Kronika Geeka

House of the Dragon (S01)

Po mocno rozczarowującym finale „Gry o tron” HBO wraca do Westeros, by pokazać losy rodu Targaryenów. Czy stacji udało się przekonać widzów, by zapomnieli o fiasku sprzed paru lat?

 

Dla niewtajemniczonych

Zarówno Gra o tron, jak i nowy serial od HBO pt. Ród Smoka (o którym jest ten tekst, a który pieszczotliwie skracany jest po angielsku jako HotD) są oparte na twórczości George’a R.R. Martina. Powieści pisarza traktują o Westeros, kontynencie w konwencji fantasy zwanym czasem światem Pieśni lodu i ognia. Książki stanowią kroniki rodów tego świata z odrobiną magii i smoków. Mimo że oficjalnie można sklasyfikować całość jako tzw. „high fantasy”, to historie Martina są o wiele inne niż np. te, o których pisał Tolkien. Jest w nich wiele tragizmu, śmierci i raczej niewiele nadziei. Powieści skupiają się mocno na polityce i walce o tron, czy władzę ogólnie. Postaci często wplątane są w ciąg wydarzeń, który prowadzi do ich śmierci bądź innego złego końca. Serial HBO z 2011 przebił wszystkie oczekiwania i z ekranizacji cyklu fantasy stał się przez osiem lat swojego życia fenomenem popkulturowym, który cotygodniowo oglądały miliony.

DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.

Łukasz from Kronika Geeka

 

Demony przeszłości

Nie będę ukrywał, że byłem fanem Gry o tron. Oglądałem po hipstersku, zanim to było modne, od samego dnia premiery, ciesząc się, że wreszcie w formacie telewizyjnym da się obejrzeć coś, co śmiało można było określić jako nowe rozdanie w klimacie fantasy. Jako dziecku lat 90. nieobce mi były tytuły takie jak Herkules czy Xena: Wojownicza księżniczka i choć oczywiście miały one swój urok i wdzięk, to po Jacksonowym Władcy Pierścieni wiedziałem już, że nic nigdy nie będzie takie samo. Lata mijały, telewizja weszła w swoją złotą erę produkcji jakościowych, nawet tych z wydawałoby się bliskiego podwórka, jakim jest science-fiction (tu warto wymienić takie tytuły jak Firefly czy Battlestar Galactica), a niestety seriali fantasy dalej było tyle, co kot napłakał. Ale wreszcie doczekałem się (i zapewne nie tylko ja, ale mnóstwo innych fanów opowiastek spod znaku magii i miecza), bo HBO postanowiło uraczyć nas produkcją fantasy pełną gębą na naprawdę dobrym poziomie. Przynajmniej przez pierwsze parę sezonów. Jak było później, wszyscy chyba wiedzą, a nadal smutek opowiadać. Już sezony szósty i siódmy miały wątki, które zgrzytały, ale niedociągnięcia przykrywały niesamowite emocje i niewiarygodne momenty (że choćby wspomnę dla mnie do dziś niedoścignioną pod względem kinematografii „Bitwę Bękartów”). No ale stało się, nastąpił finał i rozczarowanie. I to spore. Okazało się, że bez tekstu źródłowego i mentorskiego oka Martina showrunnerzy zupełnie się pogubili, naprędce i po łebkach zamykając swój 8-sezonowy serial w sposób mało satysfakcjonujący (i to eufemistycznie rzecz ujmując). Tym samym pogrzebali moją nadzieję, że dostaniemy szybko nie tylko kolejne seriale z Westeros, ale również wysyp innego dobrego, telewizyjnego fantasy. Co więcej wraz z tą nadzieją uleciała również chęć na inne przygody w Westeros. Cytując klasyka: twórcy „urwali kurze złote jaja”. Fenomen szybko wygasł, a o GoT mówiono już tylko źle albo wcale.

 

HotDamn!

Wobec powyższego podszedłem do oglądania Rodu smoka na chłodno. Minęło wprawdzie już parę lat od momentu, kiedy zobaczyliśmy, jak Brann zasiada na Żelaznym Tronie, a ja miałem czas, by trochę ochłonąć. Mimo, że czułem wciąż niesmak po Grze o tron, to postanowiłem dać szansę nowemu dziecku Westeros, m.in. dlatego, że słyszałem, że HBO potraktowało sprawę poważnie. Stacja zwróciła się o pomoc do Martina, a nad całością miał panować Miguel Sapochnik, który nie tylko wyreżyserował parę najlepszych moim zdaniem odcinków GoT, ale miał spore doświadczenie serialowe w ogóle. Dodatkowo okazało się, że stacja jest na tyle zdeterminowana, że po nakręceniu pilota nie dała zielonego światła innemu projektowi ze świata Pieśni, gdzie główną rolę miała grać Naomi Watts. Stało się tak m.in. podobno dlatego, że HBO chciało naprawdę wypuścić hit i osoby decydujące wolały poczekać, niż ponownie zawieść widzów.

