Kronika Geeka
STAR WARS Jedi: Survivor, okładka recenzji

STAR WARS Jedi: Survivor

Wielka czystka Jedi 🧹 okazała się tak samo celna jak szeregowy szturmowiec 🎯, dzięki czemu wytwórnia Disney co jakiś czas wyciąga z kapelusza kolejnych władających Mocą ocalałych. W rezultacie uniwersum z odległej galaktyki 🌌 rozkwita, choć poziom produkcji sygnowanych logo STAR WARS™ bywa różny 👍👎. Jak jest w przypadku STAR WARS Jedi: Survivor ❓

STAR WARS Jedi: Survivor, Greez mówi Calowi, że ten wygląda okropnie.

 

Dla niewtajemniczonych

STAR WARS Jedi: Survivor to następca bardzo dobrze przyjętego Jedi: Fallen Order. Pierwowzór, po latach posuchy, przywrócił wiarę w gejmingowe produkcje spod znaku ⭐️ STAR WARS 💥. A dokonał tego wielce niespodziewanie, bo przecież:

  • Gry na znanych licencjach z reguły odbiegają poziomem dopracowania od tytułów, które muszą zapracować na swój wizerunek. Masz na okładce logo STAR WARS, w trailerze pokazujesz misję z Vaderem… ludzie kupią. Prosty business plan.
  • Będące za sterami Respawn Entertainment, którego założycielami są ojcowie Call of Duty (strzelanko + multi) do 2019 roku miało na koncie serię Titanfall oraz Apex Legends (przypadkowo również strzelanko + multi).
  • Wydawcą Fallen Order było Electronic Arts, które cieszyło się wówczas złą sławą wypluwania na rynek nastawionych na mikrotransakcje, bezpiecznych i bezpłciowych tasiemców.

Po pierwszych zapowiedziach nie brakowało sceptyków. Oto bowiem EA i Respawn snuli wizję gry wyłącznie dla jednego gracza, nastawionej na dobrą fabułę i czerpiącej garściami z gatunków soulslikemetroidvania. No i autorzy zarzekali się, że nie natkniemy się na mikrotransakcje. Projekt EA i Respawn brzmiał zbyt pięknie, żeby się udać, a udał się wybornie! Przygody młodego Cala Kestisa okazały się czarnym koniem 2019 roku i zostały bardzo ciepło przyjęte przez społeczność graczy i fanów gwiezdnej marki 🏆. W tym kawałku kodu Moc była silna 💪.

STAR WARS Jedi: Survivor jest bezpośrednią kontynuacją tytułu z 2019 roku. Akcja dzieje się więc również po wydaniu rozkazu 6️⃣6️⃣ i rozpoczęciu polowania na rycerzy zakonu Jedi. Nie dziwi zatem obecność inkwizytorów Imperium, których znamy chociażby ze STAR WARS: Obi-Wan Kenobi. Według chronologii przygody, jakie przyjdzie nam przeżyć w grze mają miejsce przed wydarzeniami przedstawionymi w serialu z Ewanem McGregorem. Tu jeszcze coś dla purystów gwiezdnego uniwersum – wszystko, co zobaczycie należy w 100% do oficjalnego kanonu 🔥.

Jedi: Survivor ponownie wskakujemy w buty Cala Kestisa, któremu twarzy i głosu udzielił Cameron Monaghan (jak i w poprzedniej części). Cal nie jest już młodym Jedi ukrywającym się przed inkwizycją Galaktycznego Imperium. To zaprawiony w boju rebeliant, którego misją i celem w życiu jest atakowanie Imperium tam, gdzie to boli najbardziej. W tym zakresie Cal jest zresztą niezrównany i odnosi spore sukcesy… do czasu, aż zostaje schwytany 🚓. I właśnie w tych niesprzyjających okolicznościach dane jest nam rozpocząć kolejne przygody w uniwersum stworzonym przez George’a Lucasa. Czy po upadku zakonu Jedi Cal wciąż jest wierny jego prawidłom? Czy wciąż podąża drogą jasnej strony Mocy? A może eksploruje zupełnie nieznane mu ścieżki, poszukując swojego miejsca w tętniącej życiem galaktyce 🌌? Postaram się Was przekonać, że warto to sprawdzić na własną rękę 🙂🎮.

