
Dla niewtajemniczonych
Robin of Sherwood to brytyjski serial fantasy nakręcony w latach 1983–1986. Produkcja nawiązuje (miejscami dość luźno) do legendy o Robin Hoodzie i jego drużynie oraz przeciwnikach. Akcja rozgrywa się w Anglii przełomu XII i XIII wieku, za panowania króla Ryszarda Lwie Serce i jego brata Jana bez Ziemi. Za projektem stała przede wszystkim dwójka ludzi: Paul Knight i Richard Carpenter, których głównych celem było nakręcenie przygód człowieka w kapturze w nowej konwencji, odpowiadającej publiczności lat 80. XX wieku. Serial miał się różnić od wcześniejszych kinowych i telewizyjnych ekranizacji atmosferą świata przedstawionego, do którego twórcy wprowadzili magię i wierzenia przedchrześcijańskie. W samej Wielkiej Brytanii RoS został przyjęty raczej chłodno, ale przez lata zdobył sobie rzesze fanów na całym świecie, w tym między innymi w Polsce.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Tytułem wstępu, czyli kiedyś to były czasy, teraz już nie ma czasów
Jak co roku koniec wakacji nastraja mnie nostalgicznie. Dnia powolutku ubywa, w powietrzu czuć wieczorami chłodek nadciągającej jesieni (a w tym roku nie tylko wieczorami), a myśli zaprzątają kwestie przemijania, nostalgii i tęsknoty za dzieciństwem. Jednym słowem wracam wspomnieniami do czasów minionych. Jedną z pierwszych geekowych rzeczy w życiu (choć oczywiście wtedy tego nie byłem świadomy), którą pamiętam i która odcisnęła piętno na moim umyśle, był serial produkcji brytyjskiej Robin of Sherwood (w polskiej telewizji pod różnymi nazwami, ale wtedy po prostu Robin Hood). Produkcja ta jest prawdopodobnie doskonale znana mojemu pokoleniu, czyli polskim dzieciakom, które gdzieś w drugiej połowie lat 80. siadały w niedzielę (czy później w inny dzień tygodnia) przed telewizorami, żeby na tę niecałą godzinę odciąć się, co tu dużo mówić, od dość ponurej rzeczywistości schyłku PRL-u i uciec w świat przygód Robin Hooda i jego wesołej kompanii. Ja wprawdzie pewnie nie mogłem mieć więcej niż sześć/siedem lat, kiedy pierwszy raz obejrzałem ze zrozumieniem serial (wątpliwe, że załapałem się na polską premierę w 1986 r.), ale produkcja zrobiła na mnie na tyle wielkie wrażenie, że faktycznie zapadła mi w pamięć jak mało co z tamtego okresu.