 

I od razu na wstępie powiem, że cieszę się, że dałem HotD szansę. Sama historia dzieje się na kilkaset lat przed poprzednim serialem i skupia się na rodzie Targaryenów, tuż przed wydarzeniami, które w Ogniu i krwi Martin nazywa „Tańcem Smoków”, czyli niczym innym jak wojną domową prowadzącą do upadku smoczych jeźdźców i w konsekwencji sytuacji, którą widz zna z początku GoT. Dzięki temu HotD ma wiele elementów, które widzowie z pewnością łatwo skojarzą – mamy sporo knucia, spisków i politycznych intryg, mamy barwne pierwszoplanowe postaci, niektóre ze znanych już wcześniej rodów, które da się lubić, albo przynajmniej nienawidzić w ten przyjemno-upojny sposób. Jest też sporo śmiałych scen, zarówno tych erotycznych, jak i krwawych, które mogą szokować nowych widzów. Tu jednak od razu odnotowałem pewien plus – tak, oczywiście jest nagość i brutalność, która stała się jakby wizytówką stacji („It’s not porn, it’s HBO!”), ale mam wrażenie, że są one w Rodzie Smoka bardziej przemyślane. Dużo scen nie epatuje przemocą tylko dla wywołania u widzów prostego odruchu – już w pilocie widzimy zestawienie porodu (z tragicznym finałem zresztą) z turniejem rycerskim, co podkreśla słowa matki Rhaenyry o tym, że rodzenie dzieci jest polem bitwy dla kobiet, a całość jednocześnie dobrze ilustruje późniejszą niechęć młodej księżniczki do zamążpójścia.

 

Serial na pewno opowiada bardziej intymną, skupioną de facto na jednej rodzinie opowieść. Sądzę, że znów ma to swoje zalety – mało jest tutaj pobocznych wątków, które jak widzieliśmy w GoT, często mogą prowadzić donikąd, albo do rozczarowujących rozwiązań. Niemniej na pewno traci na tym budowanie Westeros jako wielkiego świata – mimo że nie jesteśmy przywiązani do jednej lokacji, to świat stanowi raczej tło do historii, niż jest jedną z postaci. Za to same postaci są naprawdę zarówno świetnie napisane i zagrane (mam nadzieję, że Paddy Considine za swoją kreację Viserysa otrzyma przynajmniej jakieś nominacje), a choć obserwujemy je przez ponad dekadę (a co za tym idzie następują zmiany w obsadzie), to w żaden sposób nie umniejsza to ich głębi, czy nie utrudnia zrozumienia nam motywów ich postępowania. Ba, wydaje mi się, że znów twórcy wyciągnęli lekcję z Gry, gdzie czas był bardzo umownym bytem i wykorzystują go znakomicie, by pokazać  genezę konfliktu i tego jak narastał on przez lata. Widzimy również dzięki temu, jak drobne, czasem mało znaczące decyzje pojedynczych osób rzutują na losy innych, a czasem nawet całego królestwa. Bardzo przyjemnie zaskoczył mnie duet Rhaenery i Alicent oraz zmieniająca się przez lata dynamika ich relacji (której pomogła moim zdaniem wymiana aktorek w połowie sezonu).

 

Na wysokim poziomie stoją również zdjęcia, efekty specjalne i kostiumy. Wszystko ładnie się komponuje i zazębia, opowiada swoją historię, podkreśla znaczące elementy losów Targaryenów. Dzięki temu świat i bohaterowie w nim się poruszający ożywają, stają się postaciami z krwi i kości. Zamysł estetyczny twórców można też dostrzec w najmniejszych komponentach, jak choćby tym, kiedy Alicent konfrontuje się z Rhaenyrą w sprawie wydarzeń kluczowej nocy i pozycja dziewczyn na pochyłej ścieżce w ogrodzie sygnalizuje, która strona zdobywa przewagę w dyskusji, czy w wielu scenach z Viserysem, którego choroba dobrze odzwierciedlała inne „schorzenia” toczące jego królestwo. Obiecałem sobie, że nie będę znęcał się więcej nad Pierścieniami władzy Amazona, ale sądzę, że w tym aspekcie dobrze widać różnicę między dobrą oprawą wizualną, która niesie ze sobą jakieś przesłanie, historię, czy metaforę, a oprawą na pierwszy rzut oka robiącą wrażenie, która jest tylko ekranową wydmuszką, ozdobą dla samej ozdoby. Twórcy Rings of Power naprawdę nie odrobili lekcji, na czym ma polegać współczesny tzw. „visual storytelling”. 

