Kronika Geeka

The Witcher (S03)

Za nami trzeci sezon netflixowego „The Witcher”, czyli produktu wiedźminopodobnego. Zobaczmy, jak wypadła ta trzecia odsłona, w której z rolą Geralta żegna się Henry Cavill.

 

Dla niewtajemniczonych

The Witcher od Netflixa miał w teorii być ekranizacją sagi wiedźmińskiej pióra Andrzeja Sapkowskiego. Saga prawdopodobnie dla polskiego fantasy jest tym, czym trylogia Tolkiena dla fantasy w ogóle. Napisana w latach 90., stała się w Polsce właściwie od razu kultowa. Na świecie wiedźmin stał się rozpoznawalny głównie za sprawą trzeciej z cyklu gier firmy CD PROJEKT RED. Wobec powyższego Netflix, przystępując do prac nad ekranizacją, praktycznie przyszedł na gotowe — miał fanów, miał stosunkowo rozpoznawalną markę, miał gotowy pierwowzór książkowy, miał wreszcie Henry’ego Cavilla, który zabiegał o granie Geralta i stał się od momentu ogłoszenia prac twarzą całego projektu. Wydawało się, że nie można było tego wszystkiego zepsuć. Niestety konsekwentnie zaprzepaszczono właściwie wszystko, co wymieniłem powyżej. Przed trzecim sezonem serialu nastroje były raczej minorowe, a zapewnienia twórców, że będzie lepiej, niż było, niespecjalnie kogokolwiek przekonywały.

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Retrospekcja

Pomimo że recenzja dotyczy trzeciego sezonu, musimy zacząć od początku. Cofnijmy się zatem do grudnia 2019 r., kiedy światło dzienne ujrzała pierwsza odsłona The Witcher. Przyznaję, że sam patrzyłem na ten pierwszy sezon przez różowe okulary. Z perspektywy czasu widzę, że już w nim widać było sporo rys i pęknięć, no ale człowiek był młody i głupi, chciał dobrze, a dobrymi chęciami, jak wiadomo, piekło jest wybrukowane. Z drugim sezonem było już zupełnie inaczej. Pominąwszy może pierwszy odcinek, reszta była koszmarkiem scenarzystów, który przyprawił prawdopodobnie każdego prawdziwego fana Białego Wilka o drgawki krindżu. Chciałem wyprzeć, ale jednak pamiętam takie fabularne smaczki, jak panie lekkich obyczajów w Kaer Morhen, Eskela zamienionego w drzewo, Vesemira chcącego tworzyć nowych wiedźminów z krwi Ciri, Babę Jagę, dinożarły, czy Yennefer próbującą odzyskać utraconą moc w zamian za życie dziecka-niespodzianki (swojej córki in spe), a do tego wszędobylskie portale, monolity i jeszcze wiele innych bzdur i bzdurek. Brzmi jak zły sen, ale niestety tak to wyglądało i wyszło spod pióra ludzi, którzy podobno za kulisami krytykowali Sapkowskiego i naśmiewali się z jego pisarstwa. Niestety po takim sezonie uratowanie kolejnego stanowiłoby wyzwanie nawet dla o wiele lepszego zespołu scenarzystów.

Sedno problemu

Zanim przejdziemy do samego trzeciego sezonu, postaram się pokazać, gdzie zaczęły się kłopoty serialu, a paradoksalnie było to już na samym początku. I znów sedno problemów to niezrozumienie oryginału przez twórców albo celowe zmiany w scenariuszu w stosunku do książek. Skupię się na relacjach między postaciami i samych postaciach, tych kluczowych, bo przecież to na nich zasadza się cała oś fabularna. 

 

