
Dla niewtajemniczonych
Furiosa: Saga Mad Max to australijsko-amerykański film akcji w reżyserii George’a Millera przedstawiający genezę postaci Furiosy, późniejszej towarzyszki tytułowego Maxa w spin-offie serii science-fiction z 1979 roku.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Dementus: “Where are you going, so full of hope? There is no hope!”
2015 był wyjątkowym rokiem. Dwa filmy zrobiły dla kinematografii dekady green screena więcej niż jakikolwiek volume może nam kiedykolwiek dać w dekadzie streamingu. 2015 był rokiem powrotu efektów praktycznych do świetności.
Te dwa filmy to maj i grudzień, lato i zima, niebo i ziemia – dosłownie. Mad Max oraz Star Wars. Jedno tak przyziemne, że pył, brud i piach czuło się podczas każdej minuty seansu. Drugie przenosiło nas do ulubionej odległej galaktyki i z nowymi włodarzami, nowym reżyserem, i nową obsadą poznawaliśmy gwiezdną sagę dalszych wojen w świecie Skywalkerów.

Żaden z tych dwóch filmów nie musiał robić wszystkiego tego, co robił, bo każdy był gwarantem finansowego sukcesu wychodząc spod parasola świetnie rozpoznawalnych marek. Oba natomiast sięgnęły po metal, drewno, silikon, plastik i skórę. Oba dostarczyły namacalności temu stricte wizualnemu medium.
George Miller był pierwszy, a J.J. Abrams przypieczętował 2015 rok jako jeden z większych w rozmachu i skali największych produkcji kinematograficznych. I nie chodzi o ilość zainwestowanych pieniędzy, a koszt w pocie i znoju zainwestowanej pracy. Wpierw powiedzmy wprost jedno, zanim charakter opinii zacznie sugerować mój sprzeciw wobec CGI. Jest bardzo niewiele filmów po 2000 roku, które nie mają wsparcia komputerowo generowanych obrazów. Sednem nie jest ich nie mieć, sednem jest mieć je w takiej liczbie, na takim poziomie i tak użyte, aby widz nie mógł się zorientować, która scena jest nimi przesycona, a która ma tylko korekcję barwy, modyfikację tła lub inne, lekkie retusze.

George Miller nie powtórzył tego sukcesu w Furiosie. A tego, co stało się z trylogią sequeli od Kathleen Kennedy, lepiej nie komentować. Od pierwszych scen Furiosy słychać szum wiatraków rozgrzanych do czerwoności procesorów generujących każdą klatkę. I widz, karmiony takimi obrazami nieustannie od dobrych 25 lat, ma wyjątkowo wrażliwe oko na takie sceny. Tacy widzowie nie czują już tego brudu i piachu, który ich dławił w 2015 roku. Nie zastanawiają się „cholera, jak oni to zrobili?!”, tylko obliczają, ilu grafików i animatorów, i jak długo, renderowało te 5 sekund ciała upadającego z samochodu w szerokokątnym ujęciu z dystansu. Ewidentnie o kilka godzin za krótko, bo nawet z dalekiej odległości jakość efektu była gorsza od cut scenki w Call of Duty.
Od pierwszych minut zastanawiałem się, gdzie ten kontrast, gdzie ta saturacja. Ktoś w kabinie projekcyjnej coś źle ustawił? Na domiar złego po pojawieniu się napisów końcowych, prequel George’a Millera przypomina kilka kluczowych scen z Mad Max: Fury Road – bezpośredniej kontynuacji perypetii tytułowej Furiosy. Sceny te są zdesaturowane, wyzbyte oryginalnej barwy. Pierwszorzędnym celem było rozróżnienie dla widza, że film się skończył i tu mamy tylko przebitki z poprzedniego, ale mnie uderzył drugorzędny cel – tylko w niemal monochromie te sceny mogły mieć gorszą jakość od filmu, który właśnie obejrzeliśmy.

