
Dla niewtajemniczonych
Sun Haven to mieszanka symulatora farmy i RPG czasu rzeczywistego, która wyszła z wczesnego dostępu w marcu 2023. Urocza pikselowa estetyka, klimat spokojnego grindu, niezależny wydawca Pixel Sprout Studios i niezaprzeczalne podobieństwa do Stardew Valley. Jeśli, tak jak ja, miło wspominacie relaks przy Stardew, pewnie nasuwa się Wam pytanie: Sun Haven to kandydat na murowany sukces czy zbyt nachalna kopia słynnego poprzednika?
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Na pierwszy rzut oka
Pierwsze wrażenie jest przyjemnie odświeżające – Sun Haven oferuje względnie rozbudowany kreator postaci. Do dyspozycji macie całą paletę ras i profesji; nie najłatwiej jednak z marszu zdecydować, co będzie najkorzystniejsze, więc można albo iść za głosem serca, albo posiłkować się internetowymi poradnikami.
Początki rozgrywki upłynęły pod znakiem wątpliwości czy to zmodowany Stardew, czy zupełnie nowa gra. Już jako posiadaczka drewnianego domku i zestawu doskonale znanych narzędzi wyruszyłam do sklepu w miasteczku, żeby obkupić się w nasiona. Miasteczko obfituje w okazje do nowych znajomości. Znalazłam tu też plażę z molo, kopalnię, tawernę, w rogu której tkwi niemrawy typ w burobłękitnej bluzie… czujecie klimat?

Sympatyczne usprawnienia (nie trzeba grindować ileś godzin, żeby zapracować sobie na plecak i więcej miejsc w ekwipunku; nie ma mechanizmu staminy; nie trzeba czekać do „wieczora” na zapis gry; można modyfikować długość dnia) przeplatają się z niekoniecznie trafionymi pomysłami i bugami (raz musiałam zaczynać całą grę od początku, bo mechanizm sprzedaży plonów kompletnie się rozkraczył).

Poszukiwacze nowego Stardew Valley być może zadowolą się rozbudową farmerskiego imperium, łowieniem ryb, pozyskiwaniem surowców i spokojną eksploracją historii przyjaznych nam NPC-ów. Ja jednak dość szybko zajęłam się RPG-ową linią fabularną, od której najmocniej wiało nowością. Jak dotąd (30 godzin na liczniku) fabułka rozwija się niespiesznie, opiera się na nowo odkrytych mocach naszego bohatera, kilku lokacjach do odkrycia oraz niezliczonej ilości questów typu „skocz no mi po to, proszę”. (Wiecie, rozumiecie, trzeba być obdarzonym magią wybrańcem smoków, żeby zanieść Zuzannie pięć pomidorów). Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie wspomniała, że nowe lokacje są urokliwe, potwory pomysłowe, a niespieszna eksploracja – całkiem kusząca.
Wizualnie gra wygląda jak dziecię romansu Stardew z Octopathem. Nastrojowe światło, elegancko zestawione kolory i atrakcyjne awatary postaci cieszą oko i zachęcają do zapisywania kadrów na dysku :).

Garść wrażeń
Dla mnie rozgrywka w Sun Haven jest rozrywką całkiem wciągającą, a zarazem kompletnie bezstresową. Nawet bez god mode (serio: jest taki) nie da się tu praktycznie nic spartolić. Ilość kontentu gwarantuje kilkadziesiąt godzin gry, a cukierkowe piksele stanowią miłą odskocznię od polskiego półrocza późnej jesieni.
Grze brakuje jednak dość dużo do miana bardzo dobrej czy wybitnej. W recenzji co drugi akapit pada tytuł Stardew Valley i zastanawiasz się, czy recenzentka grała tylko w tę jedną grę w życiu? Cóż, recenzentka z kolei dość długo zastanawiała się, czy twórcy Sun Haven grali tylko w tę jedną grę w życiu (i może jeszcze w jakieś papierowe RPG za młodu ;)).

Ekonomia Sun Haven nie wydaje się porządnie przetestowana i zbilansowana, o czym więcej w dalszej części. Z mojej perspektywy mamy do czynienia ze znacznym przerostem części rzemieślniczej. Gra nie wyjaśnia też, dlaczego – poza hajsem, którego jest dość, i znajomymi NPC-ami, których i tak ucieszy byle co – miałabym zainwestować w te wszystkie stoły i warsztaty oraz łączyć na nich dziesiątki półproduktów na setki sposobów.
Nie da się też nie wypomnieć twórcom nieubitych bugów. Zapętlony sezonowy boss, który codziennie rano wyświetla ten sam dialog albo niemożliwość przesunięcia głupio postawionej skrzyni drażnią.
Czemu zatem gram? Bo gra się przyjemnie. Stanowiący clou Sun Haven mariaż podmiejskiego życia i nieskomplikowanego przygodowego RPG-a zadziałał bardzo dobrze. Szerzej patrząc – gra jak najbardziej odpowiada na potrzeby, które obiecuje spełnić (relaks, grindzik, nieskomplikowana rozgrywka, barwny oryginalny świat fantastycznej krainy). Populacja graczy na Steamie zdaje się podzielać moje zdanie, o czym świadczy średnia ocena 9/10 z ponad 5100 opinii.