Do RoS-a wróciłem potem dużo później, bo początkiem wieku, już jako student, przygotowując do wszystkich odcinków niezależne polskie napisy. Pamiętam, że bałem się, czy po prawie 20 latach, od kiedy pierwszy raz widziałem przygody człowieka w kapturze, nie zestarzały się one brzydko. Czy większość dobrych wspomnień to właśnie tylko nostalgia w czystej postaci? Tęsknota za czasem minionym, kiedy cały świat sprowadzał się do czekania cały tydzień na nowy odcinek? A czasem i dłużej, bo często ktoś w TVP nie ogarnął i zdarzały się niespodziewane powtórki, przerwy w transmisji, a odcinki rzadko kiedy były wyświetlane w dobrej kolejności. Czy moje obawy są uzasadnione?
Okazało się (i nadal okazuje), że nie. Oczywiście szczególnie na dzisiejsze czasy (bardziej niż ówczesne) RoS to serial skierowany do młodszego odbiorcy, ale sądzę, że szufladkowanie go w ten sposób byłoby wyjątkowo krzywdzące. I tu chyba od razu warto zaznaczyć, że właściwie nawet to określenie, czyli „serial przygodowy dla dzieci i młodzieży” (a trochę dla całej rodziny) też już przeszło do lamusa. Dzisiejszym odpowiednikiem popularnościowym tych produkcji byłyby prawdopodobnie seriale „young adult”, choć na pierwszy rzut oka odbiorca jednak powinien być inny. Ale RoS to przede wszystkim serial przygodowy, znów rzecz dzisiaj faktycznie archaiczna, bo raczej mało takich produkcji, a ich działkę przejęły produkcje superbohaterskie, względnie po prostu ekranizacje komiksów. Ogólnie moim skromnym zdaniem przygoda zarówno na dużym, jak i małym ekranie przeżywa raczej kryzys, ale to temat na inny wpis.
Fenomen
Pierwszą cechą, która sprawia, że serial w moim mniemaniu wytrzymał próbę czasu i można go oglądać nadal dziś (i zapewne za parę lat również) to autorski scenariusz. Człowiek, który za nim stoi, czyli nieżyjący już Richard Carpenter, oczywiście czerpał garściami z innych źródeł (począwszy od samej legendy o Robin Hoodzie, a skończywszy na mającym w połowie lat 80. swój renesans systemie Dungeons & Dragons), ale stworzył amalgamat unikatowy, dając tchnienie światu pełnemu mistycyzmu, magii, a jednocześnie dość (jak na możliwości ówczesnej telewizji) realistycznemu. Mamy zatem z jednej strony estetykę anglosaską (normańskich najeźdźców, Ryszarda Lwie Serce, czy księcia Jana), a z drugiej nową falę poganizmu (czarnoksiężników, czarownice, elementy okultyzmu). To wreszcie Carpenter wymyślił (albo zaadaptował, mocno zmieniając) na potrzeby serialu takie postaci, jak Nasir, czy Herne, jak również wymyślił, np. legendę o mieczach Waylanda. Wszystkie te elementy w RoS-ie się przeplatały i uzupełniały, kreując świat, do którego chętnie się wraca.

Po drugie bohaterami okazali się wyjątkowo młodzi i mało znani, nawet na wyspach, aktorzy. Odtwórca głównej roli w pierwszych dwu sezonach, Michael Praed, kiedy dostawał angaż, miał ledwie 24 lata, Judi Trott (lady Marion), dla której był to debiut ekranowy, dwa lata mniej, a i reszta, nawet „starszej” obsady, rzadko kiedy przekraczała trzydziestkę. Dodatkowo casting tego serialu przeszedł praktycznie do kanonu: na tyle, że dla wielu aktorzy grający w RoS-ie stanowią uosobienie postaci. Ciężko sobie wyobrazić innego „Małego” Johna niż Clive Mantle, innego braciszka Tucka niż Phil Rose, innego szeryfa Nottingham niż Nickolas Grace, nie mówiąc już o głównej roli. Postaci wykreowane miały wyrazistość, a czasem nawet głębię. Gdy oglądałem serial za dzieciaka, każdy chciał być Robinem (choć wiadomo, bardziej tym czarnowłosym), albo ewentualnie Nasirem (ach, te dwie szable), ale przy powrotach doceniam bardzo Willa Szkarłatnego (granego brawurowo przez znów wtedy niespełna 30-letniego Raya Winstone’a) — postać targaną zemstą i mającą dość mroczną przeszłość. Jakby tego było mało aktorzy na planie stworzyli atmosferę, którą Amerykanie określają mianem camaraderie. W materiałach okołoserialowych są godziny ich wygłupów, przekomarzań i nieudanych ujęć, które uformowały relacje pozaekranowe między aktorami, pomagając im się zżyć i stworzyć niezapomniane kreacje.
Po trzecie zaś muzyka. Clannad folkową płytą Legend podbudował RoS-a i nadał mu status kultowego. Nawet osobom, które po latach niewiele pamiętają z samego serialu, na dźwięk pierwszych nut czołówki pojawia się uśmiech na twarzy. Co ciekawe zespół tworzył muzykę bez wglądu w treść scenariusza serialu, a materiały były montowane z obrazem po zdjęciach. Clannad nagrał o wiele więcej utworów do soundtracku, które niestety nie pojawiły się na płycie i do dziś oficjalnie nie zostały wydane (podobno oryginały z nagrań zaginęły). Prócz tytułowego Robin (The Hooded Man) krążek miał wiele kawałków, które powiązano w serialu z konkretnymi scenami — i tak na przykład utwór Battles pojawiał się w momentach walk, a Lady Marion i Scarlet Inside wprowadzały zawsze sceny z danymi postaciami.

