
Dla niewtajemniczonych
Pierwszy sezon sześcioodcinkowego miniserialu Good Omens powstał na bazie powieści pod tym samym tytułem (pl. Dobry omen), napisanej przez Terry’ego Pratchetta i Neila Gaimana. Za ekranizację, już po śmierci Pratchetta, zabrała się ekipa Prime Video pod wodzą Gaimana. (I poszło im dużo lepiej niż z Pierścieniami Władzy). Jako że jesteśmy jeszcze w strefie wolnej od spoilerów, powiem jedynie, że serial, określany najczęściej mianem komedii fantasy, zyskał sobie popularność ze względu na rewelacyjną chemię między dwójką głównych bohaterów, anioła i diabła, granych przez Michaela Sheena i Davida Tennanta. Nie bez znaczenia był tu też wdzięk historii stworzonej przez dwóch świetnych pisarzy, elegancko oscylującej między absurdem, grozą i dylematami filozoficznymi.
Drugi sezon, napisany w całości przez Gaimana i Johna Finnemore’a, zawiera podobno elementy stworzone wspólnie z sir Terrym. Oddajmy głos Gaimanowi:
Minęły trzydzieści dwa lata, odkąd Terry Pratchett i ja leżeliśmy na swoich łóżkach w pokoju hotelu w Seattle podczas Światowego Konwentu Fantasy i planowaliśmy fabułę drugiej części (…) [źródło: bbcstudios.com]. Pomysły, które zawdzięczamy twórczej bezsenności w Seattle, zostały wykorzystane w obu sezonach i zapewniły spójność klimatu i fabuły.
Sprawdźmy zatem, czy aby na pewno.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Po paru latach przerwy nadal pamiętam emocje wywołane przez pierwszy sezon, co w mojej skali jest sporym komplementem. Fabularnie Dobry omen nie był wybitny jak na możliwości Pratchetta ani Gaimana, ale głównie dlatego, że przedsięwzięcia, do których panowie przyłożyli rękę, i tak zazwyczaj plasowały się dwie długości przed typowymi treściami rozrywkowymi. Zostało ze mną natomiast wspomnienie fantastycznej aktorskiej współpracy Tennanta i Sheena …i ścieżka dźwiękowa.
Do drugiej części siadałam z konkretnymi oczekiwaniami, duszą na ramieniu (jak to będzie bez Pratchetta?) i obawą przed spoilerami – w moim feedzie kolejne osoby wspominały złamane serduszka po zakończeniu drugiego sezonu, co samo w sobie było już spoilerem.

Sometimes, you just gotta blur the edges.
Fabuła drugiego sezonu dłuższy czas wydawała mi się pretekstowa – w księgarni Azirafala chroni się wygnany z niebios archanioł Gabriel, ze zresetowaną pamięcią i nowym, wybitnie podejrzanym usposobieniem spolegliwego poczciwca. Crowley od początku odradza przyjacielowi goszczenie wroga, co napędza dynamikę i konflikt interesów głównej pary bohaterów. Z odcinka na odcinek rozwój zdarzeń jest nieznaczny – niepożądany gość na stanie, niebo i piekło lekko poruszone tą zmianą sił, ale bez konkretów. Lwia część akcji bowiem składa się z retrospekcji, rozgrywającymi się poza zasiedlonym przez Gabriela antykwariatem i pokazującymi historię i rozwój relacji anioła z demonem – w sensie uczuć i w sensie wspólnej eksploracji pojęć dobra i zła. Głównym napędem komiczno-filozoficznym w tym sezonie jest konfrontacja moralności biblijnej ze współczesną – obaj bohaterowie odkrywają gamę szarości i własny nonkonformizm, zazwyczaj dochodząc do wniosków na poziomie rozsądnego obywatela krajów globalnej Północy z I połowy XXI w.
You can only tell if people are in love by waiting a few days because humans are weird, and that’s how it works.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że fabuła wbrew pozorom tworzy elegancką szkatułkę zawierającą aż trzy splecione historie miłosne. Fantasy, comedy, action, adventure, mówi Rotten Tomatoes; ja zaś mówię: paranormal romance. Przy prawie wszystkich reflektorach zwróconych na anioła i demona, historia drugiej głównej pary wybrzmiewa mocno i słodko w pozytywkowym rytmie Everyday Buddy’ego Holly’ego. Są jednak momenty, w których show kradnie kameralny, ludzki, zabawno-wzruszający wątek Maggie i Niny, zakończony piękną sceną, w której dziewczyny tłumaczą Crowleyowi, jak kochają ludzie, dlaczego nie należy się bawić ich losami… i jak on sam mógłby spróbować kochać.

