Dla niewtajemniczonych
Serial to prequel do Łotra 1, który natomiast był bezpośrednim prequelem Nowej nadziei i mówił o tym, jak doszło do wykradzenia planów Gwiazdy Śmierci przez Rebeliantów. Fabuła serialu traktuje o Cassianie Andorze, który pojawia się również we wspomnianym filmie. Spotykamy naszego bohatera pięć lat przed wydarzeniami z filmu i śledzimy jego losy na drodze do stania się szpiegiem Rebelii. Łotr 1 był bardziej „rzeczywistym” przedstawieniem uniwersum Gwiezdnych Wojen, opowiadającym o „zwykłych” ludziach i skupiającym się na nieco bardziej ponurych tematach, jak poświęcenie, sens walki, bezradność jednostki wobec tyranii itp. Serial miał w założeniu kontynuować ten kierunek.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Tytułem wstępu, czyli moja przygoda ze Star Wars
Na początek zaznaczam, że nie jestem turbofanem Gwiezdnych Wojen. Wychowywałem się w latach 80. i 90., więc wiadomo, że Star Wars zawsze gdzieś się przewijały, ale byłem wpierw trochę za mały, żeby je docenić, ale później, wiadomo, obejrzałem „pierwszą” trylogię i to wiele razy, głównie w technologii VHS. Niemniej „im dalej w las”, tym mniej poważałem dzieło Lucasa, a „druga” trylogia tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że tryptyk Nowa nadzieja/Imperium kontratakuje/Powrót Jedi (a szczególnie ten drugi wymieniony tytuł) to był, jeśli nie fart, to szczęśliwe zrządzenie losu i rzecz, która zdarza się raz na życie. Ot, właściwi ludzie na właściwym miejscu we właściwym momencie historii, powiew Zeitgeistu, natchnienie Ducha Świętego, co kto tam lubi.
Nie będę tu wylewał czar goryczy na najnowszą trylogię, ale ujmę to tak: był to jeden z większych zawodów mojego dojrzałego „geeczego” życia (choć ze smutkiem i niepokojem stwierdzam, że ostatnimi czasy tych zawodów coraz więcej). Spowodował on, że trochę łagodniej spojrzałem na Lucasa i jego pomysły, ale to opowieść na inny raz. Niemniej jednak początek tego okresu „nowych-nowych” Gwiezdniaków zapowiadał się nieźle i po obiecującym Przebudzeniu mocy moją uwagę przykuł Łotr 1, który jak się okazało później (niestety) był czymś w rodzaju łabędziego śpiewu dobrych produkcji filmowych spod znaku Star Wars poprzedniej dekady.
Kiedy więc dowiedziałem się, że powstaje Andor, byłem zaintrygowany, bo takie Star Warsy „dla dorosłych” (a jest ich jednak niewiele) lubię najbardziej. Serialowy szlak SW na Disney+ przetarł w przyjemny sposób oczywiście Mandalorianin, ale to jednak była inna, bardziej uniwersalna produkcja dla całej rodziny. Przemilczę produkcje o Boba Fetcie i Obi-Wanie, bo raczej pokazały znów, że nawet mając kanoniczne postaci bez dobrego pomysłu na nie i przy napisanych na kolanie scenariuszach, daleko się nie zajdzie.

Z czym się to je?
Starczy tego przydługiego wstępu — czym zatem jest Andor? Są to na pewno dość specyficzne Star Wars, niektórzy nawet twierdzą, że anty-gwiezdniaki, które z powodzeniem kontynuują, a nawet pogłębiają, motywy i klimat znany widzom z Łotra 1. Oglądając serial, miałem skojarzenia z kinem noir, ale w wielu miejscach również z klasyką filmu wojenno-(anty)bohaterskiego, czyli tytułów takich jak Tylko dla orłów, Parszywa dwunastka, czy Działa Nawarony. Skojarzenia wydają mi się trafne, bo to co widzimy, to praktycznie już wojna, a przynajmniej jej początkowa faza, kiedy w ludziach budzi się gniew i bunt, kiedy budzą się z apatii, w jaką popada się w przypadku okupacji, a w walce przeciwko oprawcom stają najzwyklejsi, czasem z pozoru nie nadający się do tego, ludzie. W dodatku, tak jak w przypadku ww. filmów, Andor serwuje nam różnego rodzaju misje, które Cassian musi wykonać, zanim stanie przed decyzją, która zmieni jego życie (i jak wiemy z Łotra 1 doprowadzi finalnie do jego śmierci).
Całość pierwszego sezonu podzielona została zgrabnie na cztery akty, każdy z grubsza po trzy odcinki. Mamy małe „origin story” tytułowego protagonisty, który został praktycznie wbrew sobie ocalony z rzezi swoich pobratymców, a następnie wychowany przez przybraną matkę w kolonii robotniczej, gdzie obecnie żyje. Następnie zostajemy wprowadzeni w tajemnice kiełkującej Rebelii i mamy wątek „heistu”, gdzie Andor wraz z grupą innych wątpliwych bohaterów ma dokonać skoku na pieniądze Imperium. Potem dostajemy „arc” związany z pokłosiem skoku i ucieczką z więzienia. Na koniec zaś kulminację w postaci pogrzebu Maarvy i zamieszek na Ferrix. Wszystko zgrabnie układa się w ładną całość i daje nam dużo zwrotów akcji, ale również czasu na poznanie lepiej tego młodszego Cassiana, tego co go napędza, i zanurzenie się w jego świat.