Ostatnim elementem, który zadecydował w moim mniemaniu o popularności produkcji, były zdjęcia i wykorzystane efekty specjalne. RoS miał nowatorską (jak na tamte czasy) technikę kręcenia zdjęć z ręki, szczególnie w scenach mających miejsce w lasach, co dawało efekt dużego dynamizmu połączonego z pewną chaotycznością akcji. Często twórcy stosowali także filtry, szczególnie w ujęciach nieba czy wody, co poskutkowało ich częściowym barwieniem i nadawało im magicznego bądź złowrogiego wyglądu.
Wszystko to przełożyło się na inny, nowy odbiór legendy o księciu złodziei. Śmiem twierdzić, że RoS zrewolucjonizował nie tylko mit Robin Hooda, dając początek całej nawałnicy filmowych adaptacji przygód człowieka w kapturze w latach 90. (w tym blockbustera z Kevinem Costnerem), ale także położył podwaliny pod sposób, w jaki seriale telewizyjne produkowano w kolejnej dekadzie.
Moje ulubione odcinki
Sam serial doczekał się niestety tylko 26 odcinków i ciężko mi wybrać te najlepsze, bo w każdym jest jakiś smaczek, albo scena, którą darzę szczególną sympatią, ale postaram się przedstawić tu parę moich najulubieńszych. Odcinki umieściłem w kolejności chronologicznej. Lecimy!
Robin Hood and the Sorcerer (1×01 i 1×02)

Jak to mawiają tęgie głowy: najlepiej zacząć od początku. Ten dwuczęściowy pilot (wyświetlany niekiedy również jako pełnometrażowy film telewizyjny) daje wszystko, czego można byłoby chcieć od otwarcia retellingu legendy: mamy wprowadzenie postaci, mamy znane motywy, mamy akcję — niby nic, ale w jakim wykonaniu! Spalenie saksońskiej wioski — a jakże! Pojedynek na kije z Małym Johnem na tle wodospadu — jak najbardziej! Ucieczka z lochu — musi być! Turniej łuczniczy, który Robin wygrywa rozszczepiając strzałę — obecny! Ale do tego dostajemy mniej oczywiste elementy — czarnoksiężnik chcący zniewolić lady Marion, który ma na swoich usługach tajemniczego saracena? Czemu nie! Bóg lasów sterujący losem Robina? Tego jeszcze nie grali! Monolog Willa (Winstone’a) w lochu o tym, jak żołnierze zgwałcili i zabili mu żonę (tak jest, rozrywka dla całej rodziny!), a on poprzysiągł krwawą zemstę — oklaski na stojąco!
Warto tu nadmienić, że choć oczywiście cały serial jest family-friendly, nie ma w nim przesadnej brutalności, nagości, litrów krwi, to jednak nie ucieka od trudnych tematów. W pilocie ojciec przybranego brata Robina zostaje zamordowany przez żołnierzy, kiedy nie chce wydać im swoich synów, a sam serial zaczyna się od spalenia Loxley (buntowniczej wioski, z której pochodzi Robin i jego rodzina). Później w serialu sam Robin będzie wielokrotnie stawał przed dylematami moralnymi i musiał wybierać mniejsze zło.
The King’s Fool (1×06)