Weźmy na początek coś, co na pierwszy rzut oka nie wydaje się wadzić w serialu: relacja Geralta z Jaskrem i sama postać barda. Joey Batey może się podobać — ma charyzmę, jest młody, przystojny, zabawny. Bardzo często miałem jednak wrażenie, że jego postać jest karykaturą pierwowzoru, ale to jeszcze nie jest najgorsze — rozumiem, że twórcy postawili na komiczną stronę tej postaci, robiąc z barda większego idiotę, niż nim był faktycznie, w celu rozładowania napięcia tworzonego przez inne postaci czy relacje. Najgorsze jest to, że właściwie nie wiem, dlaczego Geralt z Jaskrem są najlepszymi przyjaciółmi, ba, nawet nie rozumiem, czemu mieliby się lubić. Serial pokazuje nam ich spotkania, gdzie najczęściej Geralt ma Jaskra dość po minucie (zresztą jak wielu widzów, którzy nie znają pierwowzoru trubadura, a dla których może stanowić on dość natrętną i głupkowatą postać), kłócą się, rozstają, po czym później jeden z nich drugiego znajduje. Z drugiej strony widzimy, jak Geralt przez cały pierwszy sezon znęca się nad Jaskrem (również fizycznie). Gdzie jest ten moment z książek, w którym zdajemy sobie sprawę, że Jaskier jest jedną z niewielu osób, która toleruje i rozumie wiedźmina? Gdzie, pytam się, ich pogaduchy o życiu, śmierci, kobietach, świecie, złu, dobru i innych sprawach ważnych i błahych? Nawet, gdy dostawaliśmy jakieś wspólne przygody barda i wiedźmina w pierwszym sezonie (mieliśmy próby w postaci scen na motywach opowiadań Kraniec świata i Ostatnie życzenie), to były one wyzute z dialogu, albo koncentrowały się na innych sprawach, zamiast na ich relacji. Serial zamiast podbudować ich znajomość na początku, sprawić, żebyśmy zrozumieli, że są to najlepsi przyjaciele, że Geralt naprawdę potrzebuje Jaskra, każe nam… no właśnie, sam nie wiem, domyślić się? Sięgnąć do książek? Zagrać w gry? Jest taka scena w Krwi elfów, kiedy Yennefer ratuje życie Jaskrowi i dziękuje mu, że był towarzyszem Geralta w ciężkich chwilach, na co trubadur odrzeka, że nie wie, czy dużo wiedźminowi z tej przyjaźni przyszło dobrego. Scenę tę mieliśmy w serialu, ale oczywiście prowadziła do jakże niesamowicie odkrywczego wniosku, że (słowami tych dwu postaci) ani Jaskier, ani Yen nie potrzebują Geralta. Szkoda nawet wspominać o tym, że w poprzednim sezonie po wydarzeniach z pierwszej odsłony Jaskier był obrażony na Geralta (nie bez powodu, ale na tyle, że pisze o tym krindżowego hatesonga), a w najnowszym sezonie właściwie zdradza wiedźmina i Ciri — motyw tego, że bard pracuje dla Dijkstry oczywiście ma miejsce w książkach, ale ma on inne podłoże i więcej szarości.

 

Idźmy dalej — Geralt i Yennefer, Yennefer i Geralt. Serial pokazuje nam ich pierwsze spotkanie jako pełne pasji i seksu. I w porządku, ich związek taki bywał, ale PÓŹNIEJ. Brakuje tutaj tego faktycznego związku między nimi, uczucia, które przecież poza samym spaniem ze sobą niezaprzeczalnie można było znaleźć w książkach. Ich pierwsze spotkanie u Sapkowskiego, czyli wspomniane już opowiadanie Ostatnie życzenie, to ważny moment, bo Geralt związuje się z czarodziejką przeznaczeniem (po uratowaniu jej życia), co wprawia ją trochę w konsternację, trochę w zachwyt, trochę w przerażenie. Ich pierwsze intymne chwile są pełne niepewności, ale i delikatności, powolnej fascynacji. W serialu oczywiście nie dowiadujemy się, jakie życzenie wiedźmina było, bo Geralt sobie smacznie zasypia po stosunku (notabene dość komicznym) i tyle. Później Yen obraca życzenie przeciw niemu, czego w ogóle w książkach nie ma, właściwie szantażując wiedźmina nim i mając o nie pretensje. W czasie trwania serialu brakuje mi między tymi postaciami chemii, ale w sumie po namyśle nie dziwię się temu, skoro praktycznie wszystkie ich spotkania według scenarzystów to tylko przygodny seks. Do tego dochodzi fakt, że sezon w sezon motywacje czarodziejki są całkowicie nieczytelne, a jeśli już przejrzyste dla widza, to jednocześnie głupie. Jak na serial i w ogóle firmę, która mieni się bastionem progresywności i feminizmu, Netflix zrobił z Yennefer (która u Sapkowskiego jest postacią z pazurem, nie dającą sobie w kaszę dmuchać i mocno niezależną) dosyć bezwolną kukiełkę, która albo płacze, albo wrzeszczy na kogoś, albo się szamocze, albo znowu płacze i często przeprasza (i to nie w sposób, w jaki Yen „przeprasza” w książce, pozdro dla czytających). Cały zabieg pokazania nam w serialu młodości czarodziejki sztucznie ma wzbudzić w widzu sympatię. Zamiast pokazać czemu i za co możemy Yen lubić czy cenić, twórcy każą nam jej współczuć od pierwszych scen. Scenarzyści, odwracając jej całą linię fabularną, przypisując nieco historii innych postaci, wyrządzają koniec końców straszną krzywdę ukochanej Geralta. Nie pomaga również fakt, że grająca czarodziejkę Anya Chalotra nie znajduje się w wielu scenach i nadrabia braki w dialogach właśnie zbytnią emocjonalnością. Yennefer dla wielu czytelników nigdy nie była postacią sympatyczną, ale w książkach przynajmniej Sapkowski przybliża nam ją, pokazuje jej warstwy i pewną przemianę, to jak buduje ona swoją quasi-matczyną relację z Ciri. W serialu nie widzę powodów ani żeby czarodziejkę polubić, ani żeby zrozumieć jej motywację. Relację na linii Yen-Ciri litościwie pominę, bo została ona zupełnie spaprana i z różnych względów po prostu nie zaistniała.

