
Dla niewtajemniczonych
Władcy Pierścieni chyba nie trzeba obecnie nikomu przedstawiać. Nawet jeśli jeszcze w latach 90. można było dzieło J.R.R. Tolkiena uznać za niszowe, znane tylko fanom literatury fantasy, to po obsypanej Oscarami trylogii filmowej Petera Jacksona pod tym samym tytułem Śródziemie na dobre zagościło na firmamencie kultury masowej. Serial Amazona miał, przynajmniej w teorii, być prequelem do przygód Froda i spółki, umieszczonym tysiące lat przed wydarzeniami z najsłynniejszego tryptyku Tolkiena i opowiadać o tym, jak doszło do wykucia tytułowych pierścieni.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Here we go again…
Dwa lata temu obiecałem sobie, że nie wrócę do serialu Amazona, ale jednak oglądnąłem drugą część, żeby dać The Rings of Power jeszcze jedną szansę. Oczywiście sam sobie jestem winien. Trzeba było nie wracać. „Fool me once, shame on you; fool me twice, shame on me”, jak mawia przysłowie. Przysięgam, że postaram się tym razem krótko, choć wbrew pozorom jest się nad czym rozwodzić, jednak niestety nie w superlatywach. Obejrzałem ten drugi sezon głównie po to, żeby zobaczyć, czy twórcy faktycznie wyciągną wnioski z pierwszej, bardzo słabej odsłony. I po oglądnięciu całości, naprawdę nie wiem, czy jest nawet odrobinę lepiej.

Po pierwsze, podobnie jak w zeszłym sezonie, kompresja czasu działa na niekorzyść tej produkcji. Mam wrażenie, że rzeczy dzieją się w tempie błyskawicznym, ale co ciekawe wiele sekwencji ciągnie się niemiłosiernie. Twórcy próbują przekazać widzom sporo faktów, ale robią to w większości nieudolnie, przez ekspozycję w dialogach i to dialogach, dodam, niewysokich lotów. Nic, co ma mieć epicki wydźwięk, czy nieść ze sobą ładunek emocjonalny dla widza nie wybrzmiewa — żadne śmierci, żadne relacje, żadne uczucia, żadne wydarzenia, wliczając w to interakcję Saurona/Annatara z Celebrimborem, wykucie kolejnych pierścieni, czy nawet końcową bitwę. Ciężko kibicować, współczuć, czy życzyć dobrze (czy nawet źle) komuś, kogo widziało się w sezonie do kupy przez parę minut, bo przecież nawet w przypadku kluczowych postaci, tak wygląda ten serial. Żonglowanie zbyt wieloma wątkami, rwana fabuła i zawrotne skoki myślowe sprzyjały mojemu zobojętnieniu i nudzie podczas seansu. Ciężko było przez to również zrozumieć motywacje pchające postaci do kolejnych działań. Nie ma czasu, żeby, np. lepiej poznać Isildura, który przecież będzie kluczową postacią końca Drugiej Ery, ale za to możemy rozkoszować się pocałunkiem proto-hobbitki drugiego sortu z proto-hobbitem trzeciego sortu. Nic tylko skakać z radości. Nie dziwota, że serial nie zapracował sobie na żaden z payoffów, które próbuje nam zaserwować. Mnogość tematów i brak skupienia się na tym, co ważne powoduje, że opowiadana historia nie ma spójności i sprowadza się do pojedynczych, oderwanych od siebie scen, a jednocześnie zostaje niemiłosiernie spłycona.

Po drugie RoP pokazuje całkowity praktycznie brak pomysłów na przedstawienie Śródziemia, w najlepszym razie bazując swoje rozwiązania na tych z adaptacji Jacksona, w najgorszym albo je bezsensownie zrzynając bez wyczucia (np. śmierć tokenowej, azjatyckiej elfki àla Boromir, Balrog chwytający swoim biczem wrogów ZAWSZE za kostkę, rana jaką odnosi w pojedynku z Sauronem Galadriela łudząco podobna do tej, jaką odniósł Frodo na Amon Sûl i jeszcze Narsil, drzwi Durina, korona Morgotha, czy parę innych macguffinów), albo próbując je „udoskonalić” na swój sposób (vide maszyna oblężnicza, która wyrywa mur). Czasami miałem wrażenie, że serial to po prostu jeden wielki zbiór memberberries, które widz ma rozpoznać (bez zbędnego wysiłku rzecz jasna) i poczuć się według twórców chyba zauroczony takim fanserwisem. Otóż, dla mnie, jest to strasznie tani chwyt, a jego powtarzalność zaczyna bardzo szybko męczyć. Co więcej, twórcy w tym sezonie kopiują również inne franczyzy (choćby Star Wars, w wątku z Bombadilem i Gandalfem), czym dla mnie pokazują, jak bardzo mają ograniczoną wyobraźnię.

