Dla niewtajemniczonych
Ku zaskoczeniu wielu Andrzej Sapkowski opublikował kolejną powieść osadzoną w realiach sagi o Geralcie z Rivii: przed Wami prawdziwy wiedźmiński Bildungsroman. Książka jest prequelem kanonicznej sagi i pozwala czytelnikom towarzyszyć Białemu Wilkowi w pierwszych krokach na wiedźmińskiej ścieżce. Sprzedażowo i wizerunkowo – pewniak, zwłaszcza po słabym trzecim sezonie serialu, który nie zaspokoił apetytów wielu fanów. Ale czy Wiedźmin. Rozdroże kruków broni się jako coś więcej niż fanserwis?
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń

Mam ten problem czytelniczy, że jak rozpocznę jakąś sagę czy serię, to potem tkwię w jej świecie, póki autor coś wydaje – niezależnie od tego, czy kolejne tomy obniżają loty, czy trzymają poziom. Było zatem oczywiste, że po kolejną książkę Sapkowskiego o Geralcie sięgnę niezależnie od recenzji. Po Sezonie burz, który kompletnie ulotnił mi się z pamięci po lekturze, podeszłam do Rozdroża kruków raczej z motywacją „chcę znać wydarzenia z tej części” niż „spodziewam się przełomowego dzieła”.
Początkowa część fabuły – portret szlachetnie naiwnego młodziutkiego wiedźmina, spotkanie z Prestonem Holtem, który ratuje Geralta przed śmiercią za zabicie gwałciciela, nieco pospieszna transformacja nieopierzonego młokosa w sprawnego, wyrachowanego wojownika – odhaczyła dla mnie wszystkie kryteria porządnego fanserwisu. Sporo było tu puszczania oczka do odbiorców, zarówno na temat świata przedstawionego, jak i szeroko dyskutowanych realiów XXI w., takich jak rola młodzieżowych sformułowań w języku czy faktu, że koń napojony.
Dalej zrobiło się lepiej: seria zgrabnie napisanych scenek o zdobywaniu kolejnych atrybutów wiedźmińskości nabrała rozpędu w kierunku solidnie zarysowanego konfliktu interesów i punktu kulminacyjnego. Zwrotów akcji nie było zbyt wiele, ale z przyjemnością znów czytałam, jak Geralt narażał się i stawiał możnym swojego świata. Poruszający, opowiedziany oszczędnie, ale jednak w pełni wybrzmiewający wątek mentorskiej relacji z Holtem i jej konsekwencji dla wszystkich uwikłanych trącił u mnie te same struny, co najbardziej przejmujące momenty Narrenturm. Bardzo doceniłam zbalansowanie tego mroku niemal pratchettowską historią afiliacji wiedźmina i lokalnych pocztylionów.
Rozdroże. Miejsce symboliczne. Cztery drogi, w cztery świata strony. Miejsce wyboru i decyzji. Którą teraz przyjdzie ci podjąć, Geralcie.
Andrzej Sapkowski, Rozdroże kruków
Językowo Rozdroże kruków trzyma się znanej konwencji, Sapkowski korzysta ze swojej firmowej mieszanki archaizmów, makaronizmów, popisów erudycji, puszczania oczka do czytelnika i sytuacyjnych żarcików. Szalenie mnie cieszyła nawracająca jak mantry włoska terminologia dotycząca szermierki – coś, czego w żadnym serialu żadnego Netflixa nie doświadczycie. Tekst jest też porządnie zredagowany i nie wyłapałam niezgrabności czy językowych potknięć, które u innych są smutną normą.
Książka ma też słabsze strony – pospieszanie akcji listami, struktura balansująca między powieścią a długim opowiadaniem dały mi raczej poczucie niedosytu, pewnego pośpiechu niż starannie zaplanowanej lekkości.
Żaden jednak bestiariusz ani żadna księga nie przygotują was na nieznane niewiadome. Na potwory, o których nie wiemy, że ich nie znamy.
