
Dla niewtajemniczonych
The Legend of Zelda to seria stara jak świat, a przynajmniej tak stara jak ja! Od swoich początków – kiedy to pomysł na jej powstanie zrodził się w głowie Shigeru Miyamoto – związana była z Nintendo (z paroma wyjątkami). Wszystkie gry spod szyldu The Legend of Zelda opowiadają o losach tytułowej księżniczki Zeldy i dzielnego młodzieńca imieniem Link, którzy to ratują świat Hyrule przed pierwotnym złem – Ganonem. Nie jest to bynajmniej kontynuacja fabuły zapoczątkowanej w 1986 roku. Na przestrzeni lat poznawaliśmy różne wcielenia Zeldy, Linka czy Ganona, przeżywając ich konflikt na nowo. Niby brzmi odtwórczo, ale warto do tej odsłony świata Hyrule wejść! Nie pożałujecie! Chyba 😉
DALEJ MOGĄ MIESZKAĆ SPOILERY. ŻEBY NIE BYŁO.
Na pierwszy rzut oka
The Legend of Zelda: Breath of the WIld to gra action RPG wydana na Nintendo Switch. Akcję obserwujemy z perspektywy trzeciej osoby w pełnym 3D. A jest co obserwować, bo z graficznego punktu widzenia gra prezentuje się bardzo dobrze (z kronikarskiego obowiązku dodam, że grałem na wersji OLED, głównie w trybie handheldowym).
Przyjęta przez autorów stylistyka nie powinna dziwić – jest bajkowo i kolorowo, jak przystało na grę od Nintendo. Świetną robotę robi tu technologia cel-shading, kreskówkowe animacje wyglądają pięknie i dynamicznie. Również efekty świetlne robią wrażenie, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę sprzętowe ograniczenia Switcha.


Konsola radzi sobie z obrazem nad wyraz dobrze. Mimo renderowania niemałego świata z bogactwem różnorakich efektów, Switch nie nagrzewał się przesadnie ani nie chodził głośno. Podczas kilkudziesięciu godzin zabawy niezwykle rzadko obserwowałem, jak silnik gry się krztusi. Wszystko chodziło płynnie. Kultura pracy na medal.
Jeśli chodzi o sferę audio, to jest ok, choć muzyka stara się nie przeszkadzać w odbiorze gry pozostałym zmysłom. Efekt ten burzą natomiast dwie rzeczy:
- Rozmaite dżingle, które wchodzą z buciorami, ilekroć dokonujemy czegoś wspaniałego lub dostajemy ważny item.
- Jęki, wzdychy, ochy, achy i echy NPCów. Tu należy nieco rozwinąć. Breath of the Wild jest grą bogatą w dialogi, można tu pogadać niemal z każdym, kwestie „wypowiadane” przez NPCów są kontekstowe (przykładowo odnotowują oni zmiany w pogodzie lub dają nam do zrozumienia, że nocą to się śpi…). Jednak, pewnie z racji ograniczonego miejsca na nośniku gry, dialogi te możemy jedynie przeczytać. I byłoby to spoko, gdyby nie fakt, że każdemu kolejnego dymkowi z tekstem musi towarzyszyć jęk, wzdych, och czy inny odgłos mający nadać wypowiedzi nieco więcej emocjonalnego wydźwięku. Osobiście niezmiernie mnie to męczyło. Nie wspomnę już o konsternacji na twarzy żony, gdy nagle z głośników handhelda zaczęły się wydobywać te kobiece jęki…
Garść wrażeń
Zacznę przewrotnie – od lat jestem oddany obozowi Niebieskich i choć skoki w bok się zdarzały, to były raczej sporadyczne. Po latach przyszła pora na kolejny – to właśnie dlatego pewnego dnia oznajmiłem żonie, że wypożyczam Nintendo Pstryczka i biorę na tapet ostatnią przygodę dzielnego Linka. Tak, bo choć gramy w Zeldę, to jednak gramy w Linka. Szok i niedowierzanie!
Z tym tytułem jest trochę tak, że trzeba dać mu szansę rozwinąć skrzydła, inaczej można się odbić, szczególnie jeśli się nie wie, z jaką grą ma się do czynienia… A dlaczego odbić? Ano, Link z natury zdaje się być dość milkliwy, czasem zdradzi jakąś emocję mimiką twarzy, ale generalnie trudno tu o jakąś chemię czy emocjonalne przywiązanie do protagonisty.
No dobra, to mamy z głowy głównego bohatera – wobec tego może świat da się lubić? Cóż, na początku nie… Świat Hyrule jest przepastny, poszczególne krainy mają swój szczególny feeling, topografia niejednokrotnie wypłaca nam liścia i sprawia, że przecieramy oczy ze zdumienia, ale na początku jest dosyć pusto. Jasne, znajdzie się ten goblin, któremu można obić facjatę gałęzią (pierwsza broń!), ale do kolejnego goblina trzeba już kawałek pomaszerować.
Im dalej w las, tym jest jednak lepiej i ciekawiej. Świat Hyrule zyskuje głębię, pojawiają się nowe postaci, nowe społeczności, nowe rasy i towarzyszące im charakterystyczne krajobrazy. Mamy tu górskie wioski, od których na kilometr bije tradycyjnym japońskim duchem. Mamy wypełniony wodospadami świat rybopodobnych Zora. Dla każdego coś miłego. Powoli też w naszych głowach pojawiają się te nici powiązań i zdajemy sobie sprawę, że nie ma tu lokacji przypadkowych, bez znaczenia, wrzuconych ot tak, żeby były. Świat zaskakuje niejednokrotnie nową lokacją lub zagadką środowiskową (łapałem się na tym, że mówiłem sobie w myślach: A może jeszcze zobaczę, co jest za tym pagórkiem). Świat zachwyca coraz to nowymi widokówkami, a te wyglądają inaczej zależnie od pory dnia.


