
Dla niewtajemniczonych
Serialowa ekranizacja pełnej niebezpieczeństw podróży Joela i Ellie przez spustoszone zagładą Stany Zjednoczone. Trochę o zainfekowanych zmutowanym grzybem zombiakach, trochę o potworach w ludzkiej skórze, ale głównie o relacjach i emocjach. I o chęci przetrwania za wszelką cenę.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń

W moim odczuciu HBO dokonało tego samego, co swego czasu Marvel, wprowadzając MCU. Zobaczyliśmy, jak można stworzyć uniwersum historii o trykociarzach i nie było powrotu. Gdyby nie MCU, filmy DC na przestrzeni ostatnich lat nie wydawałyby się nam faktycznie takie koszmarnie złe. Ale niestety mamy już porównanie i widzimy, co można było osiągnąć, a czego osiągnąć się nie udało.
I po ekranizacji The Last of Us mam już zerową taryfę ulgową dla przylepiania produkcjom nośnych tytułów, wywalania 85% oryginalnej treści i zastępowania jej „artystyczną wizją” czy inną „twórczą inspiracją”.
Mamy tu do czynienia z jakże trafionym castingiem, za którym idzie wyborne aktorstwo (Bella TOP!), a ładunkiem emocjonalnym spokojnie można by obdzielić kilka innych produkcji. Sceny, które w oryginale chwytały za gardło lub porażały bewzględnością, robią to nadal. A do tego sceneria sprawia wrażenie żywcem skopiowanej z gry.
Takie dzieła tworzą ludzie, dla których materiał źródłowy nie jest kulą u nogi (nie, Netfliksie, kompletnie nie patrzę w twoją stronę, skąd ten pomysł). Można tchnąć swój pierwiastek, a jednocześnie zostawić to, co było? Można zrozumieć, że skoro fani pokochali dane postaci i daną historię to, bo ja wiem, chyba głupio byłoby to na siłę zmieniać, byle tylko odhaczyć kolejny kwadracik na checkliście?
Jestem zachwycony. A z każdą kolejną kompilacją, która porównuje sceny z serialu i z oryginału ten zachwyt tylko się potęguje.

Nie będę porównywał serialu z grą, bo zrobili już to na wysokim poziomie moi znakomici koledzy redakcyjni i raczej niczego nowego tu bym nie dodał. Natomiast chętnie porównam The Last of Us z innym serialem o zombie, który jeszcze parę lat temu praktycznie był synonimem postapokaliptycznej wizji żywych trupów, czyli nomen omen The Walking Dead. Swoją przygodę z TWD skończyłem parę sezonów przed finałową, jedenastą (sic) serią, więc łatwo zgadnąć, że serial mnie zmęczył. I choć oczywiście nieuczciwie może porównywać produkcję, która swoje najlepsze chwile ma już za sobą z nowością, którą wszyscy się zachłysnęli, to jest parę rzeczy i to dużego kalibru, które TLoU po prostu zrobiło moim skromnym zdaniem lepiej.
Zacznijmy przede wszystkim od liczby postaci, a co za tym idzie tempa opowieści. TLoU to po prostu zamknięta całość, przez to sama historia ma parę mocnych punktów, które działają jak kamienie milowe. Pokazują one drogę, jaką nasi bohaterowie przebyli i kierunek, w którym zmierzają (i nie chodzi mi tu tylko o geografię). Misja, jaką mają wykonać, ma określony cel (choć oczywiście finał robi fikołka) i dzięki temu mija na tyle dużo czasu, że postaci jednocześnie nie nudzą się nam, a dodatkowo dostajemy kluczowe momenty kształtujące ich relację i motywacje. W TWD bardzo często miałem wrażenie, że wszystko zatacza koło — postaci oczywiście ewoluowały, ale po pewnym czasie wracały do znanych tropów, by znów na nowo zatracić człowieczeństwo, czy rozpalić w sobie żar nadziei. I tak w kółko, do znudzenia.
Dwa: bardzo cieszę się, że dostajemy świat, w którym pandemia ma swoje podłoże naukowe. Nie jestem ekspertem od lore TWD, ale miałem wrażenie, że tam kwestie pochodzenia „zombiozy” były zawsze owiane tajemnicą i raczej traktowane po macoszemu. Oczywiście przez wiele lat obrońcy mówili, że po prostu to nie jest focus serialu, bo produkcja skupia się bardziej na ludziach i świecie zastanym niż powodach końca świata, ale TLoU pokazało, że nie trzeba rezygnować z jednego na rzecz drugiego.
Trzy: gra aktorska. W wielu momentach TWD strasznie uderzało w patos i granie na wysokim „C”. Znów, może to preferencja osobista, ale o wiele bardziej podobają mi się stonowane emocje w kreacjach Pedro Pascala czy nawet Belli Ramsey (choć jej postać oczywiście niespecjalnie do stonowanych należała). Ich gra pozwoliła na ukazanie niesamowitej palety uczuć i wyczerpujące przedstawienie przemian, jakie w Joelu i Ellie zachodzą. Czuć, że aktorzy dobrze się rozumieją, a niektóre ich sceny zarówno razem, jak i osobno to istne perełki aktorskie.
Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to tylko kwestii budowania emocji, która zbyt często bazowała na utartej formule: wprowadź postać, niech widz ją polubi, zabij postać — ale sztuką jest, że było to robione w krótkim czasie, więc nawet tu widać jakość produkcji. Bezdyskusyjnie HBO znów pokazuje, że mimo ostatnich zawirowań jest królem dobrego contentu. Niech inne serwisy streamingowe się uczą. TLoU z pewnością znajdzie się w TOP 5 moich ulubionych seriali tego roku.