STAR WARS Jedi: Survivor, Cal spogląda na mapę galaktyki z placówkami Imperium.

 

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Na pierwszy rzut oka

Choć Jedi: Fallen Order nie zdążyło się jeszcze porządnie zestarzeć i wciąż może się podobać, to trzeba przyznać, że widzieliśmy już światy większe, piękniejsze i tętniące życiem bardziej niż pogrążona w chaosie odległa galaktyka. Ekipa Respawn również zdawała sobie z tego sprawę i postanowiła podnieść nieco poprzeczkę, serwując nam świat, którego skala znacząco przewyższa pierwowzór 📈. Oczywiście dalej nie ma mowy o swobodnej eksploracji kosmosu, ale za to poszczególne lokacje są i większe i zrealizowane z większym rozmachem.

I tu autorzy napotkali pewien problem. Do prac nad grą ponownie wykorzystano Unreal Engine 4, mimo że założenia projektu były znacznie bardziej ambitne. Co więcej, planowano, że gra ukaże się na obu generacjach konsol i PC (jak dotąd na poprzedniej generacji konsol tytuł się nie ukazał, choć port jest podobno w drodze). Niestety w tym aspekcie Respawn nie poradziło sobie za dobrze, a premierowe wydanie gry było mocno niegrywalne ❌. Gracze zgłaszali problemy ze szwankującym framerate’em i kiepskim efektem HDR, który sprawiał, że gra była potwornie ciemna ⬛️.

Ja grałem na PS5 już po wprowadzeniu kilku głównych patchy. W moim odczuciu HDR nie został do końca naprawiony i gra wciąż potrafiła być niewystarczająco jasna, albo mieć nienaturalnie podbity kontrast. No ale grać się dało. Zmieniając ustawienia TV, można było osiągnąć efekt good enough, ale przecież nie będę zmieniał parametrów obrazu tylko dlatego, że chcę się akurat wybrać na kosmiczną przygodę 🚀.

Wadliwy HDR to nie jedyna rzecz, której patche nie pomogły. Podczas rozgrywki natknąłem się na kilka żenujących glitchy, które może nie rzutują na całość, ale budzą ten uśmiech politowania. Zresztą popatrzcie na screeny…

 

Jest jeszcze jedna niedoróbka, o której chcę wspomnieć – przerywniki filmowe zrealizowane na silniku gry. Sądząc po tym, jak zostały zmontowane, mam wrażenie, że autorzy celowali w płynne przejścia z gry wprost do przerywnika. W praktyce wyszło to dosyć pokracznie, bo zamiast płynności dostaliśmy bijący po oczach spadek szybkości animacji. Może to kwestia tego, że grałem w trybie 60 FPS, tym niemniej skoro taki tryb jest, to spodziewam się, że gra jest pod niego należycie zoptymalizowana. Nie była.

Czy zatem Jedi: Survivor  to gra brzydka, niegrywalna i kłująca po oczach? Nie! Ogólny efekt prac jest bardzo OK i gra może się podobać, szczególnie jeśli umiecie przymknąć oko na niedoróbki, o których pisałem wyżej.

STAR WARS Jedi: Survivor, Cal patrzy na tęczę w odległym kanionie na Koboh.

 

Soundtrack 🎼 STAR WARS Jedi: Survivor zachwyca, dając nam coś tradycyjnie gwiezdnowojennego i coś zupełnie nowego. Za sterami Gordy Haab, który odpowiadał już za muzykę do kilku innych growych produkcji z uniwersum STAR WARS (m.in. The Old Republic, obie części Battlefront, Jedi: Fallen Order). W tym projekcie Haab ponownie współpracował ze Stephenem Bartonem (Call of Duty 4: Modern Warfare, Watch Dogs: Legion, a także nadchodzące Marvel 1943: Rise of Hydra). Warto dodać, że duet kompozytorski zdobył za ścieżkę dźwiękową nagrodę Grammy 🥇, wygrywając chociażby z Hogwarts Legacy czy ostatnimi przygodami Kratosa i boya. Zapraszam do posłuchania:

No dobra – to były tradycyjne, gwiezdnowojenne brzmienia, a co z tymi zupełnie nowymi? Tu musicie się wysilić i znaleźć w świecie gry utwory, które potem są puszczane w kantynie. Tu jest elektroniczny power! Tu jest moc 💣.