 

Na koniec zostawiłem wspomnianą Cirillę, bo wydaje mi się, że jest to wątek, który najbardziej położono już na starcie przez kiepski casting. Nie będę ukrywał, że wiek Freyi Allan był od początku dla mnie problemem, ale też nie pomogło, że od drugiego sezonu aktorka ma na sobie dość mocny makijaż (właściwie nie wiedzieć czemu ma on służyć). Ciri to ma być dziewczynka, nastolatka ledwie. Jeśli postarzymy jej postać, to wiele jej zachowań, relacji, czy cech charakteru z książki przestaje mieć sens, co niesie olbrzymie konsekwencje fabularne dla całej sagi. Oczywiście wszystko można próbować zmienić, próbując zastąpić jej linię fabularną czymś świeżym i własnym, ale twórcy serialu nie umieją niczego takiego zaproponować, często skacząc między książkową a swoją (doroślejszą) wersją postaci, co w żaden sposób nie buduje spójności charakteru księżniczki z Cintry. Sama Allan też jest po prostu za słabą (może za mało doświadczoną) aktorką, żeby podciągnąć nieco mierne pisarstwo Netflixa. Choć z drugiej strony w odcinku na pustyni Korath, kiedy wreszcie w teorii miała swoje pięć minut, raczej warsztatowo mnie nie zachwyciła. Z przebiegu serialu znowu wiele aspektów poznania się Geralta i Ciri zmieniono. Zamiast dać im się poznać czy polubić (twórcy zrezygnowali z ich pierwszego spotkania w Brokilonie), wiedźmin widzi księżniczkę w Cintrze raz i to z odległości, a potem twórcy starają się nam wmówić, że dziecko było Geraltowi przeznaczone i dlatego ich pojednanie przy końcu pierwszego sezonu jest takie emocjonalne. W ogóle frazą, na której dźwięk w tym serialu dostawałem wysypki, mniej więcej od drugiego sezonu, było „przeznaczenie” — przeznaczenie nas odnalazło, jesteś mi przeznaczona, przeznaczenie nas wiedzie, przeznaczenie to, przeznaczenie tamto, przeznaczenie sramto. Gdyby twórcy choć trochę poczytali Sapkowskiego, to wiedzieliby, że samo przeznaczenie NIE WYSTARCZA. Potrzeba czegoś więcej, o czym można się dowiedzieć, choćby czytając opowiadanie Coś więcej

Czas pogardy (dla widzów)

Zacznijmy od tego, że sezon trzeci bezsprzecznie jest lepszy niż poprzedni. To nisko zawieszona poprzeczka, ale trzeba oddać sprawiedliwość twórcom — faktycznie fabuła w większości bazuje na Czasie pogardy i część (niewiele, ale jednak) z tych scen nawet stała w jakimś nieokreślonym pobliżu oryginału. Jak zwykle też dobrze ogląda się Cavilla, szczególnie w scenach, kiedy wywija młynki mieczem (na uznanie zasługuje końcowa walka z pierwszego odcinka z komandem Scoia’tael). Niektóre ujęcia z drona i plenery (choćby pustynia z przedostatniego odcinka) są przyjemne dla oka. Ale obawiam się, że dla mnie to byłoby na tyle z pozytywów.