Po trzecie mnóstwo jest po prostu głupot i idiotyzmów, które przynajmniej przeciętnie rozgarniętego widza muszą bić po oczach. W każdym odcinku znajdowałem coś, co skutecznie odrywało mnie od świata i kazało mojemu mózgowi analizować bezsensowność tego, co właśnie zobaczyłem na ekranie. A to elfowie znajdują ciało współbratymca, któremu orkowie wycięli na klatce wiadomość do nich. „Co tam jest napisane?” pyta Annatara tokenowa elfka, a ja chwytam się za głowę, bo nie wiem, kto jest głupszy: orkowie piszący wiadomość do elfów w niezrozumiałym narzeczu (choć znów, czemu elfy nie umiałyby czytać Czarnej Mowy, nie wiem), elfka-półanalfabetka, która nie umie tego odczytać (skoro nawet głupie uruki uważają, że powinna), czy scenarzyści, którzy taką bzdurę wymyślili. A to rzeka, którą Adar zatamował skałami spadającymi z ostrzelanego przez trebusze zbocza góry (to już łaskawie pominę), nie wzbiera, nie przelewa, a orkowie praktycznie suchą stopą parę chwil później szturmują mury Eregionu (który swoją drogą tych murów na wizualizacjach w pierwszym sezonie nie miał). Wreszcie porozumiewawcze mruganie okiem do widza na każdym kroku w wątku z Gandalfem, który oczywiście na koniec okazał się Gandalfem, co za niespodzianka. Drugi z Istari okaże się Sarumanem, bo tak to właśnie działa w świecie „stworzonym” (czy raczej skopiowanym i sklejonym naprędce) przez panów J.D. Payne’a i Patricka McKaya. A nawet, jeśli jest jednym z dwu błękitnych czarodziejów, to znowu — gdzie tu zagadka? Gdzie jakiś rys tej postaci, poza tym, że jest kolejnym „złolem”? Jakie ma ona znaczenie dla całości historii? Ten sezon pokazuje, że to kolejny nic nie wnoszący mystery box.

Po czwarte nie rozumiem do końca, czemu twórcy tak bardzo muszą zmieniać oryginał. Jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że nie mają praw do całej historii Drugiej Ery, ale czy naprawdę NIE DAŁO się napisać scenariusza inaczej niż w sposób, w którym Elrond i Galadriela dzielą pocałunek, pierścień Galadrieli wielokrotnie zmienia właściciela (u Tolkiena był nieskażony właśnie dlatego, że był cały czas w posiadaniu elfki), czy wreszcie kolejność wykucia pierścieni jest pokazana całkowicie odwrotnie do pierwowzoru. Tego nie da się sensownie wytłumaczyć, poza skłonnością twórców do taniego sensacjonalizmu czy wręcz pogardy wobec legendarium. Ewentualnie showrunnerom łatwiej było opowiedzieć własną wersję, która pełna jest banałów i uproszczeń, ale przy okazji zmieniając lore, tworzą oni dziesiątki problemów, których oczywiście nie potrafią rozwiązać. Dodatkowo Druga Era, o której miał serial opowiadać, w tym wykonaniu przypomina na każdym kroku żywcem Trzecią Erę. Twórcy chyba wyszli z założenia, że skoro to Śródziemie, to musimy mieć hobbitów, musimy mieć Balroga, musimy mieć Toma Bombadila, musimy mieć Istarich, musimy mieć entów. A nie na tym miał ten okres w historii tego świata polegać.

Podsumowując, po kolejnych ośmiu godzinach seansu jestem znużony i zniesmaczony. Nie chcę się powtarzać, ale też ciężko mi powoli w słowach opisać, jak beznadziejny i płaski był scenariusz tego sezonu. Na koniec z plusów: wizualnie podobało mi się dosłownie parę momentów, a gra niektórych aktorów stanowiła nie lada wyczyn przy tych dennych dialogach i jest swoistym osiągnięciem (niestety nie patrzę tu w stronę Morfydd Clark, którą od początku uważam za nieudany wybór do roli Galadrieli, bez względu na to, jak by ta Galadriela była napisana, a nie jest napisana dobrze). Ale to jednak mało. Za mało jak na drugie podejście do przekonania mnie, że nie marnuję czasu oglądając coś, co powinno stać na o wiele wyższym poziomie, jeśli nie być po prostu arcydziełem (bo przecież potencjał oryginału jest bezsprzeczny). House of the Dragon parę miesięcy temu zaliczył słabszy drugi sezon, ale nawet w gorszej formie pod względem budowania postaci i świata, kinematografii, dialogów, kostiumów, rekwizytów, praktycznie wszystkiego stał o parę stopni wyżej, niż to co Payne i McKay po raz kolejny fundują widzom, i to mając o wiele większy budżet.

Tym razem na pewno nie wrócę do amazońskiego Śródziemia. Sparzyłem się dwa razy i po prostu szkoda mi życia na tego typu produkcje. The Rings of Power są nie tylko słabą adaptacją dzieł Tolkiena, ale po prostu miałką historią fantasy, czy serialem w ogóle. Nadal nie wiem, dla kogo jest to kręcone — fani Tolkiena w większości co najwyżej śmieją się z tego fanfika, jeśli w ogóle jeszcze nie padli wcześniej trupem z zażenowania i złości. Jednak sam serial nie bije jakichś rekordów popularności wśród normików, a oglądalność cały czas spada. Czyli tak: moim zdaniem nie warto zobaczyć, nie polecam, trzymać się z dala. Chyba że ktoś chce napisać pracę doktorską o tym, jak koncertowo zepsuć największe IP fantasy na rynku.
Strefa GIF-a







Zdjęcia pochodzą z IMDb i reddita, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra i oficjalnych materiałów Amazonu.





