
Dla niewtajemniczonych
What We Do in the Shadows (Co robimy w ukryciu) to pseudo-dokumentalny serial spod znaku czarnego humoru, stanowiący kontynuację i rozwinięcie filmu Taiki Waititiego pod tym samym tytułem. Absurdalne, czasem cringe’owe perypetie paczki nie do końca dobranych wampirzych współlokatorów ze Staten Island cieszą się popularnością na tyle dużą, że powstało już pięć serii, a szósta jest w planach.
Promocja wampirów w Polsce kuleje tak bardzo, że dostępność nowych odcinków zaskoczyła redakcję. Ale żeby to człowieka i drogowców tylko takie niespodzianki w życiu spotykały! Osoby, które jeszcze nie wiedzą, co wampiry robią w ukryciu, zachęcam do sięgnięcia po zasoby HBO i ostrzegam:
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Seria piąta What We Do in the Shadows nadal utrzymana jest w sitcomowej konwencji, w której grupa bohaterów jest pretekstem do snucia luźno ze sobą związanych opowieści na różne tematy. Przy serii czwartej bawiłam się dobrze, ale moja życzliwa ocena serialu płynęła też z sentymentu do całości: nie da się ukryć, momentami czuło się, że scenarzyści tracą parę, a pewne motywy są ogrywane na bardzo wiele sposobów.
Na szczęście seria piąta to nowe rozdanie, w którym wiele rzeczy jest jeszcze BARDZIEJ. Są tu sceny bardziej emocjonujące, straszniejsze, bardziej cringe’owe i zabawniejsze. Tak jakby ktoś nagromadził ekspa przez parę lat, a potem podkręcił wszystkie statsy naraz. Dla mnie świetna sprawa – nie oglądam wampirków dla ascetyzmu i oszczędności w środkach wyrazu.
Elegancko, ale nieco schematycznie prowadzony jest wątek interakcji wampirów z ludzkimi znajomymi. Męski wieczór na mieście, podczas którego Nandor z całych sił stara się nie używać hipnozy, przeradza się we wdzięczną, chociaż niespecjalnie zaskakującą farsę. Przygody z tej serii utrzymane są w stylu „boki zrywać” i oparte na piętrzących się wpadkach w interakcji ze śmiertelnikami, łącznie z hipnotycznym przejęciem lokalnego studia telewizyjnego. Cała ekipa aktorska ma okazję popisać się slapstickowymi umiejętnościami i robi to z wdziękiem i wprawą. Jest to najlżejszy motyw serialu – i dobrze, że został rozwinięty mimo swojej wtórności, bo w wielu innych aspektach robi się czy to poważniej, czy to drastyczniej.

Zgodnie z tradycją swoje pięć minut ma także Colin Robinson, tym razem w epizodzie kariery politycznej (właściwie dziwne, że taki pomysł pojawił się dopiero teraz!). (Anty)chemia łącząca Marka Prokscha i Vanessę Bayer w rolach Colina i Evie nadała rozpędu temu wątkowi, ale absolutnym złotem były obrady najwyższej rady wampirów energetycznych. Genialny crossover wszelkich sitcomów biurowych i konsekwentnie budowanej postaci Colina. Na tym tle późniejsze krótkie zmagania naszego etatowego nudziarza z nagłym wizerunkiem osoby szalenie interesującej wypadły ciut blado, ale fani tej postaci dostali jej naprawdę dużo w poprzedniej serii.

W ciekawe i bardzo zróżnicowane wątki jest tym razem wplątana Nadja, która jako jedyna kobieta w tym skądinąd niejednorodnym gronie* często dostaje uwagę scenarzystów.
Mistrzowsko poprowadzona była intryga skupiona wokół odrzucenia i przyjaźni, z ignorowaną przez Nadję Przewodniczką grającą drugie – a potem pierwsze – skrzypce. Trochę moralitet, trochę rodzinna komedia (relacje wampirzycy z nowo odkrytymi przy tej okazji krajanami z Little Antipaxos to kolejne źródło pogodnego, beztroskiego rechotu), trochę dramat psychologiczny, a na końcu kryminał w stylu Agathy Christie. Także paleta emocji u widza znacznie się poszerza – kompletny brak empatii grupy wobec Przewodniczki budzi mieszankę rozbawienia i głębokiego współczucia, a końcowe zawieszenie broni jest cudownie niejednoznaczne.
Druga historyjka z Nadją w roli głównej, ta o rozdziewiczeniu jej lalkowego alter ego, była dla mnie ciekawa, przewrotna, ciut obsceniczna (Colin…!) i cholernie śmieszna. Poza tym dynamika naszej głównej power couple ze Staten Island jak zawsze top. Powiedzmy sobie szczerze: pary hetero, które nie dostrzegają się w relacji Laszlo i Nadji, powinny rozważyć wizytę u terapeuty par. A na deser dostajemy mroczną sekwencję, w której wampirzyca stara się odbić Guillerma z rąk „weterynarzy” dla famulusów – emocjonującą i rodem z prawdziwego, gęstego horroru.