Co siedzi pod maską?
Pod maską siedzi pogodny, pstrokaty indyk. Każdy gigabajt zajęty przez urokliwą pikselową grafikę uważam za bardzo zacnie wykorzystany. Minusem indyczej natury jest natomiast plejada bugów – np. niektóre sezonowe bossy są oficjalnie wyłączane przez twórców, bo nie chciały sobie pójść po spełnieniu zadania. Zdarzyło mi się także: zaciąć w jakimś miejscu i nie móc z niego wyjść; obserwować, jak potrzebny NPC teleportuje mi się sprzed nosa w miejsce, gdzie powinien się znaleźć o danej porze dnia; zupełnie bezczelnie flirtować z dwoma niemal-narzeczonymi siedzącymi na tej samej ławce.
Przede wszystkim jednak szlag człowieka trafia, jak po przeskoczeniu kilku kamieni chce wskoczyć na brzeg, a tu okazuje się, że twórcy nie przewidzieli, że w tym miejscu możesz chcieć pokonać niewidzialną barierę. I hops: odbicie od „ściany”, zjazd do lawy czy do wody, minus dużo życia. I znowu. I znowu. Jest taki zawód jak tester gier, mówili…

Ponadto pod maską pracuje silnik napędzany grindem – gra oferuje bardzo rozbudowaną typologię plonów, produktów, surowców, ryb, stanowisk do tworzenia nowych produktów itd., a do tego kilka walut używanych w konkretnych lokacjach. Niby solidny kombajn, ale jak dotąd mam wrażenie, że – inaczej niż w Stardew – silnik ten raczej nie przeszkadza w grze niż jest jej sednem. Nie jest trudno mieć wystarczający przychód ze spokojnego rozwoju farmy, ale już np. wymagania sezonowych bossów były irracjonalnie wyśrubowane (twarde drewno w drugiej porze roku? Przecież to wymaga narzędzi czwartego poziomu!). Jak dla mnie gra pozwala na zbyt wiele różnych ścieżek, by potem w konkretnych momentach egzekwować konkretny poziom rozwoju. Minigospodarka naszej farmy wydaje się raczej skopiowana wiadomo skąd i rozbudowana wedle fantazji twórców niż porządnie przetestowana pod kątem satysfakcji. Przypuszczam, że graczy innych niż poszukiwacze relaksu może to w jakimś stopniu frustrować.

Oprócz grindu ważnymi aktywnościami są walka i relacje między postaciami. Walczymy w czasie rzeczywistym, mając do dyspozycji miecz, łuk i czary napędzane maną. Potyczki te są prostą zręcznościówką (droga osobo czytelnicza, jeśli dla mnie zręcznościówka jest prosta, to Ty się możesz znudzić), w dużej mierze uzależnioną od poziomu postaci, czyli znów – od grindu.

Możliwości romansowania w Sun Haven są całkiem rozbudowane. Nasza postać spotyka spore grono zainteresowanych NPC-ów różnych ras i płci i może sobie flirtować do oporu. Osobowości i awatary potencjalnych partnerów są całkiem interesujące, ale całość mogłaby być bardziej wymagająca. Prawie zawsze wiadomo, która opcja dialogowa jest tą właściwą (czyt. sympatyczną). Do tego z wszystkimi startujemy na co najmniej dobrej stopie, a większość NPC uwielbia nas całkiem bezzasadnie, ewentualnie za wspomniane pięć pomidorów. W Stardew Valley trzeba się było postarać, żeby zaspokoić gust NPC-a – w Sun Haven możesz komuś sprezentować na przykład deskę, a ten będzie się szczerze radować. Zgryźliwa bibliotekarka jest wyjątkiem i niestety jest nierandkowalna :(.

Warto też wspomnieć, że możliwa jest rozgrywka wieloosobowa – do ośmiu osób. Liczba całkiem zacna, ale niestety nie miałam okazji sprawdzić, czy narzekania na bugi w multiplayerze są wciąż zasadne. Jeśli coś wiecie – dajcie znać!
Brać i grać?
Jeśli potrzebujesz swojskiej, relaksującej giereczki albo odpalił_ś już Stardew z modami i puścił_ś pawia na myśl o konieczności ponownego wygrindowania plecaka, to tak, bierz i graj. Mimo wyraźnych chęci wśród naśladowców, wybitnych gier w tej konwencji jest jak na lekarstwo – można więc ograć sobie dobrą.
Jeżeli natomiast nie należysz do koneserów grindu, nie masz rolniczych ciągotek, a na myśl o podrywaniu napikselowanej kowalki o spłoszonych oczętach czujesz dreszcze grozy, to z gier z haven w nazwie polecam raczej Gloomhaven albo Frosthaven.

Screeny własnego autorstwa.





