Kronika Geeka

Ender Lilies: Quietus of the Knights

Mała dziewczynka, brzemię przeznaczenia, zaraza trawiąca krainę, poczucie nieodwracalnego końca i… iskierka nadziei. A wszystko to podane w formule metroidvanii bezwstydnie romansującej z gatunkiem soulslike.

 

Dla niewtajemniczonych

Ender Lilies: Quietus of the Knights to wydana w 2021 przez Binary Haze Interactive gra z pogranicza metroidvanii i soulslike’a. Pierwotnie tytuł wyszedł na Steamie w ramach early access. Finalną wersję gry można z kolei sprawdzić na Steamie, PlayStation 4, Xboxie X/S oraz Switchu. Ja ograłem tytuł na konsoli Nintendo.

W grze wcielamy się w tytułową Lily – małą dziewczynkę, której przyjdzie dźwigać wyjątkowo ciężkie brzemię. Krainę, w której budzi się nasza bohaterka, trawi zaraza spowodowana przez nieustający deszcz i to właśnie Lily może położyć jej kres. W tej historii z nurtu dark fantasy Lily nie jest jednak osamotniona – od początku przygody towarzyszy jej bowiem duch pewnego rycerza, który będzie się starał oswoić bohaterkę (a także nas, graczy) z otaczającym światem. I nie, rycerz ten nie nazywa się Sir Quietus 🙂 

Czy w tym ponurym świecie mała dziewczynka i jej eteryczny opiekun będą w stanie na nowo wzniecić płomień nadziei? A jeśli tak, to jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić?

 

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Na pierwszy rzut oka

Ender Lilies to scroller 2D o bardzo charakterystycznym stylu graficznym. To co widzimy na ekranie to wyjątkowo ciekawa mieszanka japońskiego anime i znacznie bardziej brutalnej kreski znanej chociażby z serii The Darkest Dungeon. Połączenie tych dwu zupełnie odrębnych stylów artystycznych służy ukazaniu kontrastu między główną bohaterką a światem, z którym musi się zmierzyć. Kontrast ten jest zresztą dodatkowo podsycany przez inne zabiegi wizualne, jak choćby dobór palety barw. Naprzeciw szarego, skąpanego w strugach deszczu świata staje bowiem postać naszej bohaterki ubrana w nieskazitelnie białą sukienkę. Z jednej więc strony mamy niewinną, odzianą w biel dziewczynkę o rysach znanych z japońskich animacji, z drugiej zaś deszczowy, pełen szarości świat, w którym króluje nienawiść do życia. Życie i śmierć, niewinność i groza, nadzieja i rozpacz. Te kontrasty są mocno zarysowane, ale przy tym wciąż autentyczne. Mnie kupiły.

 

 

Niepozbawiony kontrastów jest również soundtrack. Zapadający w pamięci soundtrack, należy dodać. Kompozytorzy sprawnie łączą ze sobą muzykę klasyczną i elektroniczną, bawiąc się tempem aż miło. Nie zdziwcie się zatem, gdy spokojne i powolne nuty płynące z fortepianu (nawiasem mówiąc, to właśnie one zrobiły na mnie największe wrażenie) zostaną gwałtownie przerwane przez szybkie i chaotyczne brzmienia elektroniczne (szczególnie podczas starć z bossami). Utwory, które warto sprawdzić? A proszę bardzo, dostarczam:

  • North – spokojna ballada, gdzie pierwsze skrzypce gra fortepian (hehe😀). Ja mimowolnie przestawałem grać, by móc tego słuchać i napawać się chwilą spokoju. 
  • Rosary Intro bardzo spokojne, pełne ulotnej i radosnej aury przywodzącej na myśl produkcje Studia Ghibli (nie, nie chodzi o Grobowiec Świetlików); Outro kontynuujące motyw przewodni, ale ze zdecydowanie podkręconym tempem.
  • Accolade – bardzo energiczny utwór z wiodącym fortepianem. Zaczyna się mocnym akcentem i trzyma w napięciu do końca.
  • Harmonous – intrygująca melodia przywodząca na myśl kołysankę, jednakże taką, która może trącać struny melancholii i zasiać w Was ziarenko niepokoju.

