
Dla niewtajemniczonych
What We Do in the Shadows (Co robimy w ukryciu) to pseudo-dokumentalny serial spod znaku czarnego humoru, stanowiący kontynuację i rozwinięcie filmu Taiki Waititiego pod tym samym tytułem. Absurdalne, czasem cringe’owe perypetie paczki nie do końca dobranych wampirzych współlokatorów ze Staten Island cieszą się popularnością na tyle dużą, że powstały już cztery serie, a piąta jest w planach.
W Polsce, jak się zdaje, najnowsze przygody ekscentrycznych pozostały w cieniu innych streamingowych hitów, a szkoda. Osoby, które jeszcze tego serialu nie widziały, zachęcam do sięgnięcia do zasobów HBO i ostrzegam:
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Garść wrażeń
Nie jestem serialożerczynią i raczej trudno mnie namówić na wieczór „przed telewizorem”, ale dla dobrej komedii chętnie zrobię wyjątek. No właśnie: dla mnie What We Do in the Shadows to prawie wyłącznie komedia, owszem czarna jak kto sobie życzy, ale ta czerń to raczej żartobliwa reinterpretacja gotyckich motywów i trochę śmieszkowania z wampirycznych rytuałów. Na pewno nie dołączę do grona recenzentów etykietujących ten serial jako „horror”.

Kto widział poprzednie serie, wie, że seria trzecia zakończyła się sekwencją gwałtownych zwrotów akcji. Mieszkańcy posiadłości na Staten Island rozjechali się w różnych ważnych celach, a jeden, cóż – zmarł, żeby się odrodzić. Mocno wyczekiwałam ciągu dalszego z cichą nadzieją, że ekipa filmowców nie będzie śledzić życiowej podróży każdego bohatera osobno. Na szczęście scenarzyści znaleźli wampirom motywację do powrotu do domu. Tym samym dostałam dokładnie to, na co czekałam – nową porcję międzywampirzej chemii i spiętrzenia absurdalnych wyzwań stawianych przed moimi ulubionymi nieumarłymi.
Zgodnie z konwencją czwarta seria składa się z wielu wątków, a jeden dziwniejszy od drugiego. Rzućmy okiem na najważniejsze tematy: Nandor szuka żony (a może jednak haremu? a może jednak męża?), młodość i dorastanie wampira energetycznego, zarządzanie wampirzym klubem nocnym, męski wypad do buszu i stawienie czoła lokalnemu potworowi, czy wreszcie kolejna próba odbicia wiedźmiego kapelusza z rąk Laszlo. Samo nieżycie!
Co mi się nie podobało?
- Młody Colin Robison. Matko i córko. Tak, wiem, że on miał się nie podobać; no więc nie podobał się jak szalony. Zgrzytałam zębami na każdym występie wokalnym tego obiecującego młodzieńca.

Co budziło wątpliwości?
- Nierówny rytm serii. Część wątków była rozłożona na kilka odcinków aż do granic rozwleczenia, część natomiast zdawała się z żelazną konsekwencją trzymać jednoodcinkowych ram.
- Chętnie obejrzałabym więcej zamkniętych miniopowieści w ramach jednej serii. Przygody Nandora z dżinem czy losy nocnego klubu dla wampirów były dobrze napisane, ale ceniłam poprzednie serie za częstotliwość występowania reakcji „a co tu się znowu odjaniepawliło”.
Co mi się podobało?
- Odcinek o flipperach, remontach i wiedźmim kapeluszu.
- Równościowy, ale zupełnie nie ugrzeczniony wydźwięk (częstych w tej serii) historii miłosnych i matrymonialnych.
- Zjawi(skowy?) związek zawodowy.
- Wampirza wywiadówka.
- Ilość i proporcje żartów spod znaków absurdu, sitcomu, cringe’u i fujki.
- Końcowy zwrot akcji. Jeśli plan Guillerma się powiedzie, to życie wampirzej czwórki dopiero stanie na głowie…
Ukontentowana czekam na ciąg dalszy. Jeśli scenarzyści kolejnej serii wyduszą ze mnie jeszcze więcej dzikich ryków śmiechu (bywało, bywało!), to ocena niechybnie podskoczy do BDB. A tymczasem mamy:
Strefa GIF-a





Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra i giphy.com.





