Kronika Geeka
Dave the Diver: okładka wpisu ze screenem z gry

Dave the Diver

Rzut oka na świetnie ocenianego „Dave the Diver”. Chcielibyście wcielić się w nurka, który za dnia łowi ryby, a wieczorami serwuje je w sushi barze?

Dave the Diver i delfiny

 

Dla niewtajemniczonych

Dave the Diver jest tegorocznym hitem wśród casualowych, relaksujących gierek, wyprodukowanym przez studio MintRocket (będące własnością korporacji Nexon Korea). Nabyłam go, szukając przyjemnego tytułu na jesienne wieczory, skuszona metką „casualowego RPG-a”, rekomendacją koleżanki o dobrym guście i chóralnymi pieniami zachwytu

Produkcja MintRocket zapowiadała się na idealną odskocznię od szarości polskiego listopada. Stylizowana na pikselowego indyka gra przedstawia bowiem losy kolesia, który za dnia nurkuje i poławia ryby wśród raf koralowych, a wieczorem pracuje w sushi barze i serwuje klientom pyszności przyrządzone z tych ryb przez natchnionego kucharza. Legenda głosi, że postać Dave’a była inspirowana właścicielem prawdziwego pubu na koreańskiej wyspie Jeju.

Główną mechaniką rozgrywki jest nurkowanie – źródło coraz ciekawszych owoców morza do sushi baru oraz zasobów do konstruowania ekwipunku. Koralowe rafy zasiedlone przez mnogość gatunków ryb i morskich stworzeń zapewniają graczom także przestrzeń do fabularnej eksploracji. Motywacji do spokojnego grindu i rozwoju klimatycznej knajpki dostarcza historia złożona z siedmiu rozdziałów. W tej recenzji skupię się raczej na wczesnych mechanikach i na swoich odczuciach, gdyż jest to garść wrażeń po pierwszym rozdziale (w którym, ciut nieproporcjonalnie wg How Long to Beat, spędziłam 10 godzin i wbiłam ⅓ osiągnięć) – ale uprzedzam…

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Na pierwszy rzut oka

Od strony wizualnej gra przedstawia się dość oszczędnie, ale ze sznytem, który może się podobać. Nasz bohater wyrusza na połowy z łodzi zacumowanej zawsze w tym samym miejscu, a wieczorne sceny w knajpce rozgrywają się w niemal statycznym kadrze z widokiem na stół, sushi mastera, krzesła i widok na plażę w tle. Jedynym dynamicznym krajobrazem jest żyjąca, zmieniająca się, barwna rafa koralowa, której obszary są przyjemnie zróżnicowane kolorystycznie. Dość szybko okazuje się, że naszym dziennikiem zadań będzie symulowany smartfon – mała rzecz, a sprytna.

Gra nie ma nagranych ścieżek dialogowych – pikselowi bohaterowie porozumiewają się syntetyzatorowym burczeniem, które na początku mnie bawiło, ale potem zaczęło drażnić. Mamy za to dobry, elektroniczny, wpadający w ucho soundtrack, który szczególnie podczas sesji nurkowania fajnie komponuje się z aktywnością bohatera.

Nie oczekuję od gier fotorealizmu ani potężnych silników graficznych, umiem docenić piksele, ale Dave the Diver nie oczarował mnie estetyką. Większość rozgrywki spędzamy pod wodą i ten obszar to najmocniejsza wizualnie część gry; wygląd sushi baru ani rozpikselowane twarze postaci nie były dla mnie specjalnie atrakcyjne.

Garść wrażeń

Zabrałam się za tę recenzję głównie po to, żeby dodać swój głos odrębny do chóru zachwyconych internautów. Jeśli poczytacie opinie, dowiecie się, że rozgrywka, ze szczególnym naciskiem na połowy, jest szalenie satysfakcjonująca, podobnie jak rozwijanie sushi baru. (Zdania na temat fabuły są podzielone; ze względu na niewielki postęp uchylam się od wydawania opinii). Ja do Dave’a przyszłam po lekki, satysfakcjonujący, a nawet uzależniający RPG, dający przyjemność w stylu Spiritfarera czy Sun Haven. Niestety gracz nie ma żadnej możliwości wyboru opcji dialogowych i dostaje nie tyle odgrywanie ról, co powieść wizualną z zauważalną komponentą grindu. A to dla mnie zmienia wszystko. Dlaczego?

W pierwszym rozdziale nasz nieszczęsny bohater jest ostatnim popychadłem. Akceptuje absolutnie wszystkie zadania od szemranych typów, roszczeniowych naukowców i bezczelnych dziewuszek. Bez mrugnięcia okiem naraża dla nich życie. Tyra w dzień, tyra w nocy. Ledwo wyrabia w tej cholernej knajpie, żeby nalać ludziom herbaty i wypucować blaty. A gracz nie ma żadnej możliwości tchnąć choćby cienia asertywności w decyzje Dave’a. 