 

Garść wrażeń

Ender Lilies: Quietus of the Knights to historia Lily – małej dziewczynki, która budzi się w opuszczonej świątyni, nie pamiętając kim jest, ani dlaczego znalazła się właśnie w tym miejscu. Płowowłosą bohaterkę budzi głos jej opiekuna i obrońcy – jest nim Umbral Knight. To właśnie od niego dostajemy pierwsze szczątki informacji, mające nam pomóc odnaleźć się w nowej rzeczywistości. 

Fabuła jest nam podawana w sposób bardzo oszczędny, właśnie poprzez rozmaite skrawki informacji – komentarze Umbral Knighta (który pełni w grze również rolę narratora, ocenia stan swojej podopiecznej, próbuje przypomnieć jej, kim jest i jaki jest jej cel), wspomnienia uwolnionych od zarazy mieszkańców krainy, rozmaite notki rozsiane po świecie. Przypomina Wam Soulsy? Skojarzenie jak najbardziej na miejscu!

W miarę progresji dowiadujemy się, że Lily to dziedziczka mocy Białej Kapłanki i to właśnie ta moc zdaje się być jedynym remedium na zarazę, która spadła na królestwo wraz z niekończącym się deszczem. Natrafiamy też na notki sugerujące, że przed nami były inne kapłanki. Co się z nimi stało? Czy jeszcze je spotkamy? Czy Lily czeka ten sam los? To przyjdzie Wam już sprawdzić na własną rękę🙂 Mogę tylko powiedzieć, że Lily, którą poznajemy na początku rozgrywki nie będzie tą samą dziewczynką, gdy już dotrze do kresu swojej podróży (a Wy dobrniecie do jednego z trzech zakończeń).

 

 

Co siedzi pod maską?

Jak wspomniałem na początku tekstu, Ender Lilies: Quietus of the Knights to krzyżówka soulslike’a i metroidvanii. Zapowiada nam się bardzo ciekawy miks rozmaitych mechanik, które mają nas zmęczyć. I zrobią to płynnie w 60 FPS-ach. 😀

Zacznijmy od systemu walki. Jak to się dzieje, że mała dziewczynka jest w stanie poradzić sobie w świecie, który na każdym kroku czyha na jej życie? Ano, dzięki swojej specjalnej mocy (niespodzianka!). Lily jest w stanie przywoływać na pomoc duchy oczyszczonych z zarazy mieszkańców krainy i to właśnie te duchy stoją u podstaw systemu walki. Na początek z pomocą przychodzi nam jedynie Umbral Knight, ale każdy pokonany boss i mini-boss (ci są poukrywani po mapie, więc warto eksplorować) przynosi ze sobą dodatkowe narzędzia eksterminacji. A te są całkiem wyszukane – trujące chmury, ciężkie i powolne młoty, broń dystansowa (również naprowadzana) oraz wiele, wiele więcej. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jednocześnie do naszej dyspozycji mamy dwa sety duchów, po trzy sloty na każdy set. Wspomnę jeszcze, że część przywoływanych duchów możemy użyć konkretną liczbę razy, więc warto zastanowić się nad tym, jakich pomagierów bierzemy ze sobą.

 

 

Gra jest scrollerem 2D, więc maszkary będą nadbiegać, nadlatywać i nadpływać z lewej i prawej. Czy sprawia to, że zabawa jest prosta? Zupełnie nie, bo maszkar potrafi być dużo, próbują nas usiec z dystansu, w zwarciu (materializując się tuż za naszymi plecami chociażby… dranie) lub wręcz wyrastają pod nami. Pamiętajmy przy tym, że Lily to wątła istotka, która nie przyjmie na siebie zbyt wielu szlagów. To jedna z tych gier, gdzie będziecie często korzystać z uniku.

To jeszcze wspomnę o przeciwnikach. Jest całkiem różnorodnie i nawet na dalszych etapach gra potrafi zaskoczyć czymś nowym (każda większa lokacja ma charakterystycznych dla siebie złoli). Jasne, to nie jest tak, że nie spotkacie mocniejszego wariantu tego samego wroga. Spotkacie, ale może być szybszy, mieć nowe ataki itd. Typy zwykłch przeciwników idą w dziesiątki, więc nie będę ich tu wymieniał.

