
Dla niewtajemniczonych
The Medium to horror psychologiczny, który w 2021 roku zadebiutował na PC i konsolach nowej generacji, a nie tak dawno temu doczekał się również portu na hybrydową konsolę Nintendo (poprzez streaming). Ja ogrywałem tytuł krakowskiego studia Bloober Team na next-genie Sony w ramach abonamentu PlayStation Extra.
W grze wcielamy się w postać Marianne, która, jak nietrudno się domyślić, jest tytułowym medium. Seanse spirytystyczne 👻👻👻? Nic bardziej mylnego! Już na początku rozgrywki przekonujemy się, że nasza bohaterka niekoniecznie ma kontrolę nad tym, kiedy i w jakich okolicznościach dane jej będzie wejść do równoległego wymiaru (bo czy są to zaświaty, pozostaje kwestią sporną). Widzimy też, że nie jest to przeżycie szczególnie miłe.
Jak to zwykle bywa, granica między darem a przekleństwem jest bardzo cienka.
Śledząc losy naszej bohaterki, wyruszamy do zapomnianego kompleksu wypoczynkowego Niwa, niegdyś prawdziwej perły na turystycznej mapie PRL-u. Jakie tajemnice przyjdzie nam odkryć? Czy spotkamy na swojej drodze przyjazne dusze? Czy coś będzie chciało nas pożreć? Wreszcie, czy nadprzyrodzone moce naszej bohaterki okażą się jej wybawieniem czy zgubą? Przekonajmy się!

