
Dla niewtajemniczonych
Władcy Pierścieni chyba nie trzeba obecnie nikomu przedstawiać. Nawet jeśli jeszcze w latach 90. można było dzieło J.R.R. Tolkiena uznać za niszowe, znane tylko fanom literatury fantasy, to po obsypanej Oscarami trylogii filmowej Petera Jacksona pod tym samym tytułem Śródziemie na dobre zagościło na firmamencie kultury masowej. Serial Amazona miał, przynajmniej w teorii, być prequelem do przygód Froda i spółki, umieszczonym tysiące lat przed wydarzeniami z najsłynniejszego tryptyku Tolkiena i opowiadać o tym, jak doszło do wykucia tytułowych pierścieni.
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Jaka piękna katastrofa
Zacznijmy od tego, że miałem niskie oczekiwania w stosunku do serialu. Od momentu, kiedy okazało się, że stacja ma prawa wyłącznie do samej trylogii i zamierza wykorzystać tylko przypisy z Władcy jako podstawę swojego serialu o Drugiej Erze Śródziemia, porzuciłem wszelką nadzieję, że będzie to „wierna” adaptacja. Łudziłem się natomiast, że dostanę wizję, która pokazuje Śródziemie zgodnie z duchem Tolkiena. Świat, w którym w przeciwieństwie do bardzo popularnego ostatnimi laty Westeros George’a R.R. Martina, króluje optymizm, a przede wszystkim nadzieja, która błyska wtedy „kiedy jest najciemniej”. Historię odwiecznej walki dobra ze złem, ale w której „codziennie czyny zwykłych ludzi odpędzają mrok” i gdzie „nawet niepozorne istoty mogą zmienić bieg przyszłości”. Specjalnie cytuję tu zarówno książki, jak i filmy, bo nie jestem purystą tolkienowskim. Uważam, że adaptacja ma swoje prawa i choć nie jest to łatwe, to można pochwycić ten ulotny klimat Śródziemia, jednocześnie dokonując potrzebnych do ekranizacji zmian, co pokazał na początku stulecia Jackson. Niektórzy nawet cieszyli się z braku materiału źródłowego, bo twierdzili, że Tolkien o Drugiej Erze napisał w sumie niewiele, a tak twórcy mają ułatwione zadanie, bo muszą wypełnić daty historyczne podane przez Tolkiena swoimi własnymi historiami. Podsumowując, chciałem dostać tylko (i aż) dobry serial fantasy, bo wbrew pozorom to nadal towar deficytowy w dzisiejszej erze streamingu.

Jednak nawet w najczarniejszych snach nie przypuszczałem, że otrzymam taki wyzuty z czegokolwiek, bezduszny i zrobiony na kolanie produkt (i używam tego słowa celowo). Aż ciężko zdecydować, od czego zacząć, bo gdzie nie spojrzeć, jest źle, a przynajmniej słabo. Dużo osób wychwalało (szczególnie po pierwszych odcinkach) CGI, czy ogólnie oprawę wizualną. Tu mogę się częściowo zgodzić — parę widoków było przyjemnych dla oka, parę efektów było na wysokim poziomie. Nie dziwota, wszak Amazon wydał na produkcję rekordowo wysokie sumy, najwyższe chyba w historii seriali. Jednakże z drugiej strony cieniem na wizualiach kładą się tanio i śmiesznie niekiedy wyglądające kostiumy, czy błędy przy „powielaniu” tłumu, gdzie kilkukrotnie w tle widać takie same, sklonowane postaci. Bije po oczach również teatralność (w złym tego słowa znaczeniu) niektórych scen, gdzie w Numenorze, Lindonie czy Southlands wszystko odbywa się dosłownie w dwu czy trzech lokacjach, sprawiając, że świat wydaje się mały i zamknięty, nie tętniący życiem. Litościwie nie wspomnę o karykaturalnej scenie jazdy Galadrieli na koniu, żywcem wyjętej z reklamy perfum, tamponów czy środka na hemoroidy. Co dalej?