W efekcie jedyne „moje” działania bohatera dotyczyły ratowania sympatycznej pary delfinów, które w pierwszym rozdziale konsekwentnie pakowały się w tarapaty. Resztę robiłam wbrew sobie, co niewątpliwie spowolniło postęp: czemu niby miałabym minmaxować cudzy sushi bar albo dygać w podskokach po kolejną rozgwiazdę dla przypadkowej panny mądralińskiej? I tak oto około siódmej-ósmej godziny pojawiło się znużenie i duża szansa, że Dave the Diver odpłynie na półkę gier nieukończonych…

Nie czas jednak jeszcze na werdykt. Przyjrzyjmy się mechanikom.

Co siedzi pod maską?

Jak wspomniałam, Dave the Diver mimo bardzo korporacyjnego zaplecza udaje grę indie. Absolutnie umowne przestrzenie sushi baru i malowniczej zatoki nie pozwalają na eksplorację, a większość decyzji podejmujemy, nawigując po różnego rodzaju tabelach. Plusem niewątpliwie jest to, że nie trzeba kupować mocnego kompa, żeby sobie pograć :). Z istotniejszych minusów: sushi bar z nowym wystrojem w ogóle nie staje się ładniejszy, a opcja wyławiania sobie octu i sosu sojowego z garnków zatopionych na dnie oceanu (lokacja wioski nie istnieje, zatem ocet znajduje się w morzu, co w tym dziwnego? :D) wydaje się idiotyczna. 

Oprócz podwodnej eksploracji i wieczornego planowania menu gracz musi zmierzyć się z zestawem zręcznościowych minigier pozwalających pokonać co trudniejszych rybich przeciwników. Dostępna w menu opcja „automatycznego naciskania klawiszy podczas minigier” okazała się całkiem przydatna (jak się zdaje, deweloperzy początkowo kierowali przygody Dave’a do koreańskich mistrzów Starcrafta, bo taki normik jak ja to nawet nieraz nie zdążył zobaczyć, co się wyświetla na ekranie), aczkolwiek z takimi ustawieniami minigry stały się jakby nieuzasadnione. Zwiedziwszy sporo komentarzy na Steamie, dowiedziałam się, że funkcja ta została dodana, by poprawić cyfrową dostępność gry. Gracze z cieśnią nadgarstków – wy też możecie zanurzać się w morskie głębie bez pogłębiania kontuzji!

Zaskakująco wyśrubowane zręcznościówki to był jedyny moment, w którym gra stawiała przede mną wyzwanie. Dave jest nieśmiertelny – najgorszą możliwą konsekwencją niedbałości czy niezręczności będzie zgubienie świeżo zgromadzonych łupów i mięsa. W miarę sensowny przychód i szybko rosnącą liczbę wielbicieli sushi da się rozkręcić bez specjalnego rozkminiania budżetu knajpy i doboru najlepszych dań.

Smartfon jako główne źródło informacji o postępie fabuły i najnowszych zadaniach był z jednej strony logicznym i zgrabnym rozwiązaniem. Niestety świecące co chwilę powiadomienia i kilka dodatkowych systemów ukrytych za ikonkami na telefonie budziły u mnie FOMO, bez którego ta gra byłaby przyjemniejsza.

Brać i grać?

Oto prawdziwa wymiana zdań z udziałem autorki niniejszej recenzji:

– Czy Dave w końcu komuś jebnie?
– 🙂 Tak.

Weźcie, zagrajcie i powiedzcie mi, jak jest z tą dalszą fabułą, bo głosy są podzielone. Ja mam wrażenie, że radochę z rozgrywki ubił mi paskudny europejski indywidualizm, przez który nie chciałam grać sympatycznym nurkiem na posyłki, nie mając żadnego wpływu na jego losy. Nie mogę jednak zaprzeczyć przyjemności z nurkowania wśród ryb, skal i koralowców przy chillowej syntetyzatorowej muzyczce. Koneserzy gatunku niewątpliwie powinni zanurzyć się w pikselowy podwodny świat gry Dave the Diver i sprawdzić, czy są podatni na jego czar.

ocena UJDZIE

 

 

Strefa GIF-a

Dave the Diver gif z delfinami

 

Dave the Diver podwodne miasta

 

Dave the Diver podwodne miasta gif

 

Dave the Diver ulepszanie sushi gif

 

Dave the Diver Bancho ulepsza sushi gif

 

Screeny własnego autorstwa, GIFy zaś pochodzą ze skarbnicy Tumblra.

+1
1
+1
1
+1
0
+1
1
+1
4
+1
0
+1
0