Anya Taylor-Joy nie jest główną atrakcją filmu, choć film jest faktycznie skupiony na Furiosie. Jest również podzielony na rozdziały, a właśnie dwa pierwsze skupiają się na młodej dziewczynie, którą wyrwano z oazy szczęścia i zieleni, i która bardzo szybko musiała nauczyć się życia na Jałowiźnie. Jak poradzono sobie z dzieckiem będącym w roli głównej przez połowę filmu? Historia podaje wiarygodny powód jej mutyzmu. Młoda Furiosa przestaje mówić, aby nie zdradzić lokacji społeczności, z której pochodzi. Przez cały film postać ma jedynie kilkadziesiąt kwestii, a ogromna większość wypowiedziana jest dopiero w drugiej połowie przez Anyę.
Historia jest solidna, obsada robi świetną robotę, a wielu z nich to znane nam twarze z 2015. Chris Hemsworth jako złol to novum i widać, że świetnie się bawił. Jest też realnym konkurentem o prymat roli i trochę kieruje na siebie uwagę. Jest głupawym, uroczym tyranem, więc nie do końca zieje od niego zło wcielone. Jest czymś pomiędzy protagonistą a antagonistą. Zwłaszcza, że musimy wziąć pod uwagę brutalny do granic absurdu stan świata. Czy hodowla larw na gnijącym ludzkim ciele jest jednym z głównych źródeł pożywienia klasy średniej? Podchwytliwe pytanie, bo takiej nie ma. Są głodujący i umierający, i kilkanaście osób u władzy, które ma komfort życia przeciętnego żebraka w średniowieczu. Ci na absolutnym szczycie mogą pochwalić się lepszą dietą z psów, czy jaszczurek. W takim świecie, rzucający one-linerami Chris naprawdę nie budzi grozy, ani nie wzbudza niechęci. Taki uroczy kretyn. Lekko szurnięty i z tendencjami sadystycznymi. Ot, przeciętny Kowalski w ostatniej ławie w kościele, gdyby kościoły istniały w tej apokaliptycznej Australii.

Film podaje w wątpliwość również główną motywację bohaterki. Brutalnie wyrwana jest z utopijnej osady w świecie, gdzie ani przez minutę nie mamy power fantazji, aby się tam znaleźć. Wizja apokalipsy, którą George Miller przelał na kadry filmu pozostaje jednym z najbardziej okrutnych, obrzydliwych i niewybaczalnych światów. Nie ma tutaj nadziei, nie ma lepszego jutra. Jest życie, aby przeżyć, ale w sumie nawet tego nie warto robić. Osada, z której pochodzi, ma charakter bardziej marzenia – tak wysoce kontrastuje z całą resztą Jałowizny. W świecie tak skutecznie oddanego przez Millera absolutnego zrezygnowania powrót do tamtej utopii wydaje się jedynym rozsądnym celem w życiu. Furiosa ma kilka okazji tam wrócić, ale wybiera ścieżkę zemsty i tym samym dalszego wygnania z Eldorado.
Konfrontacja Furiosy i jej nemesis – Dementusa, granego przez Hemswortha – jest w pewnym sensie wręcz łamiącym czwartą ścianę komentarzem reżysera o świecie, który stworzył. Film jest ubogi w dialogi i to jest jedna z jego cech wyróżniających. Wydawać by się mogło, że ostatni rozdział z przemową szaleńca da temu dialogowi wartość. No, ale przede wszystkim raczej wychodzi monolog, a jego słowa jedynie podsumowują to, co poprzednie dwie godziny o wiele lepiej pokazywały. Najbardziej podniosła część scenariusza jest dowodem na to, że film nie musi być bogaty w tekst, by opowiadać historię. Jeśli to było zamiarem Millera, to udało mu się to niepomiernie, bo apogeum kwestii dialogowych było dalekie od punktu kulminacyjnego narracji wizualnej.

Czy film był zatem klapą? Nie, absolutnie. Co pozostaje niezwykle mocną stroną serii Mad Max, to wbijające w fotel sceny akcji. Ich jakość, długość, intensywność, skomplikowana natura choreografii i rytmicznie dominująca i pompująca krew muzyka, która im towarzyszy sprawiają, że siedząc, pocimy się. To jest kino akcji, jakie mało kto jeszcze robi.
Ale nie za to ceniłem Mad Maxa z 2015 roku – nie tym się wyróżniał najbardziej. Idąc na seans w 2024, szedłem z uśmiechem na twarzy, bo ponownie zmęczyły mnie nieco ostatnie lata. Chciałem doświadczyć tych barw, tego znoju i tej namacalności piekielnej wersji Australii. Nie tym razem. Nowe technologie dostarczają nowych możliwości, ale tę rewolucję głównie możemy dostrzec w TV. Mały ekran przeżywa lata świetności, z budżetami i technologią, a także popularnością streamingu, niespotykaną przed dekadą i wcześniej. Kino, aby się odróżnić, powinno iść ścieżką fizycznego wysiłku. Klasycznie praktyczny plan filmowy jest ponadczasowy. Te sceny będą tworzyć historię kinematografii dekady po swojej premierze. CGI jest przestarzałe w kilka lat po renderingu – prawo Moore’a dba o to i dbać nie przestanie. Mad Max: Fury Road z 2015 roku wygląda lepiej niż Furiosa: A Mad Max Saga w dniu swojej premiery, choć obie produkcje podnoszą ciśnienie. Mnie jednak głównie z zupełnie innych powodów, więc…
Strefa GIF-a




Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy GIPHY.





