
Dla niewtajemniczonych
The Lord of the Rings: The War of the Rohirrim to film anime inspirowany tolkienowską historią króla Rohanu, Helma Żelaznorękiego, oraz wojny, która stworzyła legendę o tym władcy. Film został wyprodukowany, m.in., przez japońskiego animatora Kenjiego Kamiyamę, znanego choćby z Ghost in the Shell, a także jedną ze scenarzystek oryginalnej trylogii Władcy Pierścieni. Światowa premiera odbywa się 13 grudnia 2024 roku.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Helm Hammerhand: “Forth, Eorlingas. Death! Death! Death!”
W obecnej sytuacji, gdy prawa do adaptacji twórczości J.R.R. Tolkiena są podzielone między dwie znaczące grupy medialne – Tolkien Estates i Middle-earth Enterprises (obecnie część Embracer Group) – zupełnie nie dziwi, że po ponad dwudziestu latach Władca Pierścieni wraca na srebrny ekran, a dwa kolejne filmy są w produkcji. Jednocześnie Tolkien Estates współpracuje z Amazon Studios w kręceniu kolejnych sezonów Pierścieni Władzy. Mogę z ulgą jednak stwierdzić, że wojny o prawa autorskie pozostają wydarzeniami wyłącznie z kuluarów. Od pierwszych scen ukazujących otwarte stepy królestwa Rohirrimów, z muzyką znaną z podobnych ujęć w drugiej części trylogii, poczułem się jak w domu. Nie znaczy to natomiast, że tylko ciepełko towarzyszyło mi już do końca seansu.

The Lord of the Rings: The War of the Rohirrim to zrealizowana z rozmachem epicka opowieść o królewskiej rodzinie, która musi poradzić sobie z przeciwnościami wynikającymi z posiadania korony, a robi to ludzkimi wartościami i troską o dobro poddanych, bardziej niż wojując mieczem. Dokładnie taką rolę ma również jej główna bohaterka – Hèra. Ale film ten ma wielu bohaterów. I tak, gdy myślę czy mówię o Wojnie Rohirrimów, ale nie tylko o tym filmie konkretnie, w moim odbiorze format produkcji filmowej nie ma większego znaczenia. Czy jest to film live-action, anime, czy typowa zachodnia komputerowa produkcja w stylu Pixara, film to film. Film to historia, film to emocje, film to podniosłe, wzruszające, prowokujące lub oburzające sceny. W tej produkcji konkretnie istnieją techniczne aspekty, które wynikają z formatu i są problematyczne, ale sam fakt, że jest to produkcja anime ani nie ekscytował, ani nie zniechęcał mnie do siebie bardziej. Szedłem na nową premierę Władcy Pierścieni w kinach i to było sednem w tym szalenie ważnym dla mnie przeżyciu.

Nawiązując do problemów technicznych, nie jestem w stanie dokładnie opisać ich genezy. Ich natura objawiała się tym, że przy przesuwaniu kamery po statycznych tłach produkcji, obraz drgał niemiłosiernie. Z szybkiego badanka u wujka Googla wynika, że może to być tak zwany judder, rodzaj stutteringu, czyli drżenia. Powód judderingu to prawdopodobnie zbyt dynamiczny ruch kamery względem szybkości klatek. Sama szybkość klatek (frame rate) jest również chaotyczna. Wiele efektów wyświetlanych jest w 12 klatkach, większość filmu to standardowe 24, a ruch postaci to często 8 klatek, zwłaszcza w bardziej statycznych scenach bez akcji. Czy jest to efekt pośpiesznej pracy? Możliwe, ale sam fakt momentami niskiej liczby klatek daje tej produkcji wyjątkowy styl artystyczny. Wydaje się to też wpasowywać w obecne trendy. Przecież najlepsza pod słońcem animacja ostatnich lat – trylogia Spider-Verse’u – wyróżnia się głównie obniżoną liczbą klatek na sekundę. Jednak, jak wspominałem, judder pojawia się wyłącznie przy statycznych tłach, które same w sobie są jedną klatką wyświetlaną przez wiele sekund, nieanimowaną.

Być może jest to naturalny efekt przy panningu dla nieruchomego tła. Być może efekt musiałby zostać usunięty cyfrowo, z zastosowaniem upłynniania lub rozmazania w ruchu, a twórcy może nie chcieli sięgać po bardziej zaawansowane techniki komputerowe, chcąc utrzymać klimat tradycyjnej animacji kreskówkowej. Ogromna szkoda, bo tła są przepięknymi dziełami sztuki. Ręcznie malowane, z dodanym efektem paralaksy dla głębi tam, gdzie to wskazane. Pozostając przy bolączkach technicznych, miałem wrażenie, że miks audio również pozostawia wiele do życzenia. Zwłaszcza muzyka była niezwykle stłumiona, ale były również takie efekty podczas walki i innych dynamicznych scen. Będę musiał obejrzeć film na własnym sprzęcie, żeby porównać, czy problemy te nie były może spowodowane technologią projekcji, albo tym że technik miał kaca i przykręcił regulator głośności. Nie mogę stwierdzić jednoznacznie co było powodem, ale mogę powiedzieć, że te problemy negatywnie wpływały na odbiór filmu.

