
Dla niewtajemniczonych
Kości niezgody to seria wpisów, w której redakcja Kroniki Geeka szarga planszowe świętości i promuje nowych kandydatów na piedestały.
Catan
Prawie trzydziestoletni klasyk, który zdołał utrzymać miejsce w pierwszej 500 rankingu BoardGameGeek. Uniwersalna, lubiana tematyka. Eleganckie, przejrzyste komponenty. Prawie każdy słyszał tę nazwę. Czy już biegniesz zaprosić swoich nieplanszowych znajomych na partyjkę? Przemyśl to sobie, bo jeszcze ludzi wystraszysz, a to takie fajne hobby.
Czemu nie?
Catan prezentuje się jako gra strategiczna, w której gromadzimy surowce i rozbudowujemy swoją infrastrukturę na wyspie Catan. Umiarkowana interakcja, spokojne planowanie, przyjemna, rodzinna rozrywka.
Kiedy już rozłożycie planszę (losowo skomponowaną z kartonowych heksów) i ustawicie swoje początkowe zabudowania, okaże się, że potrzebujecie surowców. Odkrywcze. Okej, w co drugiej planszówce potrzebuje się surowców i nie zamierzam tu podważać podwalin planszowego świata. W Catanie – niestety – swoje surowce trzeba sobie wyturlać przy pomocy dwóch kości.
Czy już czujesz ten ból? Tak, to boli demolka całej potencjalnej strategii osadzonej w przyjemnych, kolorowych ramach tej zacnej eurogry. Nie masz żadnej kontroli nad tym, co wypadnie. Możesz tak sobie siedzieć i czekać na łut szczęścia. Godzinna rozgrywka? To też zależy od łutu. Moja ekipa ostatnio zaczęła zapuszczać korzenie po trzech godzinach.
– Hola, koleżanko – machają do mnie lekko obrażeni fani negocjacji. – Po prostu nie umieliście grać. Nie łaska pohandlować zasobami?
– Łaska, łaska, drodzy fani, ale najpierw ktokolwiek na planszy musi je mieć… Inaczej siedzimy, gadamy, nic się nie dzieje.
No i we dwójkę sobie nie pogracie. Aha, w piątkę też nie. Nie, trybu solo też nie ma.
Czemu jednak tak?
Jest was dokładnie troje albo czworo, podoba wam się ta oprawa graficzna, bardzo chcecie jednak sobie ponegocjować i macie wolną godzinkę albo trzy? Czujecie przemożny szacunek wobec klasyków? Catan to może być coś dla was.
W innym razie lepiej zobaczcie sobie te gry:
- Osadnicy: Narodziny Imperium
- Clash of Cultures
Osadnicy: Narodziny Imperium
Catan w pierwszej pięćsetce BoardGameGeeka? Potrzymaj mi piwo. Przesympatycznie wydana gra polskiego wydawnictwa Portal Games znacznie go przebiła, a do tego trafia w bardzo szerokie gusta.
Osadnicy: Narodziny Imperium to w zasadzie karcianka wzbogacona o drewniane i kartonowe komponenty. Każdy gracz będzie rozwijał swoją cywilizację, korzystając po części z kart własnej frakcji, a po części z ogólnodostępnej puli. Po pięciu rundach, kiedy cały stół będzie usłany kartami budynków, nastąpi ostateczne podliczenie punktów i wskazanie zwycięzcy.

Podstawowa wersja gry umożliwia nam wcielenie się w Egipcjan, Rzymian, Japończyków i bezpaństwowych Barbarzyńców – każda frakcja ma typowe dla siebie mocne strony, mechaniki, które warto wykorzystać, i charakterystyczną oprawę graficzną. Próg wejścia nie jest wysoki: wystarczy przyswoić różnicę między budynkami „ogólnymi” a „frakcyjnymi” i uważnie czytać opisy kart. Za to umiejętność sprytnego wykorzystania i połączenia kart, które w danym momencie mamy na ręce, i zgromadzonych zasobów, znacząco rozwija się przy kolejnych rozgrywkach i zachęca do częstych powrotów do tego tytułu 🙂.