Star Wars Jedi: Survivor, droid puszczający muzykę w kantynie

 

Garść wrażeń

Jak już wspominałem, STAR WARS Jedi: Survivor to kontynuacja bardzo udanego Jedi: Fallen Order. Ponownie jest nam dane śledzić losy Cala Kestisa, chociaż pierwsze minuty gry spędzone z bohaterem nie napawają zbytnim optymizmem. Scena otwierająca pokazuje naszego bohatera w kajdanach na statku służby bezpieczeństwa Coruscant 👮. Cal ma zostać doprowadzony przed oblicze wysokiego rangą urzędnika Imperium. W drodze na miejsce spotkania widzi dawną siedzibę zakonu Jedi, którą teraz zdobią symbole Imperium, jednakże nie może nic zrobić. Statek leci dalej, ku niższym poziomom megamiasta. Oszczędzę Wam dalszych szczegółów i dodam tylko, że misja na Coruscant stanowi rozbudowany tutorial i bardzo soczyste preludium do dalszych wydarzeń. Znalazło się nawet miejsce na starcie z bossem! Miasto zrealizowane jest bajecznie i właśnie takie lokacje otwierające powinniśmy widywać w grach częściej. Szkoda tylko, że jest to jedna z mniejszych lokacji, bo mogłaby zaoferować graczom o wiele więcej.

Podczas tutorialu ginie większość załogi Cala, a z życiem uchodzi jedynie nasz Jedi i nowo poznany rewolwerowiec Bode Acuna 🤠. Oczywiście zadrapań na lakierze nie mógł odnieść też ulubieniec tłumów – BD-1 🤖. Tak jest! Pocieszny i ciekawski droid, a zarazem najsympatyczniejsza apteczka we wszechświecie, wciąż towarzyszy Kestisowi w gwiezdnych wojażach. Wracają też inne postaci znane z pierwowzoru, choć na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że młody Jedi będzie zmuszony walczyć z Imperium w pojedynkę. Dosyć szybko spotykamy byłego pilota Modliszki, Greeza, który zdecydował się założyć kantynę i prowadzić osiadły tryb życia na jednej z ubocznych planet. Jak pewnie się domyślacie, Laterończyk znów zasiądzie za sterami gwiezdnego jachtu. Nasze losy krzyżują się też z potężną i charyzmatyczną Siostrą Nocy – Merrin. I jest to naprawdę świetna wiadomość! Między bohaterami jest chemia ⚗️, a ich wymiany zdań chłonie się z dużą satysfakcją, bo Merrin jest mistrzynią ciętej riposty. Wraca też mentorka naszego rudowłosego szermierza 🤺. Cere, po tym jak dała się pochłonąć ciemnej stronie Mocy, by stawić czoła Vaderowi, postanowiła nie brać czynnego udziału w formującej się rebelii, a zamiast tego skupiła się na pomaganiu prześladowanym przez Imperium mieszkańcom galaktyki. W tym miejscu gra nawiązuje do wątku Ukrytej Ścieżki znanego z serialu o Obi-Wanie. Cere prowadzi na planecie Jedha placówkę, która ma pomagać uchodźcom zniknąć, a przy okazji gromadzi to, co pozostało po archiwach Zakonu.