Nobody’s at war. You, idiots, send an idiot to lead a gang of idiots to attack a bookshop. Those idiots there want their archangel back so they can fire him.
Wątek konfliktu piekła i niebios w moim odczuciu nie dorównał dramatyzmem serialowej sile uczuć. Gorliwi urzędnicy obydwu instytucji byli konsekwentnie ośmieszani, a szarża demonów na antykwariat zapowiadała się tak groteskowo od samego początku, że zabrakło jakiejkolwiek obawy o losy bohaterów.
Just trying to keep Wee Moragh and me alive, and it doesn’t hurt anyone who isn’t already dead.
Jeśli chodzi o klimat całości, nadal jest postmodernistycznie, ale akcenty przesuwają się z absurdu i filozofowania w stronę gotyku i grozy. Kadry są mroczne, przydymione, dopracowane wizualnie aż do granic kiczu (cała edynburska historia rezurekcjonistów), a momentami jakby komiksowe (odcinek o nazistowskich zombie). Ścieżka dźwiękowa daje się docenić, ale nuci się dużo mniej – na szczęście uchowały się walczyk i konwencja animacji w intro, którą z równym zapałem oglądaliśmy za każdym razem. No i Oskar za rolę drugoplanową, z sezonu na sezon, nadal należy się roślinkom Crowleya 🙂.
Gotyk, postmoderna, chwytanie odbiorców za serce, wplatanie reintepretowanych scen z Biblii? Gołym okiem widać, że stery przejął Gaiman. Nie mi podważać jego słowa o konceptualnym wkładzie zmarłego druha, ale nie ukrywajmy – nikt tu specjalnie nie próbował zachować charakteru twórczości sir Terry’ego. Może to i dobrze – lepsza reinterpretacja z sercem niż marna imitacja.

Every way, love’s a little stronger
Siłą napędową serialu nadal jest aktorska magia duetu Sheen-Tennant – między panami iskry wszelkiego rodzaju szły aż miło. Nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że cały sezon był pisany z myślą o wykorzystaniu tego potencjału, nawet z lekką szkodą dla dynamiki narracji. Sądząc po ocenach, ta solidna porcja fanserwisu zapewniła drugiemu sezonowi przyjęcie jeszcze cieplejsze niż części pierwszej. Ja pozostaję trochę rozdarta – wolałabym dostać bardziej rozbudowaną historię, choćby i kosztem prześwietlenia tych aspektów demoniczno-anielskiej relacji, które w części pierwszej zostały niedopowiedziane. (W ogóle to chyba fajnie móc sobie postawić pytania, a nie tylko dostać odpowiedzi, nie?).

Mieszanych uczuć dokłada decyzja, by ten sezon zakończyć konkretnym cliffhangerem. W czasach, kiedy cancel culture z rozpędu zaczęła anulować również seriale (i serie książkowe – patrzę na ciebie, George’u Martinie), podejrzewam, że Gaiman i Finnemore po prostu chcieli zapewnić sobie kolejny kontrakt, choćby pod naporem rozjuszonych fanów domagających się ciągu dalszego.
(Oczywiście, że rozłam kończący pierwszy sezon nie może być końcem historii tej pary – choćby nikt nigdy jej oficjalnie nie dopisał! Ale w razie oficjalnego powrotu najbardziej jestem ciekawa, jak rozwinie się asymetria z zakończenia – Azirafal został przekabacony przez dawnych zwierzchników do powrotu do niebiańskiego rygoru, podczas gdy Crowley zaczął się jakby …uczuciowo uczłowieczać?).
A jak to było z tym złamanym serduszkiem? Cóż, dawno nie uroniłam takich melancholijnych, przyjemnie katarktycznych łez na filmie, jak podczas ostatnich scen drugiego sezonu Good Omens.
Zatem trochę może na wyrost i trochę w ramach takiego wiecie, typowo kobiecego, emocjonalnego (fujka) myślenia przyznaję temu dziełu:
Strefa GIF-a





Zdjęcia pochodzą z IMDb i @goodomensprime, GIF-y zaś z Tumblra i giphy.com.
Cytaty kursywą zostały zaczerpnięte z drugiego sezonu Good Omens.