Czy warto?
Jednym słowem: tak. Wiele rzeczy w Andorze mi się podobało. Po pierwsze mam wrażenie, że ponieważ był to mniejszy projekt od choćby Obi-Wana Kenobiego, twórcy mieli tu więcej pola do manewru i opowiedzenia nowej historii. Oczywiście mamy fanserwis, a maniacy gwiezdniaków doszukają się wielu nawiązań i odwołań do swojego ulubionego uniwersum, ale nie to jest sednem, czy siłą serialu.
Kapitalną robotę robią postaci, dobrze napisane i dobrze zagrane. Sam Cassian (grany ponownie przez Diega Lunę) jest intrygujący: to faktycznie człowiek, który potrafi nie cofnąć się przed niczym, a jednocześnie pełen wahań i rozterek. Towarzyszymy mu w drodze do samopoznania i samookreślenia, patrząc jak walczy i często przegrywa w nierównej walce z systemem. Mamy też brawurowo zagranego Luthena Raela (w tej roli Stellan Skarsgård) — nietytułowanego i zamaskowanego przywódcę tworzącej się rebelii, człowieka, który stracił wszystko i jest gotów poświęcić wszystko i wszystkich, żeby dopiąć swego (jego monolog z 10. odcinka prawdopodobnie przejdzie do kanonu Star Wars). Dostajemy też Mon Mothmę (Genevieve O’Reilly), którą fani kojarzą z Powrotu Jedi, tu oczywiście o parę lat młodszą, pełniącą rolę pani senator, nawigującą przez meandry świata polityki, a w skrytości gromadzącą środki dla Rebeliantów. I to tylko część znaczących bohaterów. Właściwie wszystkie postaci, które spotykamy w serialu, nawet te drugoplanowe, są moim zdaniem ciekawe i wnoszą coś do całości.

Ciekawy jest również świat: mamy kolonię robotniczą Ferrix, gdzie mieszka Andor, która ma własne obyczaje, własny rytm, własne serce. Z drugiej strony twórcy pokazują nam polityczne intrygi i stęchłą biurokrację metropolis na Coruscant. Oczywiście oprócz niesamowitych scenografii i efektów świat ten budują wspomniani powyżej ludzie. Postaci z krwi i kości, często targane wątpliwościami, zmagające się z rzeczywistością wokół nich, o różnych odcieniach moralnej szarości, po obu stronach barykady.
Mamy wreszcie bezduszną machinę Imperium, która przeraża oczywiście w bardzo sugestywnej scenie tortur, ale poraża również codziennością i monotonią, tuzinami urzędników przykładających bezmyślnie rękę do strasznego dzieła. Wszelkie porównania do III Rzeszy i tzw. „banalności zła”, sformułowania użytego wobec faszystowskich zbrodniarzy wojennych są tu jak najbardziej na miejscu.
Serial, jak widać, nie ucieka od trudnych tematów, serwując nam mroczniejszą wizję uniwersum Star Wars, gdzie cytując Raela, rebelianci „skazani są na używanie narzędzi swoich wrogów” i muszą „poświęcać własną przyzwoitość”, jeśli myślą o wygraniu tego konfliktu.

Czemu zatem smutno?
Smutno, bo dochodzą słuchy, że Andor miał bardzo przeciętne (żeby nie powiedzieć słabe) notowania pod względem widowni. Ciężko stwierdzić, czy widzom Disney+ przejadły się Gwiezdniaki po wcześniejszym, słabym serialu o Obi-Wanie, czy sama materia serialu była zbyt ponura na to, co serwuje na co dzień „House of Mouse”, a może przyczyny były jeszcze inne. Jest to o tyle kiepski prognostyk, że być może nikt nie zaryzykuje podobnej produkcji w przyszłości i wrócimy do bezpiecznego odgrzewania starych, gwiezdnych kotletów (ile razy można wracać na Tatooine?).
Smutno również, bo słychać głosy, że Andor to nie są prawdziwe Gwiezdne Wojny. Fandom podzielił się i część osób nie dała nawet serialowi szansy, skreślając go na starcie, często bez oglądania. Moim zdaniem niesprawiedliwie.
Uważam, że Andor to jeden z lepszych seriali minionego roku w ogóle, a na pewno najlepsze Star Wars AD 2022. Zachęcam do obejrzenia, również osoby, które nie są wyjadaczami tego uniwersum, a chciałyby zobaczyć coś zrealizowanego na poziomie, dla dorosłego widza.
Strefa GIF-a





Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra i oficjalnych materiałów Disney+.