Przejdźmy zatem do tego, co mi wadziło. Przede wszystkim jak zwykle niezrozumienie oryginału przez twórców: z pozoru mamy tu wydarzenia albo elementy wzięte z książki, ale gdy się przyjrzeć bliżej, to jednak widzimy, że są to tylko pozory. Weźmy choćby taki drobiazg jak wykorzystanie motywu „drogi przyjacielu” w listach, które Yennefer zostawia wiedźminowi w czasie ich wędrówki (nawiasem mówiąc, sam motyw jest też kretyński — to już naprawdę zamiast obrażonego wiedźmina, można było pokazać, że czarodziejka musi mu zostawiać wiadomości, bo Geralt zostaje z tyłu, żeby sprawdzać, czy nikt nie podąża ich śladem). Dla ludzi, którzy nie czytali książek, ten zabieg nic nie znaczył. Dla ludzi, którzy znają prozę Sapkowskiego był za to niezrozumiały, bo ani w nim nie było zadziorności i pazura Yen z oryginału, ani nie wiadomo właściwie, czemu miał służyć w serialu. Jeśli to miała być próba scenarzystów zrehabilitowania czarodziejki, to niezbyt się udała. Podobnie z kultowym cytatem Vilgefortza „Pomyliłeś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu”. W serialu sprowadzono go do cool macho hasełka, podczas gdy w książce jest do niego cała podbudowa i w ustach czarnoksiężnika zdanie to wypowiedziane po raz ostatni jest faktycznie groźbą, a jednocześnie zapowiedzią, że wiedźmin faktycznie tym razem się przeliczył i grubo pomylił. Generalnie mam wrażenie, że twórcy The Witcher liczą, że widzowie coś kojarzą z książek, czy choćby gier i dzięki temu nałożą sobie swoją wiedzę na postaci czy wydarzenia z serialu, albo wypełniając liczne luki scenariuszowe, albo po prostu przenosząc pozytywne uczucia, które mieli na produkt Netflixa. Dziwna strategia i do tego chyba jednak niekoniecznie skuteczna, jeśli popatrzymy na spadające słupki oglądalności serialu.

 

Reszta zaś przewidywalnie — twórcy mają tendencję do upraszczania tych elementów fabuły, w które właśnie trzeba byłoby włożyć trochę więcej pracy (tu kłaniają się wszystkie intrygi dworskie, polityka, zarysowanie królestw, władców) czasem nawet do granic niezrozumiałości (konia z rzędem temu, kto zrozumiał, czemu właściwie Redania potrzebuje Ciri. Bo chce się przypodobać Nilfgaardowi, wpierw, przed tym jak Dijskstra morduje królową i zrzuca winę na Nilfgaard? Bo chcą ją wydać za świeżo owdowiałego króla? Za jego brata później?), ale za to sprawy proste komplikują, wtrącając swoje trzy grosze (ten romans Jaskra, który właściwie nic nie wniósł, upodobania sado-maso Dijkstry, wprowadzenie i brak pomysłu, a w konsekwencji śmierć postaci brata i męża Franceski Findabair). Wszystko jest czarno-białe, bez polotu, grubo ciosane. Próżno też na tym etapie serialu od twórców wymagać, żeby czasoprzestrzeń serialu miała jakikolwiek sens. Problem dobrze widać w odcinku szóstym, gdzie przy bitwie o Aretuzę niektóre postaci potrzebują pół odcinka, żeby gdzieś dotrzeć, a inne „teleportują” się do woli. Pojawia się też klasyczny już dla tego serialu „wiedźmin ex machina” wyskakujący w odpowiedniej sekundzie, by obciąć Rience’owi głowę (niesamowity zbieg okoliczności, który widzieliśmy w tych trzech sezonach już nieraz). Scenarzyści tradycyjnie również o(b)lewają geografię Kontynentu — czy naprawdę kogoś zabiłoby podpisanie lokacji, pokazanie przebitki mapy raz na jakiś czas? Cytując klasyka: „skąd ci biedni ludzie mają to, kurwa, zrozumieć?!”. Oczywiście jeszcze lepiej byłoby, gdyby po strojach, wystroju wnętrz, czy soundtracku można było poznać, gdzie jesteśmy, ale no niestety, Netflix to nie HBO, The Witcher to nie Game of Thrones. A do tego wisienki na torcie w postaci standardowych perełek dialogu, cytuję: „Podoba ci się mój kij?” (Vilgefortz do Geralta podczas ich finałowej walki), czy głupot takich jak głęboka konspiracja Cirilli najpierw w masce na kijku podczas festiwalu Beltaine, a potem w ogóle bez niczego podczas wypadu do miasta. Nie wiem też, kto wymyślił, żeby tak dziwnie podzielić ten sezon — odcinek szósty nadawał się na koniec sezonu na pewno bardziej niż na odcinek otwierający jego drugą część. 