Poza tym, styl, jakość animacji, gra aktorska, muzyka i cała masa innych aspektów są dla mnie w tym filmie na bardzo wysokim poziomie. A co z samym scenariuszem? Wszak nie możemy w ostatnich latach narzekać na brak dobrze zrealizowanych filmów czy seriali. To nie są najczęstsze problemy, które z nimi mamy. Istotne kłopoty wynikają głównie z bezdusznego, płytkiego i prostolinijnego scenariusza. Wojna Rohirrimów nie ma tego problemu. Historia jest logicznie zbudowana, jej tempo rozwija się w dobrych interwałach, co sprawia, że wprowadzenie postaci i motywacje stojące za źródłem głównego elementu fabuły – wojny Rohirrimów – są wiarygodne, a widz nie jest przy tym wrzucony w wir akcji bez emocjonalnego zakotwiczenia się w tych wydarzeniach.
Kiedy miecze zaczynają trzaskać, strzały świstać, a konie galopować, wiemy dlaczego krew się przelewa. Rozumiemy, co targa antagonistą, a co motywuje bohaterów do ryzykowania życiem, występując przeciw niemu. Jednocześnie każdy z obozów ma drugorzędne postaci, które kontrastują z liderami. Helm wierzy w siłę i zdecydowanie, synowie Helma reprezentują skrajnie różne podejście do agresji, a Hèra, jej piastunka Olwina, czy kuzyn Hèry, Fréaláf, demonstrują chłodną logikę i ścieżkę rozwagi.

Podobnie w obozie Wulfa, najeźdźcy Rohanu i przyjaciela Hèry z dzieciństwa, gdzie sam Wulf owładnięty nienawiścią i żalem kontrowany jest przez swoją prawą rękę, generała Targga, który cechuje się stoicyzmem i wykalkulowanym działaniem. Wszystkie te kontrasty dodają głębi każdej postaci. Przeciwwaga towarzyszy sprawia, że większość decyzji jest dobrze ugruntowana i nie dają one wrażenia sztucznego rozwoju fabuły. Decyzje wynikają z cech osób, które je podejmują i większość musi obronić się przed argumentacją drugiej strony, zanim się wydarzy. Przegrane argumentacje niosą ze sobą natomiast konsekwencje.

Czy Hèra kradnie światło reflektorów głównym postaciom historii Tolkiena dziejącej się ponad 200 lat przed wyruszeniem Froda do Rivendell? Tak, tu jest główną postacią, a tam nie ma nawet imienia. Ale nie, nie jest typową Mary Sue, i nie jest wyłączną bohaterką filmu. Jej sukces zależny jest od odwagi jej giermka, mądrości bardziej doświadczonej Olwiny – Tarczowniczki Rohanu – lub siły jej ojca, który sam staje się bastionem potężniejszym nawet od twierdzy Rogatego Grodu. Tutaj warto podkreślić, że magia pozostaje niezwykle subtelna, jej obecność łatwo przegapić, a objawia się głównie tajemniczymi interwencjami losu, a może samego Eru, jeśli kto chce w to uwierzyć. Przychylnie patrzy na Hèrę natomiast boski Valinor, bo ciekawość Hèry wobec orłów Manwë, po okazaniu należytego szacunku, wynagrodzona jest interwencją w momencie kulminacyjnym, zgodnie z tradycją i bez łamiących mitologię Ardy ekscesów.

Po zakończeniu tej opowieści ma się wrażenie, że świat Tolkiena stał się jeszcze głębszy i piękniejszy, bo został potraktowany z dbałością o jego zasady. A w czasach, kiedy mylnie rozumiany feminizm i nieumiejętnie realizowana inkluzywność sprawiają, że postaci kobiece w filmach wysokobudżetowych są zdewaluowanymi kopiami mężczyzn – bezmyślnymi osiłkami, które poza cechami anatomicznymi płci w ogóle nie przypominają kobiet i nie reprezentują wartości, którymi kobiety przewyższają płeć przeciwną – Hèra staje się wzorem dla świetnie zrealizowanej postaci kobiecej w głównej roli. Jej zwinność daje jej szansę w potyczkach bezpośrednich, jej ciepło pozwala okiełznać zrozpaczonego Helma, jej rozwaga pozwala opracować plan obrony twierdzy i uwolnienia się od oblężenia Wulfa, a jej ciekawość, lojalność i empatia pozwalają odzyskać sojuszników, bez których żadne działania Rohanu nie miałyby szans na powodzenie. I nigdy nie jest w tym wszystkim sama. Nie tylko zależna jest od pomocy bliskich i przyjaciół, ale też na niej polega i prosi o nią – błaga, kiedy to konieczne. Uznając, że nie jest supermanką, pozostając dobrym człowiekiem, Hèra staje się prawdziwą bohaterką, pozostając kobiecą.

Wierność regułom Śródziemia nigdy nie przekształca się również w niekontrolowany spam odniesień i fanservice’u. Większość ukłonów wobec tolkienistów czy innych ultrafanów to użyte tu i ówdzie odniesienie do innych regionów, wydarzeń lub postaci, w bezpośredniej rozmowie lub pieśni, czy architekturze lub krajobrazie. I chociaż pojawia się kilka ekscytujących cameo, film polega w 99% na tym, co przedstawia, a nie na wykorzystaniu postaci czy odniesień, z którymi widz ma wieloletnie relacje emocjonalne. Film stoi mocno własnymi zasługami i choć nie pozostaje bez momentów, kiedy chciałoby się doświadczyć czegoś lepszego, koniec końców i w całokształcie wędruje u mnie na podium jako runner-up do trylogii Jacksona, stając się w moim odczuciu jedną z najlepszych produkcji w „Tolkien Cinematic Universe”. Produkcja prawdziwie…
Strefa GIF-a





Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy GIPHY.