Cal, Greez i Bode na pokładzie Modliszki

 

Historia jaką serwują nam autorzy gry jest zdecydowanie jednym z najjaśniejszych punktów STAR WARS Jedi: Survivor. Pełno tu świetnych zwrotów akcji i to takich, które biorą gracza totalnie z zaskoczenia 😮. Pełno tu dobrze napisanych postaci – tych dobrych, tych złych, i tych zagubionych. Motywy działania głównych driverów fabuły są przekonujące i bardzo ludzkie – jedni zostali zdradzeni, inni robią, co robią ze strachu lub z miłości, jeszcze inni dają się ponieść ambicji lub nihilizmowi. Niby widzieliśmy to już dziesiątki razy w innych grach, ale ta mieszanka w tym settingu działa i przyciąga do ekranu. Może dlatego, że pełen patosu konflikt jasnej i ciemnej strony Mocy ustępuje tu pola historiom osób, które próbują znaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości.

W nowej rzeczywistości próbują się też odnaleźć Cal i Merrin. Oboje stracili to, co ich formowało i dawało cel w życiu, bowiem zarówno siostry nocy, jak i rycerze Jedi w dużej mierze przestali istnieć. Cal postanawia aktywnie wspierać rebelię, a Merrin podróżuje po kosmosie, starając się pomagać prześladowanym przez Imperium. I tak jest do czasu, aż ich ścieżki ponownie się krzyżują, a w oddali majaczy nowy cel, do którego mogą wspólnie dążyć. W dawnym porządku wszechświata Jedi i siostra nocy nie mogliby walczyć ramię w ramię, bo ich zakony by na to nie pozwoliły, lecz intrygi Imperatora, jak dobrze wiemy z filmów, wywróciły porządek wszechświata do góry nogami.

Relacja Merrin i Cala to nie tylko świetnie napisane dialogi, ale też całkiem dojrzały wątek romantyczny, w którym nikt nie narzeka na to, że piasek wchodzi do butów. Cal i Merrin są oszczędni w emocjach, a przez niepewną przyszłość starają się też zachować dystans i unikać hurraoptymizmu. Tym niemniej każdy kolejny dialog, każda kolejna scena przybliża ich do uznania uczucia, jakim się darzą. Czy będzie to historia upadku kolejnego Jedi i przejścia na ciemną stronę? A może bez wewnętrznego rozdarcia między uczuciem a koniecznością przestrzegania sztywnych zasad wpajanych przez Zakon tym razem będzie inaczej? Sam fakt związku rycerza Jedi i siostry nocy wymyka się wszelkim schematom i wszystko zdaje się możliwe.

Cal i Merrin wieczorem na planecie Jedha

 

W Calu obserwujemy kilka istotnych przemian:

  • Nasz Jedi zauważa, że Merrin nie jest mu obojętna i pozwala temu uczuciu zakwitnąć. Ta kropla drąży skałę i w końcu Cal akceptuje, że Zakonu już nie ma, a on musi znaleźć dla siebie nową drogę, w której może i być miejsce na szczere uczucie.
  • Zakon dawał Kestisowi cel, a walka z Imperium po upadku Jedi zdawała się jedyną, choć prowadzącą do zagłady i straty, ścieżką. Merrin uzmysławia Calowi, że zamiast walczyć, można skupić się na ochronie społeczności uciskanych przez Imperium. Obie z Cere udowodniły, że Imperium można skutecznie unikać. Choć z początku Cal widzi i rozumie wyłącznie ścieżkę konfliktu, z czasem uznaje, że jest inna droga. Tym niemniej Cal jest rozdarty między walką a ukrywaniem się i ochroną niewinnych. Chociaż chce pomagać inicjatywie Cere, to co jakiś czas wspomina o chęci odbudowania zakonu w ukryciu i powrócenia, by zemścić się na Imperatorze.
  • Kolejna wielka przemiana zachodzi w Calu po utracie bliskiej osoby z rąk Vadera. Wobec tej straty i zdrady Cal dopuszcza do siebie ciemną stronę Mocy i daje się jej pochłonąć, stając się prawdziwą maszyną do zabijania. Tu jego busolą i ostoją jest Merrin, która pomaga mu wyjść z objęć ciemnej strony. Miejmy nadzieję, że siostrze nocy pójdzie lepiej niż pani senator z Naboo 😉.