Niestety dalej jest tylko gorzej — postaci? Albo papierowe i nieumotywowane, albo antypatyczne i mało interesujące (albo wszystko naraz). Fatalnym posunięciem było napisanie Galadrieli, czyli naszej głównej protagonistki, w sposób, który od początku odstręcza widza. Ukazuje się nam ją jako osobę zadufaną, przekonaną o swojej nieomylności i krnąbrną. Jednocześnie zaś widzimy, jak raz za razem popełnia ona błędy i właściwie się na nich nie uczy. Ogólnie to problem większości bohaterów — nie widać tu u nikogo specjalnie wzrostu, ewolucji, rozwoju. Za to bardzo mało wiemy, czemu postaci zachowują się w taki czy inny sposób, a jeśli już zachodzi w nich jakaś zmiana, to jest ona nagła, gwałtowna, mało spójna z dotychczasowym rysem psychologicznym i emocjonalnym. Postaci jest też po prostu za dużo — szczególnie jak na tak krótki sezon (który jednak paradoksalnie się miejscami dłużył) i umiejętności piszących je autorów. Nie pozwala to na pokazanie więzi, zbudowanie motywacji, ilustrację czemu ta osoba ma być dla nas ważna. Wobec czego jeśli z nikim nie sympatyzujemy, nikomu nie kibicujemy, albo chociaż jeśli nie ciekawią nas losy nikogo, to trudno przymknąć oko na inne mankamenty takiej produkcji. A okazuje się, że serial ma ich zatrzęsienie.
Jak wypadają dialogi? Pozornie udają głębię filozoficzną Tolkiena, który mimo że miał tendencję do sentencji, to jednak dzięki pewnemu ich uniwersalizmowi nie popadał w banał, choć mówił o rzeczach wzniosłych i prostych zarazem. Niestety w serialu w tym aspekcie wychodzą na jaw braki warsztatu pisarskiego u twórców, którzy nie potrafią dobrze emulować stylu mistrza. Wiele cytatów z serialu, gdy rozebrać je na czynniki pierwsze, jest albo niezrozumiała, albo miałka, albo wręcz głupia. Twórcy próbują tu i ówdzie przemycać jakieś pojedyncze słowa, czy zwroty z wielu języków, które Tolkien stworzył na potrzeby Śródziemia, ale to za mało, żeby oszukać widzów.

Brnijmy dalej — scenariusz? Pełen dziur, niekonsekwencji logicznych, za to grzeszący niespójnościami. Czemu Galadriela wyskoczyła z łodzi na środku morza i na co liczyła? Dlaczego tak naprawdę Miriel godzi się na wojnę poza granicami swojego królestwa? W jaki sposób zaraza, która toczy drzewa/elfów ma zostać wyleczona mithrilem? Po co tak naprawdę wykuto pierścienie? To pytania o wcale nie takie drobne rzeczy, a wręcz praktycznie filary fabularne całego sezonu, na które albo próżno szukać sensownych odpowiedzi, albo są one w gestii widza, który ma się domyślać, albo coś sobie dopowiadać. Najprostsza odpowiedź, która się oczywiście nie liczy: bo twórcy tak chcieli, a nawet potrzebowali, żeby tak było. Żeby jakoś popychać całość swojego dziełka w z góry zaplanowanym i znanym sobie kierunku. Showrunnerzy również chcieli, żeby widz nie zadawał zbyt wielu pytań o sens czegokolwiek co widzi na ekranie. Skaczemy od dialogu do dialogu, od sceny do sceny, podziwiając ładne widoczki. To trochę mało na serial z drugiej dekady XXI w. O „mniejszych” potknięciach, takich jak odległości, które postaci pokonują na mapach czy linie czasowe szkoda nawet wspominać. Brakuje też tutaj detali, które budowałyby spójny obraz świata. Z jednej strony mamy fantastyczny świat, w którym „kluczomiecz” po wsadzeniu i przekręceniu uruchamia skomplikowany mechanizm tam i śluz, dzięki któremu doprowadzamy sztucznie do wybuchu wulkanu, ale z drugiej już lawina piroklastyczna zabija tylko wybrane (i w sumie nieliczne) osoby na swojej drodze, jednocześnie obracając w perzynę domostwa. Albo bawimy się w magię i nieparzący ogień, albo w prawa fizyki i układ dźwigni i lewarów — twórcom trudno chyba było się zdecydować. Dodatkowo całość sezonu wypełniają tzw. „mystery boxes”, bardzo tanie chwyty, dzięki którym widz ma się wciąż domyślać pod jaką postacią kryje się Sauron, co ani specjalnie nie stanowiło zagadki po kilku odcinkach, ani nie dało satysfakcjonującego rozwiązania na koniec.