 

Nie podoba mi się też gloryfikacja przemocy, która postępuje w tym sezonie. Już tłumaczę. Rozumiem, że to serial o wiedźminie, musimy mieć walkę i akcję, bo widzowie tego się spodziewają. Zresztą sam chcę je oglądać. Co więcej w serialu, który w porównaniu do książek jest medium wizualnym, to musi być klucz do przyciągnięcia szerszej widowni. Oczywiście same sceny walki pod względem choreografii były miejscami naprawde niezłe. Jednak ponownie brakuje mi tu wielu aspektów, które Sapkowski pokazał w swojej sadze. W pierwowzorze przemoc to często ostateczne rozwiązanie, do którego Geralt musi się uciec, a wojna tak wszechobecna w świecie (a której w żaden sposób twórcy nam w tym sezonie nie pokazali, tylko w kółko o niej opowiadali) jest przez polskiego fantastę wyraźnie potępiona. Tak, wiem, banał, ale co dostajemy? Zamiast jak u Sapka, który często pisze wprost, że wiedźmin zabijał w paskudny sposób i ciężko się na to patrzyło, mamy sceny, w których widz ma się chyba zachwycać przemocą — jak choćby prawie ostatnią scenę serialu, gdzie Geralt siecze tuzin chłopa z błahego powodu, bo dla twórców od początku do końca był nikim więcej jak tępą maszynką do zabijania i tylko do tego się nadawał. Nie czuć tu ani powagi, ani dramatyzmu tych śmierci. Ot, kilkunastu żołdaków musiało zginąć, bo wiedźmin przestaje być „neutralny”, a oni pobierali myto za przejście. I oczywiście dziewczynka ze łzami w oczach przyjmuje od Geralta przytulankę — zupełne przeciwieństwo tego, jak w książce kończą się najczęściej próby „ratowania świata” w wykonaniu wiedźmina.

Na koniec pochylmy się nad samym Geraltem. Rozumiem, że Cavill dał z siebie wszystko, a większość osób oglądało ten serial głównie dla niego. Nie odbieram mu pracy i serca włożonego w rolę. Ale trzeba sobie powiedzieć szczerze, że pomiędzy chrząkaniem i mruczeniem, paroma linijkami kiepsko zaadaptowanych albo jeszcze gorzej napisanych dialogów oraz lepszymi, ale i słabszymi walkami, samego wiedźmina (a szczególnie takiego spod pióra Andrzeja Sapkowskiego) w produkcji pt. The Witcher było tyle, co kot napłakał, a kiedy bywał, to wydawał się bezwolny, stanowił tło wydarzeń, zostawał zepchnięty na margines całej opowieści. Kto wie, może dlatego Cavill odszedł — obecnie możemy tylko spekulować, co faktycznie spowodowało jego exodus z serialu.

 

Moje ostatnie życzenie

Uczucia, które towarzyszyły mi podczas seansu i których, pisząc te słowa, wciąż nie mogę się pozbyć, to żal i rozczarowanie. Żal, że nasz (bo w końcu jak by nie było polski, rodzimy) produkt nie mógł trafić w lepsze ręce, tylko miał pecha i został pożarty i, za przeproszeniem, wydalony przez netflixową maszynkę do produkcji miernych, sterylnych, plastikowych wyrobów nie wiadomo dla kogo. Rozczarowanie, bo saga wiedźmińska mogła być drugą telewizyjną Grą o tron (i to z lepszym zamknięciem), gdyby robili ją ludzie, którzy choć trochę czują temat. Nie mogę dać temu trzeciemu sezonowi innej oceny, niż tej, jaką dałem Rings of Power Amazona — obie produkcje mają te same znamiona nieudanych eksperymentów z próbą przerobienia pierwowzorów książkowych. Nie daję trzeciej odsłonie The Witcher oceny najniższej głównie ze względu na Cavilla i to, że chyba najgorszy sezon serialu zafundowali nam twórcy poprzednio, tym razem łaskawie oszczędzając nam swoich najgłupszych pomysłów. Ciężko jednak mówić o znacznej poprawie. Co więcej nie zamierzam oglądać dalej serialu Netflixa i sądzę, że nie jestem odosobniony w tym postanowieniu. Po cichu liczę, że odejście odtwórcy głównej roli, spadki w oglądalności i przedłużający się strajk scenarzystów przekonają Netflixa, że nie warto dalej inwestować w markę i miłosiernie ktoś dobije ten serial (jak i jakiekolwiek szykowane spin-offy). Oby za kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat znalazł się ktoś, kto faktycznie podejdzie z większym szacunkiem i zrozumieniem do sagi wiedźmińskiej. Czego sobie i Wam życzę.

 

Strefa GIF-a

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia pochodzą z IMDb i reddita, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra.

+1
0
+1
0
+1
0
+1
1
+1
1
+1
0
+1
17