Kronika Geeka
Barbie - okładka wpisu

Barbie

„Barbie” Grety Gerwig jest jak przejażdżka różowym rollercoasterem, który gwałtownie traci rozpęd za połową trasy.

Barbie idzie na palcach

 

Dla niewtajemniczonych

Kiedy wpiszesz w Google hasła „Barbie”, „Margot Robbie” albo „Ryan Gosling”, lista wyników rozbłyskuje feerią różowych gwiazdeczek. Czy ostał nam się jeszcze ktoś niewtajemniczony?

Witaj, przybyszu z innej planety. Greta Gerwig (po wielu podejściach do tematu) nakręciła przewrotną, cukierkową, popfeministyczną komedię, której akcja toczy się w uniwersum Barbie. Tytułową bohaterkę gra Margot Robbie, a jej najwierniejszego miłośnika i przybocznego – Ryan Gosling. Ten film to idealny kandydat na letni hit – i faktycznie nim został, deklasując Nolanowskiego „Oppenheimera”.

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Garść wrażeń

Fabuła i dekoracje

Żyć w plastiku! Fiku-miku!* 

Film rozpoczyna się solidnym, psychodelicznym walnięciem po oczach. Widz rusza na wycieczkę po świecie Barbie, zaludnionym przez fantastyczne, wszechstronne, pewne siebie lalki, którym dziewczynki na całym świecie zawdzięczają równouprawnienie i niezachwiane poczucie własnej wartości (sic!). Błyskotliwa i pełna błyskotek sekwencja, podczas której możemy podziwiać kreację świata, kostiumy, zabawę konwencjami i obśmiać Barbie-absurdy. Przez pewien czas udaje się utrzymać tempo godne najfajniejszego lunaparku, zawiązuje się akcja, Barbie i Ken pakują się do Barbie-wozu i ruszają na konfrontację ze światem ludzi.

– Chcesz się karnąć?
– Pewka!
– Wskakuj!

Rzeczona konfrontacja jest kolejnym samograjem, okazją do serii dynamicznych ujęć i salw serdecznego śmiechu ze stereotypów. Na horyzoncie pojawia się jakże Gerwigowska para kobiecych bohaterek – związane trudną relacją matka z córką. Rolę głównego złola przejmuje rada nadzorcza korporacji Mattel, raczej z farsy niż z piekła rodem. Recenzentka** pozostaje pozytywnie zaskoczona i liczy na więcej.

Użyj wyobraźni, świat to wytwór jaźni!

Akcja ostatniej części filmu toczy się w Barbielandzie skażonym patriarchatem i najechanym przez nieproszonych gości z firmy Mattel. Po zarysowanej grubą kreską sekwencji „co Kenom poszło nie tak” dynamika siada, a reżyserka stara się upchnąć masę poważnych rozmów o odkrywaniu feminizmu, sensu życia i oświeceniu Mattelowskich rekinów kapitalizmu w możliwie krótkim czasie.

Od strony warsztatu nie da się tej produkcji wiele zarzucić. Robbie i Gosling wypadli czadowo. Dekoracje i montaże robią robotę, paszcza się śmieje przez większość czasu. Sama historia lalki, która postanawia naprawić pęknięcie w swoim świecie, konfrontuje się z Kenem w duchu zdarzeń z Lizystraty, a na koniec przechodzi przemianę rodem z Collodiego, nadal spełnia warunki solidnego letniego hitu – nikt się chyba nie spodziewał po Barbie odkrywania Ameryki. Tylko że, niestety, w dwóch trzecich historii narracja dostaje zadyszki, cugle wyobraźni zostają powściągnięte, a my musimy wysłuchać potężnej porcji komunałów prowadzących do happy endu.

Komunały

Nie umiem nie porównywać Barbie do serii Lego: Przygoda. Kasowe, familijne filmy o superpopularnych zabawkach, potężny budżet, sporo śmiechu, umoralniający przekaz. Tylko że Lego kochają prawie wszyscy, a za Barbie ciągnie się sporo kontrowersji, głównie wokół demolowania kobiecego poczucia własnej wartości i atrakcyjności. Gerwig nawiązuje do tego tematu i stara się go rozbroić, ale nie całkiem jest to możliwe. No i okej. Przekaz, że ważni panowie z Mattela będą promować samoakceptację, o ile da się na tym zarobić, jest prawdziwy i zaskakująco dorosły. Szkoda, że został utopiony w lukrze końcowej przemiany tychże panów w równych, serdecznych gości – to mnie w całej kwestii światopoglądowej razi chyba najbardziej.

Doceniłam popfeminizm w siostrzeńskiej, różowej wersji – wszystkie jesteśmy albo możemy być zajebiste, możemy obronić naszą konstytucję przed chłopcami z KenfederacjiKenstwa, a na deser mieć bekę z patriarchatu.  Nie rezonuję z tym w pełni, ale uważam, że jako społeczeństwo ciągle potrzebujemy feminizmu, choćby i pop. Podobnie jak pochwały miłego faceta, który umie skorygować kurs, kiedy coś mu poszło bardzo nie tak. Ukoronowaniem tego wątku była dla mnie Barbie, już prawie Barbara, która dojrzale porozmawiała z Kenem, przeprosiła go, ale nie zaoferowała mu zadośćuczynienia i nagrody w postaci swojej dozgonnej miłości. Bo i tak bywa w życiu, i bardzo potrzebujemy takich zakończeń. Lekko sztampowo brzmiały przemowy motywacyjne, którymi Barbie-rewolucjonistki nawracały koleżanki po praniu mózgu, ale pamiętam, jak z 15 lat temu podsyłałyśmy sobie jako objawienie przemówienie nagrane w bardzo podobnym duchu. Do zaakceptowania.

Iść czy nie iść?

Idź, co sobie będziesz żałować, jakoś przetrwasz ten końcowy moralitet. Poza nim Barbie to dobra rozrywka, cieszy oko, ćwiczy przeponę. Pozostawia pole do wyobraźni – co by było, gdyby podkręcić psychodelię? Pojechać po bandzie? Zapomnieć o kompromisach i mocniej kopnąć kapitalizm w goleń? A jako wisienka na torcie zadziwiająco profesjonalne polskie napisy, zabawne, zwięzłe, bez błędów – jakby dystrybutor gdzieś znalazł zawodowego tłumacza. Serdeczne gratulacje.

* Cytaty kursywą pochodzą z utworu Barbie Girl grupy Aqua, w przekładzie Łilipa Fobodzińskiego.
** Która za młodu miała jedną Barbie, jednego konia dla Barbie, co do zasady wolała konia i zastanawia się, co to o niej mówi w kontekście tego dzieła sztuki filmowej.

ocena UJDZIE

 

Strefa GIF-a

 

 

Barbie lewituje

 

Ken zakłada serię okularów

 

Barbie zerka zza okularu

 

Ryan Gosling - so cool

Barbie myśli o śmierci

Barbie jedzie przez miasto

Barbie i Ken w samochodzie, z rolkami

 

Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś z giphy.com.

+1
6
+1
2
+1
1
+1
1
+1
2
+1
0
+1
0