Co w takim razie z fabułą? — może ktoś zapyta z nadzieją w głosie. Odpowiem cytatem: jest „jak masło rozsmarowane na zbyt wielkiej kromce chleba”. Oglądając serial miałem niekiedy wrażenie, że twórcy stosują zabiegi żywcem wzięte z telenoweli południowoamerykańskich — z Numenoru wypływaliśmy co najmniej o dwa odcinki za długo, historię Południowych Krain/Mordoru z tego sezonu można streścić w paru niekoniecznie podrzędnie złożonych zdaniach, podobnie wątek nieznajomego i Harfootów. Plus dostajemy wiele wydarzeń bez większego znaczenia, które miały sztucznie budować napięcie, czy wydłużyć odcinek. Ot, taka gra na czas, żeby tylko wycisnąć jak najwięcej z tych paru zdarzeń, które były na papierze. Nic nie ma też wielkiej wagi — jak najbardziej pokazuje się nam wiele konfliktów, starć, wybuch wulkanu, czy wreszcie wykucie pierścieni, ale nie czuć w niczym głębi, konsekwencji, powagi, czy epickości. Po paru odcinkach zdałem sobie również sprawę, że showrunnerzy na ślepo próbują kopiować (czasem nawet jota w jotę) rzeczy, które widzieliśmy w filmach Jacksona, zupełnie jednocześnie nie rozumiejąc, czemu one się tam sprawdziły. Wreszcie mógłbym mnożyć przykłady, w których czułem zażenowanie niekompetencją twórców na prawie wszystkich polach, ale poprzestanę może tutaj na wątku Elronda, który miał szpiegować krasnoludy dla Gil-Galada, choć o tym nie wiedział, a potem przyrzekł dochować tajemnicy Durinowi, po czym pierwsze co robi, to wyciąga bryłkę mithrilu przed elfami, twierdząc, że dotrzymał słowa.
Na koniec tego wywodu natomiast zostawiłem ten aspekt tolkienowski, od którego zacząłem, a który w tym sezonie zginął, albo został wręcz perwersyjnie wypaczony. Nie mamy walki światła z mrokiem, mamy za to postaci mieniące się dobrymi, które nasiąknięte są niegodziwością (bo trudno inaczej postrzegać Galadrielę, która w imię zwykłej zemsty jest w stanie po trupach dążyć do celu), czy niekanoniczny flirt ze złem w postaci Adara i „wybielania” orków (skądinąd może i ciekawy, ale znów, mało wpisujący się w charakter Śródziemia). Warto może też dodać, że sam Tolkien przejawiał w swoich książkach mocno antywojenny sentyment (co ma sens, kiedy wie się, że walczył w I wojnie światowej) — znów coś, co zostało zupełnie zlekceważone przez twórców serialu, bo przecież ten sezon to Galadriela nawołująca do masowego mordu, czy nawet grożąca swojemu wrogowi torturami.

To niesamowite, jak nieudaną produkcją są Pierścienie Władzy. Twórcom nie tylko nie udało się stworzyć sprawnej adaptacji Tolkiena, ale mam wrażenie, że nawet przeciętnego serialu fantasy. Roztrwonili wszystko, co mieli, łącznie z dobrą wolą fanów (których wielokrotnie nastawili przeciwko sobie). Nie mogę się również nadziwić skąd ostatnio w Hollywood przekonanie scenarzystów do tego, że potrafią lepiej niż autor (podobnym casusem okazał się Wiedźmin od Netflixa, a szczególnie jego druga odsłona). Nie wiem też do kogo Pierścienie były skierowane — z jednej strony przeciętny widz nie dostaje z serialu wiedzy, np. czym są, ani jakie mają znaczenie Silmarile, z drugiej twórcy niespecjalnie trzymają się prawd czy faktów przedstawionych przez Tolkiena, którymi mogliby zaskarbić sobie bardziej zagorzałych fanów pisarza.
Wiem natomiast, że po tym sezonie nie chcę wracać do Śródziemia spod znaku Amazona. Liczę, że inne produkcje „około-władcowe” wykażą się większym poszanowaniem uniwersum i legendarium. Po pierścieniach wątpliwej próby od Amazona poprzeczka nie jest na razie zawieszona nader wysoko.
Strefa GIF-a






Zdjęcia pochodzą z IMDb i reddita, GIF-y zaś ze skarbnicy Tumblra i oficjalnych materiałów Amazonu.