Było sporo o postaciach, a jak jest z lokacjami? Główną planetą, na jakiej przyjdzie nam toczyć przygody, jest Koboh. To świat na zewnętrznych rubieżach, do którego wojna jeszcze nie dotarła, gdzie przyroda kwitnie, a garstka ludzi walczy o lepszy byt. Dla Cala, który jak dotąd żył wyłącznie rebelią i walką z siłami Imperatora, pierwsza styczność z Koboh to nie lada szok. Okazuje się, że istnieją światy, gdzie machina wojenna Sidiousa jeszcze nie dotarła (co nie oznacza, że mieszkańcy mogą się czuć bezpiecznie… nieostrożnych może na przykład zeżreć wygłodniały rancor). Ale Koboh to nie tylko nieokiełznana dzicz – planeta daje nam poznać świat Jedi z czasów Wielkiej Republiki, znajdowała się tu bowiem placówka naukowa Jedi, a na jej powierzchni (czy raczej pod nią) kryją się komnaty kształcenia młodych adeptów. Dzięki umiejętności słuchania ech przeszłości Cal może poznać losy dwóch mistrzów zakonu – Dagana Gery i Santari Khri. Tego pierwszego mamy zresztą okazję poznać i dać się pochłonąć jego wizji odkrycia Tanalorr – bezpiecznej przystani, do której ciężko byłoby dotrzeć imperialnym siłom.

Modliszka wlatuje na oribtę planety Koboh.

 

Koboh, choć jest lokacją największą i oferującą różnorodne doznania, nie jest jedyną planetą, na którą możemy się wybrać. Wspominałem już otwierającą grę Coruscant i idylliczną Tanalorr, ale jest tego więcej (chociaż brakuje tak ikonicznych lokacji jak Tatooine czy Kashyyyk). Mieczem świetlnym powywijamy jeszcze na piaszczystej planecie Jedha, w placówce badawczej na roztrzaskanym księżycu, a także w tajnej bazie imperialnej bezpieki na jednym z asteroidów.

Co siedzi pod maską?

STAR WARS Jedi: Survivor, podobnie jak Fallen Order, to mistrzowski blend metroidvanii i soulslike’a. Geny pierwszego gatunku oznaczają świetne i skomplikowane mapy  z masą przejść, skrótów i miejsc, które będą dostępne po odblokowaniu danej umiejętności w dalszej części gry. Geny drugiego gatunku to punkty medytacji (tutejsze „ogniska”), które przywracają nam zdrowie i zapas apteczek, a przy okazji odradzają większość wrogów. To również bardziej wymagająca i stawiająca na taktykę walka, choć gra nie jest tak bezlitosna jak inne tytuły bazujące na Soulsach.

Walka w STAR WARS Jedi: Survivor, Cal ucina kończynę droida mieczem świetlnym.

 

Pierwowzór Survivora zasłynął z bardzo rozbudowanych i świetnie zrealizowanych lokacji z masą przejść, skrótów, fajnych elementów platformowych, świetnych łamigłówek (manipulowanie mocą to jest sztosik!) i zakamarków wymagających odblokowania dodatkowych zdolności. To oczywiście wymagało wielokrotnego powracania do tych samych miejsc, przez co gracze oglądali ekran ładowania znacznie częściej niż powinni. Taki urok metroidvanii… Na szczęście druga część przygód Cala Kestisa trafiła na rynek w momencie, gdy na dobre zadomowiły się na nim szybkie dyski SSD, wskutek czego autorzy mogli zwalczyć największą bolączkę Fallen Order – ekranów ładowania jest mniej i są krótsze. Easy win, rozejdźmy się… Otóż nie! Choć rodowód gry pozostał niezmieniony, to autorzy podeszli do sprawy ambitnie i zaproponowali nam jeszcze bardziej złożone i wielowątkowe mapy, z planetą Koboh na czele – to największa mapa w grze i składa się na nią kilka bardzo ciekawych obszarów, jak choćby położona wysoko w przestworzach placówka naukowa Wielkiej Republiki, czy unieruchomiony na bagnach pancernik LH-3210 Lucrehulk, zaadaptowany przez lokalnego watażkę na centrum dowodzenia. 