Finał pierwszego sezonu daje nam ciekawą, nieoczywistą historię. Oto do Anglii po latach niewoli wraca sam Ryszard Lwie Serce — ulubieniec ludu, sprzymierzeniec ciemiężonych, wydawałoby się władca do rany przyłóż. Co więcej ułaskawia Robina, proponuje nobilitację i służbę u swego boku. Jednak, nie wszystko złoto, co się świeci, a Robin zanim zdobędzie się na trudną decyzję, straci praktycznie całą drużynę. Ten odcinek przede wszystkim wprowadza (niestety jednorazowo) postać króla Ryszarda, w którego wciela się John Rhys-Davies (znany młodszej widowni głównie z roli Gimliego z Władcy Pierścieni Jacksona i pewnie za sprawą najnowszej odsłony Indiany Jonesa, postaci Sallahy) — pokazując jego waleczność, ale jednocześnie słabość jako władcy.
Podobało mi się zawsze otwarcie, w którym Lwie Serce incognito spędza z drużyną Robina czas w lesie, zanim ujawni im swoją prawdziwą tożsamość. Ciekawa jest również uczta, na której większość „wesołej kompanii” robi się jeszcze weselsza. No i końcówka, która jest całkowitym rozczarowaniem postacią Ryszarda. W istocie prawdę mówi angielskie przysłowie: Never meet your heroes.
The Swords of Wayland (2×05 i 2×06)

Znów trochę oszukuję, bo Miecze Waylanda to dwa odcinki, ale stanowią osobną całość i obie części mają naprawdę udane sceny. Całość opiera się na legendzie, w której Albion, miecz Robina, jest jednym z siedmiu, które posiadają magiczne właściwości. Dostajemy zatem zakonnice, które potajemnie czczą szatana i potrzebują ostatniego miecza do sprowadzenia Lucyfera do naszego świata. Czego chcieć więcej? Dodatkowym atutem są przepiękne zdjęcia rozpoczynające odcinek, w których słudzy Morgwyny napadają na wioskę, gdzie w kościele przechowywany jest przedostatni miecz.
Podanie o mieczach wyszło całkowicie spod pióra Carpentera, ale na tyle wpisuje się w mity Brytanii, że często omyłkowo niektórzy brali je za funkcjonujące już wcześniej w literaturze, a później legenda została wykorzystana w innych mediach, np. grach.
The Greatest Enemy (2×07)

Na liście nie mogłoby zabraknąć najsmutniejszego odcinka, w której z rolą żegna się Michael Praed. Ten odcinek za dzieciaka chyba najbardziej zrobił mi mindfucka. Szczególnie, że rzadko się zdarzało w rzeczach, które oglądałem, żeby tytułowy bohater ginął. W rzeczywistości Praed zdecydował się odejść z serialu, bo chciał grać na Broadwayu — decyzja, której jak potem w wywiadach wielokrotnie przyznawał, żałował.
Sam odcinek jest niezwykle dramatyczny i praktycznie w całości składa się z pogoni z psami za bandą Robina. Pojedynczo, kolejni członkowie zostają złapani, aż wreszcie zostaje sam Robin. Finałowo wydaje się, że Szeryf wreszcie wygrał, Robin faktycznie ginie… Ale czy na pewno?
The Cross of St. Ciricus (3×05)

Nie będę ukrywał, że seria z Jasonem Connerym miała trochę mniej pamiętnych odcinków i widzowie długo musieli się przekonywać do nowego, jasnowłosego Robina, czyli Roberta z Huntingdon (swoją drogą Carpenterowi znów należą się gratulacje za sprawne pisanie — do wprowadzenia w serialu nowej wersji człowieka w kapturze wykorzystał drugi istniejący mit o pochodzeniu Robin Hooda).
Odcinek z krzyżem św. Cyryka rozpoczyna się od komedii pomyłek — Will i Much napotykają obóz w lesie i postanawiają się poczęstować gotującą się tam na ognisku polewką. Niestety okazuje się, że obóz należy do wędrownej grupy trędowatych, co obu naszych bohaterów wprawia w panikę. Twist jednak jest taki, że nie są to prawdziwi trędowaci, a jedynie Gisbourne i jego ludzie, którzy chcą skraść tytułowy krzyż, ale o tym nasi bohaterowie dowiadują się dopiero na końcu. Twistów w odcinku jest więcej, ale nie chcę zdradzać za wiele.
Cromm Cruac (3×07)