Na szczególną uwagę zasługują świetnie zrealizowane shrine’y. Te pozostawione przez dawną cywilizację cudeńka techniki to bardzo fajne zagadki środowiskowe, których rozwiązanie daje nam Spirit Orba (a cztery takie można w odpowiednich kapliczkach zamienić na dodatkowe serducho lub więcej staminy).
Mnie wielce przypadła do gustu zabawa perspektywą, gdzie z pomocą wbudowanych w Switcha żyroskopów, musiałem odpowiednio ustawić nieregularny kamienny blok, tworząc w ten sposób przejście między dwiema platformami.
Na początku gry fabuła prowadzi nas do czterech shrine’ów, a każdy, oprócz wspomnianego orba, odblokowuje jedną z unikalnych, bardzo ciekawych mocy.


W kwestii wrażeń płynących z gry czuję się w obowiązku wspomnieć jeszcze o jednym überważnym aspekcie. The Legend of Zelda: Breath of the WIld jest przesiąknięta „japońskością”. Albo Wam to siądzie, albo nie. Z całą pewnością typowy zachodni odbiorca będzie czasem zdziwiony tą czy inną postacią lub tym, w którą stronę potoczy się dialog. Ta sfera jest wyłącznie subiektywna, więc nie będę jej oceniał. Mnie się podobało, ale żeby nie było, że Was nie ostrzegałem 😉

Co siedzi pod maską?
Jak wspomniałem już wcześniej, The Legend of Zelda: Breath of the Wild to gra z gatunku action RPG. Mamy tu widok z trzeciej osoby, mamy eksplorację pięknego i wielkiego świata, mamy dynamiczną walkę, żeby to action nie było po nic.
Walka na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Link korzysta z różnorodnych broni do walki w zwarciu i na dystans.
Rodzajów tych pierwszych jest kilka, a każda różni się szybkością, zasięgiem, zadawanymi obrażeniami. Okej, niby klasyka. Ale wiecie, że tę miotłę co to ją dzierży dzielny Link, to można podpalić (jak każdą broń z drewna) i wtedy dopiero zaczyna się zabawa? 👺
Broń dystansowa oferuje łuki z różnymi rodzajami strzał, ale i tu jest ciekawie – celowanie analogiem można bowiem wspomagać również żyroskopami Switcha.
Dodatkową mechaniką, która wymusza na graczu nieco kombinowania, jest zużywanie się sprzętu. Prowadzi to czasami do sytuacji, gdzie na polu bitwy na szybko szukamy oręża upuszczonego przez przeciwnika. Warto się więc zawczasu przygotować i zastanowić, czy dana walka na pewno nam się opłaca. Nie dajcie się zwieść ładnej i kolorowej oprawie – Link nie ma łatwego życia, walki są ambitne i wymagają odpowiedniej strategii.


W walce można się wspomóc… gotowaniem🫕 Wspominałem, że gra lubi w „japońskość”? 😉 W dużym skrócie – możemy zbierać różne składniki i przy ogniskach łączyć je w odpowiednie potrawy – te oprócz odnawiania serduch mogą wspomóc bohatera dodatkowymi perkami (czasowo zwiększona obrona, ochrona przed zimnem itd.). Żeby nie było, że ten nasz Link to świetny kucharz – można też skrewić i uzyskać jakąś rozpikselowaną breję (dosłownie!).
Oprócz standardowego oręża, którym Link może siekać, dźgać, czy obijać stające mu na drodze maszkary, mamy też do dyspozycji kilka fajnych mocy. Podczas walk możemy korzystać z bomb. Mają one również zastosowanie przy rozwiązywaniu zagadek środowiskowych i tu wjeżdżają też pozostałe moce. Możemy przykładowo manipulować metalowymi przedmiotami (tryby wielkiej maszyny, skrzynie z lootem, metalowe kule), zatrzymywać przedmioty w czasie (a uderzając je, zmieniać ich kierunek), czy tworzyć na wodospadach lodowe schody. Grając, nie odczuwamy, że moce zostały dodane przez autorów na siłę – gra cały czas daje nam okazje, by w kreatywny sposób wykorzystać tę czy inną sztuczkę.
Warto na koniec wspomnieć o kilku ciekawych mechanikach, których próżno szukać w innych grach. Link może wspinać się po niemal wszystkich pionowych powierzchniach, zużywając przy tym nieco staminy (nie to co te oszusty Asasyni!). Gdy jednak pada deszcz, Link co i rusz osuwa się, a wspinaczka jest niemal niemożliwa (przydaje się wskaźnik z prognozą pogody na najbliższy czas – tak, jest taki!).
Inną mechaniką wymuszającą kombinowanko jest różnica temperatur. W wyższych partiach gór panują tęgie mrozy i jeśli nie ubierzemy odpowiednio naszego dzielnego czempiona lub nie nakarmimy go czymś rozgrzewającym, to szybko ujrzymy napis Game Over.
Znaczenie ma również siła i kierunek wiatru, które mogą nam ułatwić bądź utrudnić szybkie przemieszczanie się gliderem (co również znajduje zastosowanie w zagadkach środowiskowych).


Brać i grać?
W moim odczuciu zdecydowanie warto dać sobie szansę przeżycia wspólnej przygody z Linkiem i Zeldą. Jeśli nie rażą Cię japońskie dziwnostki, nie przeszkadza cukierkowa oprawa i szukasz powodu, żeby pograć na Switchu, to sądzę, że nie pożałujesz.
Strefa obrazka
Screeny własnego autorstwa, GIF-y zaś pochodzą ze skarbnicy Tumblra.