Zarówno rozbudowa naszego małego imperium, jak i jego wygląd są szalenie satysfakcjonujące. Gra prezentuje się tak, jakby wszyscy Settlersi z naszych młodych lat spotkali utalentowanego rysownika komiksów. Ilustracje na kartach są charakterystyczne, przyjazne dla oka, często zawierają zabawne smaczki. Do tego każdy gracz co chwilę zdobywa punkty i przesuwa się na torze punktacji – wszystkie nasze supersprytne i nieco mniej sprytne posunięcia są gęsto premiowane.
A że do końca gry nie wiadomo, czy obecny zwycięzca wyścigu utrzyma prymat? Cóż… ciśnienie musi być.
Niedzielni gracze i pacyfiści dodatkowo docenią niewielką negatywną interakcję. Znad Osadników nie wstaniecie pokłóceni ani załamani tym, że teściowa totalnie pokrzyżowała wam szyki, podstępnie zwijając jedyne dostępne jabłko w całej grze. Akcja satysfakcja!
Drobna uwaga dla miłośników gier cywilizacyjnych: Osadnicy w ogóle nie mają mapy. Ani figurek. Jeśli chcesz mapę, figurki i manewry wojskowe, obczaj sobie…
Clash of Cultures
Monumentalne polskie wydanie tej gry to jest konkretna kobyła. Ponownie warto tu wspomnieć wydawcę – Portal Games – i bardzo solidną pozycję w BoardGameGeekowym rankingu.
Clash of Cultures zadowoli graczy, którzy lubią mieć terytoria, jednostki, trójwymiarowe budowle. A także łańcuchy skomplikowanych decyzji, porządne starcia militarne, możliwość sojuszy, negocjacji, sporo sił trzecich, wyższych i niższych, które mieszają nam na planszy…
Cywilizacji do wyboru mamy 15, przywódców zaś – 45. Porażająca w swym ogromie cywilizacyjna gra planszowa, chełpi się wydawca, i ma ku temu podstawy. Clash swoje waży… i konkretnie angażuje szare komórki 😉.

Jeśli chodzi o mechaniki – potrzebowałabym odrębnej, pełnoprawnej recenzji, żeby wymienić wszystko, co siedzi w tym pudle. Krótko mówiąc, jesteśmy wodzem jednej z historycznych cywilizacji. Ważnym elementem rozwoju tejże jest ekspansja na mapie i rozsądne gospodarowanie dostępnymi zasobami. Mamy także drzewko (czy raczej siatkę) technologii i ustrojów, które możemy odkryć. Bez technologii ani rusz z rozbudową naszego imperium, konstrukcją cudów ani z atakowaniem współgraczy…
W tej grze, drogie osoby, teściowa może wam dla odmiany solidnie podpaść, zablokować opcję osiągnięcia tego czy innego celu albo zajęcia fajnych terytoriów, ale zawsze jeszcze da się coś wykombinować. Czasami można wręcz przekombinować – pod koniec gry ruchy robią się długie, złożone, a uwzględnienie wszystkich posiadanych przewag nie jest łatwe.

Komponenty są wykonane bardzo solidnie, choć porażają bardziej mnogością niż urodą. (Upragnioną) mapę skomponujemy losowo z kartonowych kafli, a następnie zaludnimy i zabudujemy naszymi figurkami. Ważną rolę odgrywa też planszetka rozwoju cywilizacji, na której zaznaczamy wszystkie odblokowane technologie. Osobiście jestem psychofanką objaśnień zamieszczonych na kartach i planszetkach – jest to idealna ilość informacji, żeby po prostu sobie spokojnie knuć, nie dopytując współgraczy o znaczenia oznaczeń ani nie szukając przejrzystych, uniwersalnych ikonek po wielostronicowej instrukcji.
Jeśli więc od początku recenzji kręcicie się na krześle z narastającym poczuciem, że może wcale nie Settlersi, tylko bardziej Sid Meier, śmigajcie szybciutko uskutecznić własne starcie kultur.
Zdjęcia gier ze sklepów Portal Games i Rebel.pl, commons.wikimedia.org, a gif z Giphy.com






