
Dla niewtajemniczonych
Banda dzieciaków znalazła sobie nową zabawkę – tajemniczy artefakt w kształcie dłoni, którą ponoć wystarczy uścisnąć i wypowiedzieć słowa „Talk to me”, żeby porozumieć się ze światem duchów. Z pewnymi siłami igrać jednak nie należy.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Zwykle tę sekcję staram się zacząć od tego, co mnie mierziło i do czego mam stosunek ambiwalentny. I tu pojawia się problem, bo zastrzeżenia mam jedynie do poziomu kultury osobistej ludzi, z którymi przyszło mi rzeczony film oglądać na sali kinowej.
A przecież nie mogło być dobrze. No bo jak często trafia się dobry film o perypetiach nastolatków i studenciaków?

Tak, to jest naprawdę kawał świeżego i bardzo dobrze zrealizowanego horroru. Coś, co nie przyprawia o ciarki krindżu i nie sprawia, że raz po raz musicie podtrzymywać opadające czoło. Coś, na co naprawdę długo czekałem.
Skoro narzekać nie zamierzam, przejdźmy do aspektów, które mnie tak w Talk to Me urzekły:
- Ciekawie pomyślana i sprawnie poprowadzona fabuła.
- Masa świetnego i bardzo przekonującego aktorstwa – po Mirandzie Otto nie spodziewałbym się niczego innego, ale jednak reszta obsady to nie nazwiska z pierwszych stron portali dla kinomaniaków, więc tym bardziej propsy.
- A skoro już pani Otto została wywołana do tablicy, to muszę przystać, że wykreowała jedną z najlepszych i najbardziej autentycznych postaci matek, jakie widziałem w kinematografii.
- Mamy tu bdb dialogi, które faktycznie brzmią jak rozmowy prawdziwych ludzi, a nie lista bon motów do odhaczenia.
- Chyba totalny brak jump scare’ów (a przynajmniej żadnego sobie nie przypominam), co w kinie grozy jest dla mnie ogromną wartością samo w sobie.
Jump scare to moim zdaniem najbardziej tandetna forma straszenia, bo de facto nie wywołuje strachu, tylko odruch zaskoczenia – ja najbardziej lubię filmy, w których teoretycznie nie dzieje się nic, a z przerażenia aż ciężko wysiedzieć. - Wyrazista brutalność która jednak nie ucieka w kabaretowy gore.
- Bardzo eleganckie efekty, złego słowa nie powiem.
- Wracając do fabuły: mocno doceniam też to, że film nas non stop zwodzi i miesza w głowie…
- …oraz to, że jest bardzo niejednoznaczny, nie wykłada kawy na ławę (może dlatego, że australijski, nie amerykański 😀) i nie boi się niedopowiedzeń.

Nie daję tradycyjnej porcji GIF-ów, bo raz, że ciężko znaleźć niespoilerowe, a dwa, że im mniej będziecie o tym filmie wiedzieć przed seansem, tym lepiej dla Was. Gorąco polecam.
Aha, jakby co: jeśli zdobędziecie taką rękę, nie zapraszajcie mnie na imprezę, pliska.
Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy Giphy.