Backtracking dalej jest, ale nie jest już tak uciążliwy. Jak już wspomniałem, gra czerpie garściami z technologii SSD, więc wracanie do wcześniej odwiedzonych miejsc nie jest takie czasochłonne jak kiedyś. Ponadto autorzy uwzględnili backtracking w fabule, wymuszając na graczach powrót na powierzchnie odwiedzonych wcześniej planet, żeby pchnąć fabułę do przodu. Chytrze! Zadanie domowe odrobione prawie do końca, bo jednej rzeczy w moim odczuciu dalej nie naprawiono. I jest to mapa, którą wyświetla nam BD-1 (w formie hologramu 3D). Wizualnie wpisuje się to świetnie w stylistykę Gwiezdnych Wojen, ale praktyczność tego rozwiązania jest mocno średnia. Przy tak dużym stopniu skomplikowania lokacji powinniśmy dostać coś czytelniejszego i łatwiejszego w obsłudze.  

Oprócz narzędzi i umiejętności pomagających Calowi skutecznie przemieszczać się po pieczołowicie zaprojektowanych arenach mamy możliwość rozwoju naszego bohatera w zakresie przetrwania, walki mieczem świetlnym i korzystania z Mocy. Do naszej dyspozycji oddano aż dziewięć drzewek skilli. Na szczęście nie są one bardzo rozbudowane i w obrębie jednego przejścia gry jesteśmy w stanie w pełni rozwinąć naszego Jedi. Na co więc przeznaczymy skill pointy? Na rozwój aż pięciu stylów walki, na pasywne umiejętności przetrwania i korzystania z Mocy, a także na telekinezę (Force pull, Force push itd.) i manipulację umysłami przeciwników (These are not the droids you’re looking for).

Rozwój umiejętności jest nieodzowny, jeśli chcemy mieć szansę na przeżycie w nieprzyjaznych światach odległej galaktyki. W starciu z przeważającymi siłami wroga dodatkowe życie ❤️❤️, większy zapas mocy 🔋🔋 czy kilka potężniejszych technik walki są nie do przecenienia 💰. Choć system walki nie jest może przesadnie wyrafinowany i nie wymaga od graczy używania skomplikowanych kombinacji, to gra zachęca do przemyślanej rozgrywki i opanowania parowań i uników. Wprawdzie nie mamy tu znanego z Soulsów paska staminy, jednak zarówno Cal, jak i jego przeciwnicy mają pasek bloku. Każdy zablokowany atak skutkuje napełnianiem paska, a gdy ten będzie pełny, dochodzi do przełamania gardy i najpewniej znaczącego uszczuplenia sił witalnych. Gra na tzw. „pałę” raczej rzadko jest dobrym pomysłem. Lepiej wyjdziemy na cierpliwej obserwacji przeciwnika, dobraniu właściwego stylu walki i wyczekaniu właściwego momentu, by wjechać z bolesną kontrą.

W określonych lokacjach i momentach fabuły możemy liczyć na pomoc kompanów – Merrin lub Bode’a. To nie jest tak, że Cal nie poradziłby sobie bez nich, ale okazyjne unieruchomienie przeciwnika bywa pomocne, o ile pamiętamy o tym, by wydać stosowne polecenie. Jeśli nie, to i tak możemy liczyć na całkiem niezłe wsparcie, a już na pewno na bardzo widowiskowe finishery z udziałem siostry nocy lub rewolwerowca. Mała rzecz, a cieszy 🙂

STAR WARS Jedi: Survivor, Cal i Merrin walczą z pustynnym stworem.

