
Dla niewtajemniczonych
Pierwowzór Foundation to 7-tomowy cykl science-fiction, który ukazywał się w kilkudziesięcioletnich odstępach w drugiej połowie XX wieku i wyszedł spod pióra amerykańskiego pisarza rosyjskiego pochodzenia Isaaca Asimova.
Cykl opowiada o zmierzchu i rozkładzie Imperium Galaktycznego, gigantycznego tworu politycznego obejmującego zasięgiem swojej władzy obszar całej galaktyki. Książki są studium wielkich uniwersalnych procesów historycznych oraz takich zjawisk, jak władza i manipulacja ludźmi czy historią. Asimov podaje wszystko w sosie sci-fi z mocnymi naleciałościami z ziemskiej historii, jak choćby nawiązaniami do Cesarstwa Rzymskiego.
Serial Apple TV+ luźno opiera się na powieściach, serwując widzom tysiącletnią sagę tytułowej Fundacji i powiązanych z nią przez te wszystkie lata postaci i zdarzeń.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Garść wrażeń
Podszedłem do Foundation dość ostrożnie — to, że za pierwszy sezon zabrałem się dopiero dwa lata po jego premierze, sporo mówi o moim stosunku do adaptacji, które szczególnie w ostatnich latach mocno rozczarowują. Choć Asimova nie czytałem, więc przynajmniej nie miałem bagażu czytelnika, jak przy niektórych innych tytułach. Oczywiście w mojej recenzji nie może zabraknąć wtrętu o The Expanse, które w tym czasie (czyli na przełomie 2021 i 2022 r.) kończyło swój ostatni sezon, a które urzekło mnie na tyle, że produkt spod szyldu Jabłka odłożyłem na później. Szczególnie, że recenzje tegożże były raczej przeciętne. Trochę porównań z The Expanse na pewno jeszcze w tym tekście będzie — niestety nie sposób dla mnie mówić obecnie o serialach sci-fi, szczególnie tych o przygodach w kosmosie, bez takiego zestawienia.

Muszę powiedzieć, że od pierwszych odcinków Foundation przekonało mnie do siebie, może nie w 100%, ale jednak na tyle, żeby oglądać z zaciekawieniem dalej. To, co może się podobać to epicka skala serialu, efekty wizualne stojące na wysokim poziomie, zapewniające niesamowitą widowiskowość planet, które odwiedzamy i soundtrack Beara McCreary’ego. Na pewno na uwagę zasługują również kreacje aktorskie Lee Pace’a (znanego geekom pewnie najbardziej z roli Thranduila z Hobbita Petera Jacksona), wcielającego się w Brata Dnia (sprawującego władzę wcielenia imperatora Cleona) i Jareda Harrisa (pan ma sporo geekowych tytułów zarówno filmowych, jak i telewizyjnych na koncie, ale z mniej znanych rzeczy polecam z nim pierwszy sezon The Terror), jako Hariego Seldona, założyciela Fundacji. Tu jednak od razu dodam, że tak jak ci aktorzy są naprawdę świetni, o wiele mniej podobała mi się Lou Llobell jako Gaal Dornick, protegowana Seldona, i jej córka, Salvor Hardin (w tej roli Leah Harvey). Często denerwowały mnie ich dialogi i postępowanie — nie wiem, czy to wina aktorek, scenariusza, czy reżyserii, ale ponieważ spędzamy z nimi sporo czasu w tym sezonie, to sceny z ich udziałem od razu miały u mnie minusa.

Pod względem zawartości „science” w „fiction” samemu serialowi na pewno bliżej do produkcji typu Star Trek czy nawet Star Wars niż do The Expanse — dostajemy różne technologie i na pewno pozytywne jest to, że na przestrzeni lat możemy widzieć ich rozwój, ale brakuje mi czasem bardziej realistycznych urządzeń, a choć psychohistoria, którą stworzył Seldon, oparta jest na obliczeniach matematycznych, to miałem często wrażenie, że spełnia ona rolę wróżbiarstwa czy innych arkanów magii bardziej niż prawdziwej nauki. Szkoda, bo jednak lubię twardsze sci-fi. Ale też wiadomo, że nie do końca to było celem Asimova czy twórców serialu. W centrum fabuły znajdują się procesy historyczno-społeczne i kształtujące je decyzje ludzi — często, mimo założeń teorii Seldona, jednostek.

Końcowa ocena
I ta monumentalna skala całej fabuły w pierwszym sezonie Foundation przemawiała do mnie chyba najbardziej — to, że historia dotyka całej galaktyki, Imperium od pokoleń rządzi klon tego samego człowieka, a my poznajemy jego kolejne wcielenia, jednocześnie patrząc na zaczątki upadku jego dynastii, upadku, dodajmy, wywieszczonego przez Seldona. Po drodze mamy też parę twistów, trochę romansu, sporo przygody, polityczne intrygi, dużo akcji. Nie można narzekać.

Słabiej natomiast wypadła końcówka sezonu, znów niestety dla mnie ze względu na parę Dornick-Hardin i ich perypetie oraz emocje, które im towarzyszą (a które niespecjalnie na mnie działają i raczej albo mnie nudzą, albo irytują). Niemniej jednak serial polecam, bo na pewno otwarcie Foundation zrobiło na mnie lepsze wrażenie niż choćby Silo od tej samej stacji. Do zobaczenia w drugim sezonie!
Strefa GIF-a





Zdjęcia pochodzą z IMDb i reddita, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra.