Muszę przyznać, że oglądając najnowszą adaptację HBO, miałem mieszane uczucia. Z jednej strony duma rozpierała, bo przecież adaptacje gier wideo na srebrnym ekranie to głównie pośmiewisko i na palcach jednej ręki można byłoby doliczyć się znośnych. The Last of Us zdecydowanie zalicza się do tych najlepszych. Kiedy oglądałem tę produkcję, jakość wykonania nigdy nie była problemem, ale dostrzegłem inny mankament (choć zdaję sobie sprawę, że to może być bardzo osobiste zastrzeżenie!). Fabuła gry była mi tak dobrze znana, że przy mistrzowskiej grze aktorskiej pana Pascala i pani Ramsey, dobrze skonstruowanym scenariuszu i wzorowej reżyserii, miałem wrażenie, że oglądam wersję live-action cutscenek, a nie nową produkcję.
W obecnych czasach często słyszy się o kłopotach z adaptacjami, których dobrzy scenarzyści i reżyserzy często unikają, ponieważ ograniczają ich wizję twórczą. Jako fan licznych cyfrowych dzieł fabularnych trochę oczekiwałbym wiernego odzwierciedlenia mojej ulubionej historii. Ale to generuje problem dla twórców, a przy The Last of Us okazało się, że również dla mnie! Największe wrażenie zrobił na mnie odcinek najbardziej odległy od oryginalnej historii – historia Franka i Billa. Odcinki i linie fabularne, które wiernie podążały ścieżką scenariusza z gry oglądałem bez emocji czy ekscytacji, bo były to sceny, które tak dobrze znam! Do tej pory adaptacje gier wideo były tak marne, że nie sposób było dostrzec tej zależności, mam wrażenie. Mój drugi ulubiony odcinek to przygody w centrum handlowym, ponieważ nie znałem wydarzeń z DLC.
Pomimo mojego osobistego zobojętnienia z powodu tak wiernej adaptacji, doceniam rewelacyjną grę aktorską głównych postaci wraz z rolami drugoplanowymi, oddanie twórców wobec autentycznych scenografii, makijażu i efektów praktycznych oraz naturę samej historii, która podkreśla, jak ważne jest człowieczeństwo nawet w najbardziej nieludzkich okolicznościach. Nie jestem więc w stanie ocenić serialu niżej niż…

