Kronika Geeka

Guillermo del Toro’s Cabinet of Curiosities (S01)

Wydmuszka reklamowana chwytliwym nazwiskiem Guillermo del Toro? Arcydzieło kina grozy? A może ani jedno, ani drugie?

two men going through a dark corridor, holding candles

 

Dla niewtajemniczonych

Guillermo del Toro, kultowy i zarazem oscarowy twórca Labiryntu Fauna oraz Kształtu wody objął patronatem antologię horrorowych opowieści. Osiem odcinków, ośmioro reżyserów i osiem odmiennych spojrzeń na to, co straszy. Oto Cabinet of Curiosities.

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Garść wrażeń

Zanim się zabiorę za oglądanie takiej czy innej antologii, zawsze muszę sobie przypomnieć, że to z zasady będzie niespójne, że część odcinków pewnie idealnie trafi w moje gusta, inne zaś kompletnie się z nimi rozminą. Ot, specyfika antologii. Rzecz jasna może się trafić przypadek jak ostatnia seria Love, Death & Robots, czyli antologia, w której podoba mi się wszystko.
Cabinet of Curiosities nie jest takim przypadkiem.

a police officer with moustache, eating dinner

 

Zacznę może jednak od pozytywów, bo tych absolutnie nie brakuje. Po pierwsze cieszę się, że tematyka horrorowa została potraktowana z należytą pompą i rozmachem. Tutaj budżet się zgadza, oprawa nie budzi zażenowania, a głośne nazwisko podkreśla fakt, że myślimy o tej antologii poważnie, a nie tylko chcemy dorzucić kolejny zapychacz do kolekcji taśmowo wypluwanych netfliksowych średniaków.

Wspomniany pan del Toro może i nie uraczył nas swoim reżyserskim kunsztem, ale niewątpliwie zadziałał jak bardzo skuteczny wabik, więc też udało się zaangażować aktorstwo znane geekowej publiczności. Na ekranie zasuwają zatem Ron Weasley, Lucy dziewczyna Rajesha, znana z Predatora partyzantka Anna, Rick pogromca zombiaków czy punisherowy Jigsaw.
A, no i Arondir z bardzo polecanych przez redaktora Łukasza Rings of Power.

Strasznie też się cieszę, że sięgnięto po lovecraftowość, która szczególnie udanie wypadła w odcinku Pickman’s Model. Nie wiem, kiedy ostatnio widziałem dobrego Lovecrafta na ekranie. Chyba bardzo dawno.

Jeśli zaś chodzi o zarzuty, to mam w sumie jeden taki poważniejszy, a mianowicie nie uważam, żeby udało się utrzymać równy poziom przez wszystkie odcinki. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że na taki a nie inny odbiór wpływają głównie moje grozowe preferencje i oczekiwania, ale temu chyba właśnie służy spisywanie wrażeń. Zobaczycie, że kręcę nosem na coś, co Wam nie wadzi albo co wręcz lubicie, to z automatu podnieście sobie ocenę o szczebelek 😈

a dead person's arm, a morgue

 

Bo widzicie, mnie nie przerażają nagle wyskakujące monstra z fruwającymi mackami. Najbardziej się boję niedopowiedzianego – tego, czego nie widzę, a co tylko sobie wkręcam, że ma miejsce. Dlatego tak potwornie przerażał mnie pierwszy Ringu, czyli film, w którym przez 75% seansu nie dzieje się absolutnie nic, ale aż mnie skręca, bo czuję, że zaraz się stanie.

Tutaj czasem serial wali po oczach dosłownością i mogę tylko westchnąć z lekkim żalem, bo wcześniej budowany klimat dawał nadzieję na coś mniej szablonowego. Nie mówię, że to złe, bo złe nie jest. Po prostu nieco rozczarowujące i dające poczucie zmarnowanego potencjału.

A, no i odcinek przedostatni, czyli synthwave’owo-narkotyczna abstrakcja to dla mnie totalna pomyłka. Naprawdę nie wiem, czemu to tu się znalazło, a mocno rzutuje na mój odbiór całości.

Moje podium:

  1. Zdecydowanie wspomniany wcześniej Pickman’s Model, bo kapitalnie oddaje lovecraftowską grozę, klimat przedwiecznych koszmarów i stopniowe popadanie w obłęd.
  2. Wieńczący serię The Murmuring, bo udało się nie przekroczyć cienkiej granicy oddzielającej klimaciarstwo od banału, a dodatkowo jeszcze odcinek przepełniony jest bardzo ciężkimi i bardzo wiarygodnie zagranymi emocjami.
  3. I wreszcie totalnie schizowy The Outside, o którym im mniej napiszę, tym lepiej 😈

two people watching and recording birds by the seaside

 

Trochę przypał, bo wychodzi na to, że wystawię notę taką samą, jaką niedawno otrzymał ode mnie Lair, co wydaje się koszmarnie niesprawiedliwe. Ale tak to właśnie u mnie bywa z produkcjami, które miały być gniotem, a jednak dostarczyły frajdy oraz produkcjami, które miały być sztosem, a sprawiły lekki ból, gdy takim sztosem wcale się nie okazały.

Koniec końców zatem dla antologii firmowanej przez Guillermo del Toro:

ocena GIT

 

Strefa GIF-a

someone stacking demonic books in a pile

 

 

 

 

 

a man crying in despair

 

a group of people sitting on a couch by the table, drinking alcohol

 

man and woman watching birds by the seaside

 

 

 

Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra.

+1
3
+1
2
+1
0
+1
1
+1
1
+1
0
+1
0