 

Czy są jakieś elementy, które mi w Rodzie smoka się nie podobały? Oczywiście, choć nie nazwałbym ich „gamebreakerami”. Uważam, że po śmierci Viserysa sezon trochę traci ducha i tempo – chyba najsłabiej wypadły dla mnie właśnie te dwa ostatnie odcinki. Być może lepiej byłoby zakończyć ten sezon na ośmiu częściach, a resztę zostawić na początek kolejnej odsłony? Poza tym showrunnerzy kilkukrotnie odeszli znacząco od pierwowzoru książkowego, który –  warto dodać – jest dość specyficzny, bo faktycznie napisany w formie kronik historycznych, gdzie narratorem są różne postaci zapisujące swoją interpretację wydarzeń, a czasem tylko plotki, bardzo często przedstawiając je w niejasny lub przeczący sobie sposób. Ogień i krew jest przez to niejednoznaczna – w serialu tej ambiwalentności odbiorcom pozostawiono znacznie mniej. Pokazuje się nam zatem wprost, co zaszło między młodą Rhaenerą a Daemonem, czy obala zupełnie teorię, że Viserys był przez lata truty przez kogoś z dworu. Wydaje mi się też, że słabo wypada wpleciony trochę na siłę motyw przepowiedni (przewrotnie zwany w serialu Pieśnią ognia i lodu) – doceniam jego rolę w wydarzeniach, ale zalatuje mi to trochę chęcią twórców do retconowania tego, jak finalnie kończy się ta walka z „wielkim zimnem”, a niestety choćby twórcy stawali na głowie, to nie sposób cofnąć ostatniego sezonu Gry o tron.

 

No właśnie, cofnąć GoT się nie da, ale czy można o niej zapomnieć? Choć na chwilę? Ja, oglądając przygody rodu Targaryenów, na pewno zapomniałem. Ród Smoka dał mi na tyle dużo powodów, żebym nie patrzył wstecz, a raczej wyczekiwał tego, co przyniesie przyszłość. Jestem bardzo ciekaw, czy twórcom uda się przebić, a przynajmniej utrzymać dość wysoki poziom tej odsłony HotD. Liczę na to i trzymam mocno kciuki, aby tym razem udało się opowiedzieć historię, która będzie miała udane zakończenie.

 

Michał from Kronika Geeka

 

Ja z kolei nie mam aż tak pozytywnych wrażeń, niestety 😢 Owszem, uważam, że HotD jest nawet spoko, ale… No właśnie. Ale.

Wiecie, jaki jest mój główny zarzut scenariuszowy? Taki, że tutaj postaci (pomijając te absolutnie kluczowe) wprowadzane były po łebkach i nie miały szansy się rozwinąć w taki sposób, żeby można zacząć się przejmować ich losami, co w efekcie sprawiało, że gdy ginęły, nawet tragicznie, to ja miałem reakcję na zasadzie „Aha, no spoko, to co tam dalej?”.

Gdy w GoT ktoś ginął, to było BANG. I to nawet, jeśli dokładnie wiedziałem, że postać zginie, bo czytałem książkę. Tak to było ładnie nakreślone i poprowadzone. Tutaj wiele postaci niestety jest przepotwornie płaskich, a widzę, że był potencjał na ładne przedstawienie i zbudowanie relacji z widzem. To mnie najbardziej boli. Jeżdżąca na koniku żona Daemona to mój pierwszy drastyczny przykład. Jak można tak postać wprowadzić? Po kiego grzyba? Kto to pisał?

Za dużo postaci z waty, o których w sumie nie za bardzo cokolwiek wiemy i których nie jesteśmy w stanie ani polubić, ani znienawidzić. Są nam zwyczajnie obojętne, ot, przewijają się, może zginą, może nie, łotewa.
To jest dla mnie bardzo duży zarzut, nie do przeskoczenia. Tak się po prostu nie pisze postaci.

Jak do tego jeszcze dołożę swoiste robienie z widza debila przy postarzaniu bohaterów, to naprawdę ciężko mi się nie wyzłośliwiać. Bo wiadomo, że jedni potrzebują nowych aktorów, ale innym wystarczy podciąć końcówki i to już znaczy, że są sześć czy dziesięć lat starsi 🤯
A jeszcze innym nawet zarost się trzyma przez dekadę w tej samej formie, na pewno nie dlatego, że kręcili te ujęcia za jednym zamachem.

ser Criston Cole in armour

 

Tak drastyczne skupienie się na jednym wątku i wiążące się z tym rozmycie tła oraz gnanie z niektórymi wydarzeniami powoduje, że ciężej mi się w historię wciągnąć. Wybija mnie to po prostu. A absolutnie nie powiem, żebym był sceptycznie nastawiony przed przystąpieniem do seansu, wręcz przeciwnie.

Chciałbym, żeby mój odbiór tego serialu był tak pozytywny jak u Łukasza, ale jednak u mnie chyba góruje poczucie zmarnowanego potencjału. Choć może potencjał wcale nie został zmarnowany, tylko serial od początku nie miał być taki, jak sobie zakładałem?

Tak czy siak dla mnie co najwyżej:

 

Strefa GIF-a

 

 

 

 

Zdjęcia pochodzą z IMDb, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra i oficjalnych materiałów HBO.

 

 

+1
4
+1
3
+1
5
+1
4
+1
5
+1
0
+1
1