Skoro  są zwykli przeciwnicy, to muszą być też niezwykli. Mowa tu oczywiście o bossach i mini-bossach. Ci ostatni to mocno podpakowane wersje standardowych wrogów, które mają swoją odrębną arenę, a także stosownie większy pasek życia i arsenał. Warto ich szukać, bo każdy oczyszczony mini-boss to dodatkowy duch, którego możemy przyzwać na pomoc. Za to bossowie to już zupełnie inna liga. Każdy ma swoją historię, którą poznamy po oczyszczeniu delikwenta z zarazy. Nim jednak do tego dojdzie, trzeba się sporo namęczyć. Walka z każdym bossem to trzy fazy, z których każda kolejna jest trudniejsza. Tym niemniej, warto – pokonanie bossa to nie tylko dodatkowe skrawki wiedzy o świecie, to również dodatkowy pomocnik i nowe umiejętności eksploracji świata (przebijanie barier, pływanie, wspinanie się po ścianach itd).

 

 

Skoro już wspomniałem o eksploracji świata to przejdźmy do tego, co czyni z Ender Lilies przedstawiciela gatunku metroidvania. Odwiedzane przez nas lokacje, renderowane w 2D, są bardzo rozbudowane (również wertykalnie) i skrywają wiele tajemnic, które odkryjemy dopiero po zdobyciu stosownych umiejętności – tak, tak, backtracking na pełnej. Chciałbym powiedzieć, że z pomocą przychodzi nam mapa, ale mrowie prostokątów połączonych liniami informuje nas tylko, czy dana plansza została wyczyszczona oraz czy skorzystaliśmy z wszystkich dostępnych przejść. W konsekwencji, gracz może się czuć zagubiony i nie wiedzieć, gdzie ma się dalej udać. Dobrze chociaż, że twórcy zaimplementowali system szybkiej podróży między tutejszymi ogniskami.

 

W grze mamy również całą plejadę różnorodnych znajdziek. Są to przede wszystkim notki, które każdorazowo nieznacznie poszerzają naszą wiedzę o świecie gry. Oprócz tego mamy przedmioty zwiększające nasz pasek życia, elementy ekwipunku wpływające na statystyki i skuteczność leczenia, przedmioty zwiększające liczbę slotów na ekwipunek oraz trzy typy tutejszej waluty, dzięki której ulepszamy naszych towarzyszy.

Rozwój postaci w Ender Lilies ma dwie warstwy. Zdobywając doświadczenie za ubite paskudy, levelujemy samą Lily, co nieznacznie zwiększa jej współczynnik ataku i pasek życia. Co jednak najważniejsze, levelujemy też oczyszczone z zarazy duchy, a to wpływa na ich ataki, wydłuża combo, zwiększa limit użyć, zasięg, szybkość itd. Trzeba do tego podejść strategicznie, bo podniesienie umiejętności ducha wymaga zasobów, a te wcale nie tak łatwo zdobyć. Jeśli jesteście z tych, co to lubią mieć wszystko na maksa, to czeka Was mnóstwo pracy. 

Do omówienia została jeszcze jedna mechanika – ogniska, które tutaj przedstawione są w formie krzeseł, ławeczek i łóżek. Możemy w nich zapisać grę, uzupełnić pasek życia i dostępne modlitwy leczące, ulepszyć duchy i przypisać je stosownie do naszych aktualnych potrzeb, zmienić ekwipunek oraz skorzystać z szybkiej podróży. Możemy też przejrzeć wspomnienia pokonanych bossów i spróbować zawalczyć z nimi ponownie (gdyby akurat było nam potrzeba dodatkowego wyzwania…). Jako że Ender Lilies to soulslike, każdy taki odpoczynek przywraca do świata gry wszystkich brzydali, którzy znowu będą chcieli nas ubić. 

 

Brać i grać?

Ender Lilies: Quietus of the Knights zdecydowanie warto sprawdzić! Czeka Was ponad 30 godzin wyjątkowo miodnej, dynamicznej i pełnej wyzwań zabawy, gdzie nie ma miejsca na nudę. Historia Lily i królestwa, w którym toczy się jej przygoda, to historia mroczna, niepozbawiona tajemnic, zwrotów akcji, okrucieństwa i wreszcie porażki jednostek – jednostek, które zawsze z nadzieją spoglądały w stronę Białej Kapłanki. A tą nadzieją, jak się okazuje, jesteśmy my. 

 

Strefa obrazka

Screeny własnego autorstwa, GIF-y zaś pochodzą ze skarbnicy Tumblra.

+1
4
+1
3
+1
1
+1
1
+1
1
+1
0
+1
0