmowa wizja roku 2019, gdzie przeludnione i zanieczyszczone miasto sprawia, że człowiek gubi się w tłumie, a technologia nie daje ukojenia. Patrząc z perspektywy 2025 roku, można powiedzieć, że Ridley Scott się pomylił – nie mamy latających samochodów, ani nie żyjemy w wiecznym deszczu. Ale czy dzisiejsze metropolie nie mają własnych dystopijnych problemów? Kryzys mieszkaniowy, bezdomność, nierówności społeczne, algorytmy decydujące o losach ludzi… Może nie wygląda to jak w Blade Runnerze, ale duch dystopii wciąż tam zagląda…

Replikantka z błyskiem w oku i łowcą androidów w półmroku

Zanurzenie się filmie na dużym ekranie to nie tylko uczta wizualna, lecz także przypomnienie, jak potężnym narzędziem narracyjnym może być dźwięk, kiedy jest świadomie reżyserowany. W kinie akustyka rezonuje inaczej – głębiej, bardziej cieleśnie. Współczesne kino często traktuje soundscape jako tło, dodatek, techniczny obowiązek. Ridley Scott lat 80. udowadnia, że dźwięk to drugi scenarzysta, a może nawet sam bohater, opowiadający równoległą historię, pełną emocji, napięcia i symboliki. 

Umalowana replikantka tajemniczo się uśmiecha

Film przedstawia replikantów, istoty stworzone na wzór ludzi, ale pozbawione pełni emocji, wspomnień… duszy? Ich oczy odbijają światło, ale to błysku jak w oku żywego człowieka właśnie im brakuje w domniemaniu tamtejszego społeczeństwa. Ich los trochę odbija się echem w moim własnym doświadczeniu seansu. Bo choć wizualnie Blade Runner w kinie zachwycał, to jakość nagranego dźwięku (zwłaszcza dialogów) boleśnie przypominała, że nie wszystko z lat 80. jest lepsze.

Czy remaster dźwięku to proces, któremu nie poświęca się tyle uwagi, co scenom? Czy nie da się go tak samo odświeżyć? Tak niezwykle ważny w tym filmie dźwięk, wręcz trzecioplanowy bohater, wielokrotnie jest przytłumiony, płaski i wybijający z immersji. Jakby sam film był replikantem: piękny, poruszający, ale nie do końca „żywy”?

Replikant i replikantka spoglądają w dystans

Kulminacyjna scena konfrontacji między Royem a Deckardem to pewnie najbardziej rozpoznawalny element filmu. Rozgrywa się w przestrzeni przypominającej opuszczony teatr, z kolumnami i światłem wpadającym przez szczeliny, z echem kroków i krzyków. Roy, replikant, staje się aktorem ostatniego aktu swojego życia. Jego zawodzenie przypomina wilczy skowyt i nie jest tylko wyrazem ostatecznego rozgoryczenia, ale to też lament świadomości która wie, że zaraz zniknie.

Deckard również ryczy, z bólu, a jego ludzki głos jest kruchy, niepewny. Kontrast między nimi buduje napięcie nie tylko wizualne, ale właśnie akustyczne: słuchamy dwóch różnych gatunków walczących o przetrwanie.

Blade runner w pokoju pełnym kukieł, lalek i manekinów

Kiedy android ostatecznie ratuje łowcę jedną ręką, w drugiej trzyma gołębia. Na dużym ekranie jakoś łatwiej skupić się na takich detalach. Ostatnie sekundy Roya to akt litości, który być może jest też aktem uzyskania duszy – tego arbitralnego pierwiastka, którego ludzie lubią odmawiać innym gatunkom, ujmując w niej swoją wyższość, boskość. Ten relatywnie drobny akt, to być może przedłużenie życia dla jego całego gatunku, choć jako jednostka je traci.

Paradoksalnie, ratując Deckarda, Roy zyskuje coś więcej niż biologiczne istnienie, które jest przecież jak ta łza – w pojedynkę wiecznie przemijające. Swoim czynem Roy zostaje zapamiętany jako istota zdolna do empatii, do wyboru dobra. Równolegle zdolny był do skrajnie różnych aktów – przeraźliwej siły i subtelnej czułości – podkreślając, że natura jego gatunku przerosła zerojedynkową wizję stwórcy. Deckard z pomocą uczuć Rachael również dostrzega tę ulewę rewolucji poprzez ewolucję. Czy to pozwoli replikantom uzyskać prawdziwą nieśmiertelność?

Replikant w zadumie nad istnieniem z białym gołębiem w ręku

Podsumowanie

Oglądanie Blade Runnera w kinie po raz pierwszy było jak spotkanie z legendą: pełne zachwytu, ale też świadomości, że czas zostawia ślady. Film nie zestarzał się źle, ale zestarzał się uczciwie. I może właśnie w tej niedoskonałości taśmy, w tym zgrzycie dźwięku, podkreśla tę najbardziej prawdziwą naturę ludzkości.

Ocena BDB

 

Strefa GIF-a

Przelatujący samochód policyjny wśród ponurych wieżowców i ogromnego ekranu

 

Replikantka z błyskiem sztucznego życia w oku z papierosem w ręku

 

Replikant w którym wygasło życie w ulewnym deszczu

 

Zdjęcia kadrów z filmu pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy GIPHY.

+1
1
+1
0
+1
0
+1
1
+1
0
+1
0
+1
0