
Dla niewtajemniczonych
Czarownica to debiut reżyserski Roberta Eggersa z 2015 r. Historia filmu rozgrywa się w Nowej Anglii we wczesnych latach amerykańskiego osadnictwa XVII wieku. Pewien rolnik zostaje wygnany z kontrolowanej przez kościół kolonii za innowierstwo. Wraz z żoną i pięciorgiem dzieci osiedlają się na skraju lasu, gdzie budują mały dom i stodołę. Kiedy nowo narodzony syn pary znika w tajemniczych okolicznościach, a rodzinę spotykają rozmaite nieszczęścia, w tym plaga nieurodzaju, członkowie zaczynają zwracać się przeciwko sobie, szukając winowajcy.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Wouldst thou like to live deliciously?
Te prawie dziesięć lat temu niewiele osób słyszało o Robercie Eggersie, ale jego pierwszy film, czyli właśnie Czarownica, zwrócił uwagę na pewno sporej widowni, bo każdy kolejny reżyserowany przez niego tytuł od tamtej pory jest zawsze wydarzeniem. Czym zatem jest The VVitch? Dobrze klimat filmu oddaje jego (tylko niekiedy) używany podtytuł — A New-England Folktale, choć może nie jak polski dystrybutor chciał „bajka”, a „opowieść” czy nawet „przypowieść”, gdzie z jednej strony granica między tym co prawdziwe, a co nie bardzo szybko ulega zatarciu, a z drugiej autor funduje nam dramat traktujący o bezwzględności religii, pomieszany z ludowymi wierzeniami purytanów o czarach i czarownicach.

Oczywiście produkcję można skategoryzować jako horror, ale na pewno wymyka się ona takiemu zaszufladkowaniu i entuzjaści stereotypowych strachów mogą być nieco filmem zawiedzeni. Widać od pierwszych minut natomiast, że Eggers bardzo pieczołowicie chciał odzwierciedlić realia XVII wieku w najmniejszych szczegółach (anegdotycznie konsultował się z ekspertami do spraw brytyjskiego rolnictwa tamtych czasów, sprowadzał fachowców od stolarstwa historycznego, czy kazał uszyć kostiumy faktycznie z wełny, lnu czy konopi), przez co jako widzowie dostajemy wycinek z życia w erze jakobińskiej w Nowym Świecie. The VVitch to jednak również — a może przede wszystkim — niesamowity klimat. Jako widzowie od początku obcujemy z dziką i bezwzględną naturą Nowej Anglii, ale ta jest tylko tłem do opowieści o zakazanej magii i paranoi, czy nawet masowej histerii związanej z polowaniami na czarownice. Dużo jest tu niedopowiedziane, co dodatkowo buduje atmosferę. Na każdym kroku są tu obecne purytańskie wartości, a co za tym idzie dostajemy również całą plejadę grzechów, w tym pychę (uosabianą głównie przez głowę rodziny, Williama), która jak mówi przysłowie, prowadzi do upadku. Film to również przypowieść o samospełniającej się przepowiedni, przez którą Thomasin (grana przez debiutująca Anyę Taylor-Joy) praktycznie nie ma szans nie być tytułową (choć nie jedyną) czarownicą.

Z całego serca polecam Czarownicę. Być może nie jest to horror sensu stricto, ale mnie osobiście napawa przerażeniem, bo mówi dużo o ludzkiej psychice i jej zatruciu przez religię, ale również po prostu dobrze gra tym, co niezrozumiałe i nieodgadnione, nie tylko poza nami, ale w nas samych.
Strefa GIF-a








Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra.