Andrzej Sapkowski, Rozdroże kruków
Ponieważ, jak się zdaje, w mainstreamie postacie kobiece w fantastyce to nadal kategoria inkluzywności (co jest niesamowite, ale to temat na zupełnie inny artykuł), to odnotuję dla porządku, że również w kwestii pisania o kobietach Sapek Sapkiem pozostał i trzyma swój klasyczny poziom. Mamy tu z jednej strony potężne bohaterki – komendantkę, magiczkę; z drugiej – klasyczne motywy okołburdelowe; z trzeciej strony wreszcie – oko narratora niezmiennie zawiesza się jednak na dłużej i uważniej na wdziękach pań niż panów.
Co mnie smuci, to fakt, że taka w sumie niezbyt rozbudowana pozycja spod pióra Sapkowskiego zupełnie bez wysiłku deklasuje większość prób rodaków tworzących w tej samej konwencji i przywraca apetyt na więcej. Dlatego też, żeby autora przypadkiem nie zniechęcić do dalszego tworzenia, przyznaję Panżejowi za to dzieło nieco na wyrost

Czytając najnowsze przygody wiedźmińskie spod pióra mistrza, miałem głównie dwie rzeczy w głowie. Z jednej strony, że sama historia to pewien amalgamat zalążków przygód i odrzuconych szkiców, które pewnie Andrzej Sapkowski miał gdzieś odłożone i niespecjalnie miał pomysł na ich rozwinięcie, wobec czego usnuł z nich coś na kształt kolażu. Śledzimy w nim losy młodego Geralta, który skacze z miejsca na miejsca, w dość ekspresowym tempie rozwiązując kolejne sprawy, czasem mieczem, czasem głową, czasem sercem. Z drugiej strony stwierdziłem, że mimo takiego zagrania czyta się Rozdroże kruków dobrze i całościowo wypada ono lepiej, niż wydany już ponad dekadę (sic!) temu Sezon burz, a Sapek pozostaje numerem jeden wśród polskich pisarzy fantasy.
Opatrzenie ściany frontowej ratusza miasteczka Berentrode wielkim transparentem z napisem „Wypierdalaj stąd razem z twoją petycją” byłoby bardzo rozsądne. Pozwoliłoby petentom zaoszczędzić sporo czasu i wysiłku, które mogłyby być wykorzystane z większym pożytkiem dla ogółu.
Andrzej Sapkowski, Rozdroże kruków
Trafionym pomysłem było czasowe umiejscowienie historii w młodości Geralta i choć znów, wspomniany Sezon burz był również prequelem do sagi, to tym razem Sapkowskiemu ten zabieg bardziej się udał, chyba dlatego, że przeskok czasowy jest większy. Cieszy więc wiedźmin-żółtodziób, który stawia dopiero pierwsze kroki w swoim fachu i de facto życiu w ogóle, a co za tym idzie jego naiwność, potknięcia, jak również cenne doświadczenia i nauki, które zbiera na szlaku. Ciekawą, nowo wprowadzoną postacią jest wyklęty wiedźmin-emeryt, wokół którego kręci się cała intryga powieści, a który stanowi ciekawy kontrast do innej raczej dobrodusznej, ojcowskiej, znanej czytelnikom postaci, czyli Vesemira. Holt pokazuje Geraltowi czasem wprost, czasem pośrednio, ale za to dobitnie, że nic nie jest na tym świecie czarno-białe, a motywacje ludzi i ich działania rzadko kiedy są przejrzyste. Niby nic nowego i wszystko ociera się o banał, ale i tak się czyta jak nic na polskim rynku fantasy.
No i właśnie tak. Wszystko to jest dobrze znany, stary Sapek. Może nie w szczytowej formie, ale wystarczającej, żeby nie żal było wydanych na książkę pieniędzy, cieszyć się fabułą przy czytaniu i tradycyjnie parę razy uśmiechnąć się pod nosem przy co celniejszych dowcipach. Chciałoby się częściej czytać coś nowego spod pióra Sapkowskiego, czego sobie, czytelnikom i mistrzowi życzę. Wbrew malkontentom widać, że da się jeszcze coś ze świata wiedźmińskiego wycisnąć.