Kolejny odcinek, którego fabuła jest jak żywcem wzięta z podręcznika Dungeons & Dragons. Oto nasi bohaterowie podczas jednej ze swoich przygód trafiają na tajemniczą wioskę, miodem i mlekiem płynącą, gdzie wszyscy mieszkańcy są bardzo gościnni i wręcz żądają, żeby Robin z kompanią zostali choć na noc, a może i dłużej.
Oczywiście dziś każdy gracz RPG wie, że oznacza to kłopoty. Kiedy więc naszym bohaterom zaczynają objawiać się duchy zmarłych bliskich, a w wiosce podejrzanie nie ma żadnych dzieci, nie pozostanie nic innego, jak salwować się ucieczką.
The Time of the Wolf (3×12 i 3×13)

Dwuodcinkowy finał serialu (choć wtedy jeszcze nie było takich planów), przez fanów często określany pieszczotliwie The Time of the Teeth. Tym razem Carpenter sięga po mit golema i na potrzeby odcinka tworzy sobowtóra Robina (którego jednak łatwo poznać, bo ma wilcze kły). Oczywiście wynika z tego sporo pomyłek — w tym jedna, która ma dość fatalne skutki. Mamy również powrót Gulnara, który jest kimś na kształt nikczemnego druida, kapłana boga Fenrisa (stąd te wilcze kły) — postaci drugoplanowej, która przewija się przez cały trzeci sezon i na pewno stanowi kolejny, rozpoznawalny i lubiany element serialu.
Twórcy planowali czwarty sezon, ale prozaicznie Goldcrest, firma zajmująca się produkcją serialu, musiała wycofać się z projektu i nie udało się znaleźć nowych pieniędzy na kontynuację. W rezultacie dostaliśmy trochę otwarte zakończenie, ale takie, które jednak stanowi satysfakcjonujący finał.
Nothing’s forgotten, nothing’s ever forgotten
Po tym tekście już pewnie wiecie, jak ważnym tytułem dla mnie jest Robin of Sherwood. Podejrzewam, że ukształtował on mnie nie tylko jako geeka, ale również po prostu jako widza na sposoby, których do dziś sobie w pełni nie uświadamiam. Co więcej lubię wracać do RoS-a raz na jakiś czas, przeżywając na nowo przygody Robina i jego „wesołej kompanii”, co w dzisiejszym, pędzącym na złamanie karku świecie samo w sobie nie zdarza mi się praktycznie w przypadku żadnego innego serialu.
Co mogę więcej powiedzieć? Jeśli nigdy nie widzieliście — dajcie szansę, szczególnie jeśli macie jakichś młodszych widzów na podorędziu do seansu. Jeśli widzieliście — może warto sobie przypomnieć? Serial do dzisiaj cieszy się niegasnącą popularnością — na całym świecie ma wiernych fanów, którym ostatnio udało się za pomocą kampanii crowdfundingowej nagrać parę audiobooków z nowymi przygodami Robina i, co ważne, z oryginalną obsadą powracającą do swoich ról.
Po latach, kiedy wracam do serialu, oczywiście widzę mankamenty — w końcu od premiery minęły już cztery dekady, więc nie tylko telewizja, ale i cały świat zmieniły się przez ten czas w sposób niewyobrażalny. Dla mnie jednak Robin of Sherwood zostanie pierwszą telewizyjną miłością. Mam nadzieję, że po tym tekście już rozumiecie, że nie mógłbym zatem dać żadnej innej oceny.
Strefa GIF-a





Zdjęcia pochodzą z IMDb i reddita, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra.