The Last of Us od HBO nie jest wierną adaptacją gry studia Naughty Dog. Ale jest świetną adaptacją tejże! Ba, być może jest nawet najlepszą adaptacją growego IP ever (a co, zaryzykujmy takie stwierdzenie!). Co sprawiło, że historia Ellie i Joela zachwyciła mnie już po raz trzeci (było grane w oryginał na PS3 i remaster na PS4…i tak, będzie grane w Part 1 na PS5)?
Przede wszystkim serial jest absolutnie wyśmienitym filmem drogi, którego oś stanowi dwójka głównych bohaterów – Ellie i Joel – i relacja, jaka tworzy się między nimi w trakcie podróży. Od nieufności i wzajemnego sprzeciwu, przez powoli zdobywane zaufanie, po poświęcenie, zależność od tej drugiej osoby i wreszcie strach przed jej utratą. Wszystkie wspomniane emocje zostały fenomenalnie odegrane przez dwójkę pierwszoplanowych aktorów – Bellę Ramsey i Pedro Pascala.
Co przypadło mi do gustu? Retrospektywy i dodatkowy czas poświęcony postaciom drugoplanowym!
Praktycznie cały trzeci odcinek skupia się na idylli Billa i Franka (również metaforycznej, bo przecież Bill i Frank zapraszają nas – widzów – do swojego małego raju i zabierają z dala od brutalnego świata po pandemii). Z początku podchodziłem do tego side story megasceptycznie, bo przecież w grze Frank był jedynie wzmiankowany, a sytuacja Billa była zgoła odmienna, gdy growi Joel i Ellie dotarli do Lincoln. Miała być typowa checklista, a wyszło wielkie poszanowanie tematu, przedstawione w pełni, na wielu płaszczyznach, bez taniego efekciarstwa. Bill i Frank w sposób bardzo autentyczny ukazują nam tęsknotę za czasami przed pandemią, za kulturą człowieka, za bliskością, ale i za tymi drobnymi rzeczami, z których cieszyliśmy się za dzieciaka (kiedy jeszcze byliśmy wrażliwsi na piękno wszystkiego, co nas otacza). Ileż razy łapałem się na tym, jak bardzo nie doceniam tego wszystkiego, co mam dookoła siebie! Podobało mi się też, w jaki sposób autorzy uchwycili wszystkie te emocje, uczucia i wartości, pokazując, że niezależnie od okoliczności, są one uniwersalne i dla każdego.
Inną retrospektywą, którą warto wspomnieć, jest wątek matki Ellie, rzucający nieco światła na postać głównej bohaterki. Swoją drogą matkę Ellie w serialu zagrała aktorka wcielająca się w Ellie znaną z gry (a więc powołująca ją do życia – i cyk, znowu piękna metafora!).
Czego mi zabrakło? Chciałbym może nieco więcej spotkań z zakażonymi, szczególnie z klikaczami, bo przecież w grze mieliśmy ich na pęczki i były to zawsze spotkania powodujące przyspieszone bicie serca, gdzie autentycznie walczyliśmy o przetrwanie.
Gra żyła również zbieractwem i wszelkiego rodzaju prowizorką, wynikającą z utrudnionego dostępu do amunicji. Tutaj tej prowizorki zabrakło, a bohaterowie przez większość czasu nie mogli narzekać na puste magazynki (nawet na target practice starczyło). Nie czuli więc potrzeby stosowania brudnych bomb, czy innych baseballi naszpikowanych gwoździami, a szkoda (no dobra, była gazrurka!).
Ale oddając sprawiedliwość wizji autorów – zdaję sobie sprawę, że powyższe elementy mogłyby zaburzyć zaserwowany nam spektakl, gdzie najważniejsze są droga i emocje.
Ulubiony odcinek? Chyba ten z numerkiem osiem. Niby człowiek wiedział, co się będzie działo, wiedział, że będzie plot twist z kaznodzieją, nawet wiedział o zaburzonym łańcuchu pokarmowym, ale te emocje wylewające się z twarzy bohaterów w tym odcinku! No chylę czoła. I fajnie, że swoje pięć minut mógł mieć Troy Baker, czyli odtwórca roli Joela z gry Naughty Dog.
Strefa GIF-a












Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra.