Epizod braku chęci do nieżycia, czy też steoretypowo męskiej wewnętrznej emigracji u Laszlo na tle innych zdarzeń wypadł dość schematycznie, choć nadal bawił. Matt Berry w tej serii What We Do in The Shadows miał przede wszystkim okazję do współpracy w aktorskim duecie z Harveyem Guillén, serialowym Guillermem, której zdecydowanie nie zaprzepaścił. To kolejna już seria, w której Laszlo pokazuje się z opiekuńczej, niekonwencjonalnie przedsiębiorczej strony i porzuca pozę wiecznie napalonego bon vivanta.
Interakcje Laszlo i Guillermo są ściśle związane z głównym wątkiem piątej serii, czyli przemianą Guillermo w wampira. Przez cały sezon napięcie nakręca nieuchronność zemsty Nandora za to, że to nie on zmienił swojego wiernego sługę, ale też permanentnie nieskonsumowana relacja między obydwoma bohaterami.

Tu scenarzyści nie zaskoczyli – od pierwszych scen nie wierzyłam, że groźba brutalnej interwencji i samobójstwa Nandora się ziści. Warto jednak docenić drogę, którą przebywają postacie od początkowego trzęsienia ziemi do umiarkowanie radosnego zakończenia. Ważną jej częścią jest bezwarunkowe wsparcie, którego poszczególni członkowie wampirzej familii, skonfrontowani z wstydliwą prawdą, udzielają Guillermowi. Mroczna sekwencja, w której Nadja ratuje rannego famulusa z okrutnej „kliniki” zapada w pamięć i pokazuje głębię więzi między tymi postaciami. Z kolei badania Laszlo nad specyfiką przemiany Guillerma (chłopak został zawampirzony wyjątkowo niezdarnie i jakby nie w pełni) to ciekawa i na swój sposób poruszająca reinterpretacja motywu szalonego naukowca. Perypetie gabinetu zwierzęcych osobliwości stworzonych z udziałem DNA naszego „Gizma” budzą tę szczególną mieszankę zaciekawienia, wstrętu i współczucia, która co wrażliwszych widzów może nawet skłonić do sięgnięcia po chusteczki.
Easter eggi, o których nikt w necie nie wspomina: Czy Wy też uważacie, że domorosły naukowiec omyłkowo potraktował jedno ze stworzonek swoim DNA?

Wątek przemiany zostaje ostatecznie rozbrojony (ale ze zmyślną furtką, dzięki której wtórne uczłowieczenie Guillerma może okazać się nieskuteczne – lubię tego typu cliffhangery, które nie dają poczucia nieskończonej historii, ale jednak dają powód, by czekać na ciąg dalszy), Nandor daje kolejny pokaz archetypu mrocznego władcy o emocjonalności młodszego nastolatka, a fandom może się zastanawiać, jak scenarzyści rozegrają relację obu panów w kolejnych seriach What We Do in the Shadows.
Reasumując, mili państwo, warto sobie w jakiś klimatyczny listopadowy wieczór wrzucić wampirki na ekran i przeżyć wszystkie salwy śmiechu oraz momenty katharsis gwarantowane przez piątą serię. Zgodnie z obietnicą z poprzedniej recenzji podwyższam przyznaną notę:
* O zgrozo, ja też pominęłam Przewodniczkę, a dwie redaktorskie persony tego nie oprotestowały (przyp. autorki).
Strefa GIF-a




Zdjęcia pochodzą z materiałów producenta, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra i giphy.com.