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Na pierwszy rzut oka
The Medium, jak przystało na horror, to tytuł mroczny i widać to również w warstwie graficznej. Większość wydarzeń z gry ma miejsce w nocy, kiedy to Marianne zwiedza opuszczony ośrodek wypoczynkowy oraz równie opuszczony las. Zasilanie elektryczne jest znikome, a więc i światła nie mamy za wiele. Na szczęście Marianne ma latarkę. No i są błyski piorunów, bo przecież nie mogło ich zabraknąć ⚡️⚡️⚡️.
Przygodę oglądamy z perspektywy trzeciej osoby, przy czym kamera śledzi nasze poczynania z odgórnie zdefiniowanego przez autorów miejsca. W połączeniu z dosyć ciemną szatą graficzną, skutkuje to irytującym zachowaniem odbiorników OLED, które z założenia powinny być tymi idealnymi do grania w tytuły o ciemniejszej tonacji. W miarę jednolita kolorystyka + statyczna kamera dosyć szybko uruchamiają algorytm ASBL (przeciwdziałający wypalaniu się matrycy OLED), co sprawia, że obraz staje się ciemniejszy. Niestety skoro gra już na wstępie jest ciemna, to dodatkowa porcja smoły sprawia, że staje się niegrywalna… Ileż to razy musiałem przełączać się do menu głównego TV, żeby algorytm się ogarnął. Zaznaczam, że nie jest to wada samej gry, ale jeśli macie OLED-a, uważajcie!
Z graficznego punktu widzenia The Medium jest po prostu ok. Przydałaby się wyższa dbałość o detale graficzne, szczególnie że gra jest utrzymana w stonowanej i ciemnej kolorystyce. Kompromisy w warstwie graficznej mogły być podyktowane koniecznością renderowania dwu światów jednocześnie — przy podzielonym na dwie części ekranie, niski poziom szczegółowości nie kłuje aż tak bardzo w oczy. Jednak gdy cały ekran wypełnia świat realny, widać pewne graficzne niedociągnięcia i niskiej jakości tekstury. Nie chcę mówić, że autorzy poszli na skróty; wydaje mi się, że po prostu koniecznym było równanie do wspólnego mianownika, a tym był poziom wizualny zastosowany przy prezentowaniu obu światów jednocześnie. W żadnym razie nie przeszkadza to w oglądaniu świetnie odwzorowanych i jakże znanych nam z polskiej i międzynarodowej kinematografii postaci. W głównych bohaterów wcielają się Weronika Rosati (Marianne) i Marcin Dorociński (Thomas). Zgrany duet użyczył bohaterom gry nie tylko swojego głosu, lecz również twarzy (pełen mocap), czego efekty są bardzo zadowalające. Animacje są szczegółowe i naturalne, a emocje rysujące się na twarzach protagonistów są całkowicie przekonujące. Zupełnie nieprzekonująca jest za to animacja biegania, przypominająca niedzielny truchcik w promieniach porannego słońca…
Zaangażowanie dwójki znanych aktorów robi spore wrażenie, jest jednak jeden znaczący zgrzyt. Mamy polski setting, mamy polskich aktorów, mamy wiele polskich smaczków, ale NIE MAMY pełnej polskiej lokalizacji. Mało tego, mamy mocno niespójną wersję angielską. Pomijam, że czułem się nieswojo, oglądając polskich aktorów i słysząc wypowiadane przez nich po angielsku kwestie (inna sprawa, że bardzo dobrze im poszło!), ale jak wytłumaczyć, że gazeta leżąca na stole jest w całości spisana w języku Szekspira, podczas gdy leżąca obok kocia karma ma już polską etykietę? Jak wytłumaczyć, że tablice informacyjne w lesie są po angielsku, ale już nad bramą wjazdową do Niwy jak byk stoi OŚRODEK WYPOCZYNKOWY NIWA? Myślę, że dużo naturalniej wyszłoby przygotowanie pełnej polskiej lokalizacji (no i pokażcie mi tabliczki informacyjne z czasów PRL, które zostały zapisane w języku angielskim… Nie ma? No właśnie!).
Pochylę się jeszcze chwilę nad ścieżką audio, bo jest nad czym. Mamy tu duet kompozytorski Arkadiusza Reikowskiego i Akiry Yamaoki. Drugiego jegomościa możecie kojarzyć chociażby z serii Silent Hill. Obu panów wspiera w utworze Voices Mary Elizabeth McGlynn (również Silent Hill). Cała ścieżka dźwiękowa trzyma należyty poziom. Jest niepokojąco, bywa gwałtownie, a odgłosy pozytywek i dziecięcych zabawek wplecione między akordy tylko potęgują w człowieku uczucie, że coś jest mocno nie w porządku.
Garść wrażeń
The Medium to przede wszystkim intrygująca, niepozbawiona głębi i rozwijana z kunsztem historia Marianne, na której barki spada rozwikłanie zagadki masakry w Niwie i odesłania uwięzionych tam dusz. Historia zaczyna się bardzo mocnym i emocjonalnym akcentem, zwieńczonym tajemniczym telefonem 📞, który skłania bohaterkę do wyruszenia w stronę głównego miejsca akcji. Stopniowe odkrywanie zawiłości fabuły prowadzi do świetnego plot twista dotyczącego naszej medium. A zakończenie? Niespodziewane, otwarte i z dodatkową sceną po napisach, która pozwala snuć domysły o ewentualnej kontynuacji.
Śledztwo prowadzone przez Marianne koncentruje się na kilku postaciach, których losy się przeplatają. Każda z nich jest ciekawie napisana, że wspomnę uzależnionego od przemocy agenta Służb Bezpieczeństwa, baletnicę ukrywającą swoją prawdziwą miłość czy emerytowanego artystę, którego dzieciństwo naznaczone było stratą i krzywdą. Jako medium, Marianne musi odesłać ich zbolałe dusze, trapione przez żal, rozgoryczenie, wstyd czy nieodwzajemnioną miłość. Portrety psychologiczne głównych aktorów spektaklu stworzonego przez Bloober Team są uzupełniane świetnymi znajdźkami (rozmaite widokówki, listy, osobiste notatki, echa dusz itd.).
W kulminacyjnych momentach fabuły, Marianne doświadcza wizji z przeszłości Thomasa — mężczyzny, który tajemniczym telefonem nakłonił bohaterkę do zainteresowania się Niwą. Zdaje się on mieć podobne zdolności do Marianne, choć jego motywacje są skrajnie odmienne. Wspomniane wizje to totalny odjazd i wycieczka rollercoasterem wprost do pokręconych umysłów nieszczęśników, którzy mieli nieszczęście go wkurzyć. Duchowe wymiary, do których trafiamy z Thomasem na każdym kroku przypominają nam kogo umysł właśnie przeczesujemy, co rusz przedstawiając wydarzenia, albo pokazując przedmioty ważne dla tych osób. Również design lokacji jasno wskazuje w czyjej głowie jesteśmy. Umysł agenta SB zrobił na mnie szczególne wrażenie! Był bardzo esbecki, że tak powiem. I tonął w aktach.

Skoro już wspomniałem o designie lokacji, to muszę pochwalić projekt równoległego wymiaru, przy tworzeniu którego twórcy garściami czerpali z dorobku artystycznego Zdzisława Beksińskiego. Utrzymana w rdzawo-żółtawej kolorystyce, surrealistyczna dystopia robi robotę, co chwilę serwując ukłucia niepokoju — mamy tu na przykład bariery zrobione z ludzkiej skóry, szczątki wkomponowane w elementy architektoniczne, ćmy wielkości szerszeni na sterydach i wreszcie potwora, który trochę za bardzo lubi przebieranki. Skrzydlata abominacja próbuje dopaść Marianne, bo dzięki jej mocy mogłaby przedostać się do świata żywych. Potwór, w którego mistrzowsko wciela się Troy Baker, istnieje jedynie w wymiarze równoległym, choć jest w stanie przeniknąć do świata żywych i tam siać zamęt, mieszając ludziom w głowach.
Na jakie uczucia możecie liczyć, decydując się na kilka wieczorów z The Medium? Waszym głównym towarzyszem będzie niepokój, to chyba oczywiste. W miarę rozwoju fabuły będziecie jednak coraz mocniej odczuwać determinację w dążeniu do celu i ciekawość tego, co przyniesie kolejny skrawek wiedzy potrzebnej do rozwikłania tajemnicy kompleksu Niwa. Strach 😱? Pojawia się raczej sporadycznie. Za to jeśli wiecie, czym są kasety magnetofonowe, to z pewnością doświadczycie nostalgii w ponadprzeciętnym stężeniu.
Akcja gry toczy się w roku 1999 i choć żelazna kurtyna już dawno upadła, to dzięki Marianne będziemy mogli na chwilę wrócić do czasów słusznie minionych. Zaczynamy od mieszkania w centrum Krakowa:
- Meblościanka? Jest.
- Ręczna maszynka do mielenia mięsa? Jest.
- Ceratka na stole w kuchni? Jest.
Krakowskie lokum to jedynie przystawka przed głównym daniem — ośrodkiem wypoczynkowym Niwa, który wzorowany jest na znanym w stolicy Małopolski hotelu Cracovia. I rzeczywiście, podczas rozgrywki porównywaliśmy sobie z żoną zdjęcia faktycznego hotelu z jego wirtualnym odpowiednikiem i dbałość o szczegóły jest świetna. Świetne są również smaczki dodające Niwie autentyczności — zaparkowany przed budynkiem wrak polskiej perły motoryzacji 🚗, propagandowe plakaty, odkurzacz Predom Zelmer (cytuję: O, mieliśmy taki w domu!) itp. Znaleziona przez Marianne latarka również pamięta czasy PRL i o dziwo wciąż działa 🔋!