 

Stylów walki mamy aż pięć, a każdy z nich ma swoje mocne i słabe strony. Możemy wybierać pomiędzy:

  • 🗡 stawiającym na balans pojedynczym mieczem,
  • 🛡 defensywnym i nastawionym na crowd control mieczem podwójnym,
  • ⚔️ szybkimi i ofensywnymi dwoma mieczami,
  • 🔪 powolnym, lecz gwarantującym duże obrażenia i przyzwoity zasięg mieczem dwuręcznym,
  • 🔫 kombinacją miecza i blastera, by zadawać obrażenia na odległość.

Zmiany podejścia do walki dokonujemy we wspomnianych już punktach medytacji, gdzie możemy ustawić dwa style, między którymi będziemy mogli się płynnie przełączać podczas rozgrywki. Wybrany styl wpływa na podstawowe statystyki postaci, manipulując m.in. współczynnikiem obrony naszego bohatera. Chociażgra nie prezentuje w tym aspekcie żadnych liczb, zauważyłem, że podczas walki dwoma mieczami pasek życia mojego bohatera przybliżał się do zera znacznie szybciej niż w przypadku walki defensywnym mieczem podwójnym. Każdy styl jest stworzony do innych celów i trudno jest mi wyłonić faworyta. Nie przypadły mi do gustu dwa ostatnie. Ten pierwszy był zdecydowanie zbyt powolny, a ten drugi zdawał się być zaprzeczeniem samego siebie – wymachujący mieczem Cal zdecydowanie zbyt szybko dolatywał do przeciwnika, co mocno utrudniało korzystanie z blastera. 

STAR WARS Jedi: Survivor ma też coś dla zbieraczy. W grze rozsiana jest cała masa różnorodnych znajdziek, od lokalnej waluty 💵, przez elementy kosmetyczne 🥸, rzadkie okazy ryb 🐠 i nasion 🌱, aż po kawałki muzyczne 🎺, których możemy posłuchać w kantynie. Szczególnie ciekawie na tym tle wypadają echa mocy, dzięki którym Cal może poznać historie i wydarzenia z przeszłości. Z kolei na głodnych wyzwań czekają szczeliny mocy, oferujące bardzo złożone sekcje platformowe i czasami cholernie wymagające starcia z przeciwnikami (ot chociażby równoczesna walka z trzema drapieżnikami alfa na całkiem ciasnej arenie… uch, złe wspomnienia!). W szczelinach mocy nudy nie zaznacie! Nie wykluczam jednak, że będziecie znacznie bliżej ciemnej strony Mocy 😉. 

Kolejną dodatkową atrakcją, jaką naszykowali dla nas autorzy jest polowanie na łowców głów. Łowy nie są może specjalnie wyszukanym rozwiązaniem i z pewnością widzieliście je już niejednokrotnie w innych grach, ale warto doprowadzić je do końca 😉. I na Sarlacca paszczę, więcej już nie zdradzę!

STAR WARS Jedi: Survivor, kosmitka zlecająca misje, których celem są łowcy głów.

 

Brać i grać?

STAR WARS Jedi: Survivor to przede wszystkim godny następca Fallen Order, który rozwija i udoskonala aspekty pierwowzoru. To nie jest gra idealna, nie jest też w żadnym razie rewolucją. Gwarantuje natomiast bardzo zbalansowane doświadczenie, potrafi być wymagająca i satysfakcjonująca. Co najważniejsze, gra oferuje niebanalną historię z zaskakującymi zwrotami akcji, widzianą z oczu świetnie napisanych i dających się lubić postaci. W moim odczuciu Survivor może przekonać do siebie nawet osoby spoza fandomu gwiezdnej sagi.

Dla fanów uniwersum Lucasa absolutny no-brainer. Jeszcze nie graliście? To mam dla Was cytat z klasyka:

I find your lack of faith disturbing.

STAR WARS Jedi: Survivor, Lord Vader

 

Jeśli chcecie się zapoznać z wrażeniami z wersji PC, zapraszamy na nasz kronikarski kanał YouTube:

 

Strefa obrazka

 

Screeny własnego autorstwa, GIF zaś pochodzi ze skarbnicy Tumblra.

+1
2
+1
2
+1
1
+1
1
+1
1
+1
0
+1
0