Co siedzi pod maską?
The Medium to w znaczącym stopniu walking simulator. Nie ma tu zbyt wielu elementów zręcznościowych — mamy raptem kilka korytarzowych ucieczek przed maszkarą i niewiele więcej epizodów skradankowych. Poza tym w grze czeka nas dużo chodzenia i eksplorowania wnętrz Niwy i okolicznych lasów. I nie jest to nic złego — odkrywanie ukrytych w murach ośrodka tajemnic jest bardzo przyjemne i się nie dłuży, szczególnie że napisy końcowe zobaczymy już po około 10 godzinach. Przy okazji wspomnę, że nie ma tu trybu Nowa Gra+ ani żadnej formy chapter select, więc jak coś przegapicie, to przegapicie i trzeba będzie przejść grę jeszcze raz.
W sumie gdyby nie elementy ucieczki przed potworem The Medium zdecydowanie byłoby grą, którą da się przejść — dosłownie 😅. No ale suchary na bok. By od tego ciągłego chodzenia nie zrobiło nam się nudno, autorzy wpletli w rozgrywkę zacne łamigłówki. Duże wrażenie zrobiło na mnie pomieszczenie, gdzie przestawiając wskazówki starego zegara 🕰, mogliśmy manipulować czasem, i to w obu światach. Struny nostalgii trącał również wpleciony w rozgrywkę proces wywoływania zdjęć. Z analogowego aparatu, ma się rozumieć 📸.

Patent z dwoma światami jest świetny. Umiejętności Marianne pozwalają jej przebywać jednocześnie po obu stronach lustra, co znacząco wpływa na gameplay (i ponoć uniemożliwiało wydanie gry na konsole poprzedniej generacji). Oba światy są ze sobą bowiem w jakimś stopniu połączone i działania przeprowadzone w jednym mogą wpłynąć na drugi. Czasem przejście istnieje tylko w świecie duchów, ale nasza protagonistka jest na to przygotowana i może opuścić swoje fizyczne ciało (wówczas przez ograniczony czas kontrolujemy wyłącznie jej duchową wersję). Uczciwie przyznam, że dla mnie oglądanie obu światów jednocześnie bywało kłopotliwe, bo ciężko mi było skupić się na tym właściwym świecie, w którym akurat coś zjadało bohaterkę. Oops 💀!
W przypadku zastosowania dwu światów, wisienką na torcie jest kapitalnie zrealizowana sekwencja ucieczki przed potworem w drugiej połowie gry. Oba światy, niezależnie od nas, co chwilę się przenikają i to dość gwałtownie, co sprawia, że zmienia się środowisko wokół Marianne. Zmusza to nas do skupienia uwagi na czymś innym, bo na przykład tego kawałka ścieżki, którym chcieliśmy pobiec, w drugim świecie zwyczajnie nie ma. Całej sekwencji akompaniują psychopatyczne wrzaski goniącego nas potwora. Czapki z głów!


Brać i grać?
O tak, grać! The Medium nie jest przygodą długą i warto dać jej szansę. Dojrzała historia przedstawiona w grze jest świetnie napisana i z wielką finezją odkrywa swoje karty, trzymając w napięciu, a sporadycznie nawet przyprawiając o szybsze bicie serca. Gra może nie wynajduje koła na nowo, ale wprowadzenie dwu równoległych światów, kilku ciekawych mechanik i tony nostalgicznego contentu (dla polskiego odbiorcy!) daje tytułowi powiew świeżości. Choć sama oprawa mogłaby być lepsza, a wybory lingwistyczne twórców są zastanawiające, to gra wciąż prezentuje więcej niż zadowalającą jakość. Z czystym sumieniem polecam!
Strefa obrazka
Screeny własnego autorstwa, GIF-y zaś pochodzą ze skarbnicy Tumblra.





















